Madzia znika z wózka 24 stycznia. Dochodzi godzina 18,
centrum Sosnowca,
dziewczynka jest z mamą na spacerze. Nagle kobieta traci przytomność
(ktoś ją napadł, uderzył?). Gdy dochodzi do siebie, wózek jest pusty. –
Nie mamy wrogów ani długów do spłacenia – mówi Bartłomiej Waśniewski,
ojciec dziewczynki. Pierwsze bowiem, co wszystkim przychodzi na myśl, to
porwanie. Jeśli nie dla okupu (rodzice dziecka nie są bogaci), to może z
zemsty? Może za karę? Zaczyna się gorączka poszukiwań: trzeba przejść
tymi samymi alejkami, którymi szła mama z dzieckiem, przetrząsnąć
okoliczne bloki, piwnice. Mąci się wodę w pobliskiej rzece Czarna
Przemsza. – Nie znamy motywu ani sprawcy. Przesłuchujemy świadków, ale
nie posunęliśmy się ani o krok do przodu w wyjaśnieniu, kto to zrobił i
w jakim celu – mówi „Wprost" prokurator Mirosław Miszuda, a
gdy
rozmawiamy, trwa już trzeci dzień poszukiwań. Mama dziecka w szoku,
babcia w rozpaczy apeluje: Proszę nam oddać Madzię! Błagamy!
W Polsce
jest coraz więcej rodzin, które dopada ta sama bezdenna rozpacz. W
ubiegłym roku nastąpił aż 20-proc. wzrost zaginięć dzieci oraz
nastolatków. Niemal co drugi dzień policja była stawiana na nogi z
powodu zaginięcia malucha w wieku od kilku miesięcy do sześciu lat.
Starszych dzieci, w tym młodych ludzi w wieku studenckim, znika średnio
ponad setka tygodniowo. A rozpacz rodziców nie jest wcale tym mniejsza,
im większe jest dziecko.
Ściana
Michał
Stachowicz ze Sławna – student Akademii Pomorskiej – znika 1
stycznia 2012 r. Rodzice widzą go ostatni raz w sylwestra. Pożycza od
nich škodę, jedzie do Darłowa, jest umówiony ze znajomymi. Wynajmują
pokoje w pensjonacie: tam rodzice znajdą kurtkę Michała, dokumenty,
telefon, kluczyki do samochodu. To wszystko teraz mają, a syna – nie. Za
pomoc w odnalezieniu obiecują 20 tys. zł. Lokalne media podchwytują
temat, szeroko opisują i apelują: kto widział, proszony jest o kontakt…
Zrozpaczonych rodziców początkowo wspierają ochotnicy – idą tyralierą
wzdłuż nadmorskich kanałów. Może Michał leży ranny, przy brzegu? Rodzice
dostrzegają, że w poszukiwania nie angażują się ci, którzy bawili się z
ich synem w sylwestra. – Tam się musiało coś między nimi wydarzyć
–
zaczyna podejrzewać mama Michała. Ma nadzieję, że syn zaraz wróci i
wszystko wyjaśni.
Z policyjnych statystyk wynika, że rocznie
ginie ponad
15 tys. osób, w ośmiu przypadkach na dziesięć udaje się zaginionego
odnaleźć. Najczęściej w ciągu dwóch pierwszych tygodni poszukiwań.
Odnalezienie to oczywiście nie to samo co szczęśliwy powrót do domu. W
ubiegłym roku w 184 przypadkach odnaleziono już tylko ciała zaginionych.
– On zaraz stanie w drzwiach. Ja to sobie wyobrażam – mówi
mama Michała.
Ale mijają dwa tygodnie od zaginięcia, a on w drzwiach nie staje. Trzy
tygodnie – nic. Psy tropiące gubią trop.– Jak to możliwe –
dziwi się
rodzina Stachowiczów – że nie ma żadnego śladu? Przecież człowiek nie
jest bańką mydlaną, która ot tak pęka. Wolontariuszy chętnych do
szukania coraz mniej. Notatki w lokalnych gazetach coraz krótsze.
Najgorsze są noce, kiedy trzeba się zmusić do snu. A z pytań najgorsze
jest: co dalej?
– Co jeszcze można zrobić? – zadręcza
się też Iwona
Wieczorek-Kinda z Gdańska. Szuka córki już 18. miesiąc. Choć policja
przesłuchała ponad 300 świadków, część nawet na wykrywaczu kłamstw, choć
ratownicy z psami tropiącymi przeczesali plaże, wydmy, działki, parki i
bunkry, to nadal nic nie wiadomo. Czy Iwona została zgwałcona,
zamordowana, zakopana? Porwana i sprzedana? Potrącona na drodze,
wrzucona do bagażnika, wywieziona? Prokuratura Okręgowa w Gdańsku
postanowiła nie prowadzić już żadnych czynności, które mogłyby to
wyjaśnić. Tłumaczy, że wyczerpała im się procesowa formuła. – Stoję pod
ścianą – przyznaje mama Iwony.
Widzenia
Psychologicznie rzecz biorąc, to jeden z
najtrudniejszych momentów. –
Gdy już wszystko, co można było zrobić, zostało zrobione, a efektu nie
ma – mówi psycholog Aleksandra Andruszczak-Zin z fundacji Itaka. Jest
zastępcą dyrektora Zespołu Poszukiwań i Identyfikacji, widzi, przez ile
etapów muszą przejść ci, którzy szukają bliskich. U jednych jest
najpierw paraliżujący strach, u innych od razu mobilizacja. Gdy jednak
poszukiwania nic nie dają, przychodzi – niestety – czas zmagania
się z
bezradnością, złość na służby, które zdaniem rodziny nie dość się
starały.
Zostają wróżki i jasnowidze. Do mamy Iwony Wieczorek
dzwonią
nieustannie i za „co łaska" opowiadają swoje widzenia, w których
córka
raz żyje, raz nie żyje. To, co widzą jasnowidzący, jest obciążające
psychicznie, ale i tak lepsze od tego, co robią bezwzględni oszuści.
Pierwszy SMS z obietnicą, że Iwona wróci do domu, przychodzi w drugim
miesiącu poszukiwań. Ktoś obiecuje, że uwolni dziewczynę, gdy dostanie
800 tys. zł. Wiadomości się powtarzają. W końcu przychodzi nawet „dowód
życia" – zdjęcie Iwony z aktualnym wydaniem „Faktu”.
– Serce człowiekowi
staje, krew uderza do głowy – opowiada Iwona Wieczorek-Kinda. Nie była
pewna, czy ma zawał, czy wylew, takie to rąbnięcie dla organizmu.
Szybko, za telefon, na policję, bo jest trop. A to – jak się okazało
–
tylko fotomontaż.
Innym razem telefon, młody mężczyzna grzecznie
się
przedstawia i mówi, że wie, gdzie jest Iwona. Gotów jest się spotkać w
galerii handlowej. Później zmienia plany, każe jechać na stację
benzynową. Na stacji są kolejne instrukcje. Jak w amerykańskim filmie
sensacyjnym. W końcu się spotykają, on jej zdradza, że zna gang, który
przetrzymuje Iwonę. I jak tylko dostanie trochę pieniędzy, skrzyknie
inny gang, który ją gładko odbije. Matka siedzi osłupiała. Dlaczego ci
wszyscy naciągacze jej to robią? Czy im się wydaje, że jeszcze za mało
przeszła?
Chodzi do psychologa, łyka pigułki, żeby się nie
rozsypać,
dotrwać powrotu córki. – Nie zmieniam nic w jej pokoju, tylko odkurzam i
oblekam świeżą pościel. Wtulam się w jej poduszkę, płaczę. Wtedy sobie
pozwalam, bo publicznie nigdy. Myślę: a jeśli patrzy na mnie ten, który
skrzywdził moje dziecko? Nie może mnie zobaczyć zasmarkanej, musi wiedzieć,
że się nie poddaję, musi się mnie bać. Poza tym w domu wszystko jest
tak, jakby Iwona miała zaraz wrócić. Ósmego stycznia miała 21. urodziny.
Oczywiście kupiłam jej prezent…
Czekanie
– Prezenty? Już nie kupuję. Patrzenie,
jak rośnie góra nierozpakowanych
paczek, stało się zbyt bolesne – mówi Elżbieta Łuczyńska z Warszawy,
która czeka na powrót córki ponad 12 lat. Początkowo pisała do córki
kartki, ale i to okazało się z czasem zbyt trudne. Olga, gdy mama ją
ostatni raz widziała, była 16-latką z burzą długich, ciemnych włosów.
Ciekawe, czy gdyby teraz – jako 28-letnia kobieta – stanęła w
drzwiach,
toby ją w ogóle poznała?
Wyszła z domu tylko na chwilę, do
kolegi. Gdy jeden z jasnowidzów
powiedział, że Ola jest wystawiana na drodze w okolicach Włocławka, to
się jeździło tam w kółko, dzień i noc, dzień i noc, przyglądając się
dziewczynom, pożyczając samochody od znajomych, żeby się nie podpadło. A
gdy inny jasnowidz miał wizję mieszkania, w którym Ola jest
przetrzymywana, to się pod ten adres wysyłało człowieka w przebraniu
hydraulika, żeby zlustrował kąty. Nic innego się nie robiło, tylko
tropiło, sprawdzało, szukało, a teraz i tak żyje się w poczuciu winy. W
zasadzie im dalej, tym słabsza nadzieja, a coraz silniejsze poczucie, że
za mało się dla własnego dziecka zrobiło. – Mam czasami taki dzień, że
do ust nic nie mogę wziąć. Bo jak tu jeść, kiedy Ola być może jest
głodna? Najbardziej czekałam na jej 18. urodziny, wydawało mi się, że
wtedy ją już na pewno zobaczę – opowiada Elżbieta Łuczyńska. A zobaczyć
mogła tylko obraz Oli – babcia na prezent urodzinowy zamówiła portret.
Niestety, Ola nie wyszła malarce dobrze, miała martwe oczy, sine usta.
Trzeba było malarkę prosić, żeby spróbowała włożyć w portret trochę
życia.
– Myślę, żeby choć kosteczki po dziecku znaleźć
– mówi Stanisław
Kucharczyk z Rusinowa koło Przysuchy. Czeka na syna Marka już 16.
rok. W pamięci miesza się twarz Marka z twarzami tych wszystkich zwłok,
które musiał obejrzeć wzywany na identyfikację. Raz, jak się zawziął, to
w dwa dni przejrzał 200 trupów nadpalonych, nadpsutych, poćwiartowanych.
Choć policja podsuwała mu je wyłącznie na zdjęciach, to i tak była
obawa, że nie wytrzyma. Posadzili go wygodnie, żeby im się nie osunął,
zaparzyli mocną kawę. Bardzo się skupiał, ale synka w tamtych ciałach
nie umiał dostrzec. Tak jak w ciałach, które były mu okazywane w
prosektorium.
Szukać wśród martwych to nic miłego. Ale jak się
wyczerpią
możliwości szukania wśród żywych, jak już człowiek przejdzie sto razy
ostatnią drogę syna, zajrzy pod wszystkie mosty w okolicy i kanały, to
już nie ma większego wyboru. Kucharczyk nadal podrywa się na każdy
sygnał – jak tylko gdzieś w kraju wypłyną niezidentyfikowane zwłoki, jak
tylko gdzieś wykopią kości. Boli, że w gazecie lub telewizji już się nie
wspomina o takich jak Marek, zaginiony 19 grudnia 1996 r. – Dzwonię do
redakcji, proszę, żeby napomknęli w programie „Ktokolwiek widział,
ktokolwiek wie". Ale mówią, że to sprawa przysypana przez tysiące
nowszych – tłumaczy. Gdy w ubiegłym roku chował żonę (kto wie, czy jej
nie wykończyły te poszukiwania), przez moment pomyślał, jak by to było
mieć dwa groby – i żony, i syna. Mógłby – zgodnie z prawem –
po tylu
latach nieskutecznych poszukiwań wystąpić do sądu o uznanie Marka za
zmarłego. – Sąd przyjmuje wówczas fikcyjną datę śmierci, można
zorganizować symboliczny pochówek, uporządkować kwestie ubezpieczeniowe,
spadkowe – tłumaczy mecenas Zofia Kołakowska, która w Itace udziela
porad prawnych rodzinom zaginionych.
Ostatecznie Kucharczyk się
nie
zdecydował. Jak wynika z danych Ministerstwa Sprawiedliwości, mało kto w
Polsce z takiej możliwości korzysta. Do sądów co roku wpływa tylko
kilkanaście wniosków o uznanie zaginionego za zmarłego. – Jest blokada w
ludziach – mówi psycholog Aleksandra Andruszczak-Zin. Szczególnie w
tych, którym zaginęły dzieci. Zresztą usypanie pustego grobu nie
przyniosłoby im żadnej ulgi. – Nie spotkałam nikogo, kto by się po tym
poczuł lepiej – mówi psycholog. Na ogół żyje się i tak non stop w
czuwaniu. Podrywa człowieka każdy telefon, każdy dzwonek do drzwi. –
Żyje się – mówi psycholog – w przewlekłym stanie depresyjnym. I
nie ma
co się pocieszać, że czas zagoi rany, że z czasem się zapomni. Czas nie
jest przyjacielem rodzica, któremu zaginęło dziecko.