Uwaga, jedzie! – wrzeszczy spocony Hassan,
włączając spalinową
wyciągarkę. Nawijana na bęben stalowa lina niknie w wydrążonej w ziemi
dziurze prowadzącej do Egiptu. Jesteśmy w kontrolowanym przez
palestyński Hamas miasteczku Rafah, na granicy Strefy Gazy z Egiptem.
Oficjalne przejście graniczne w Rafah odprawia zaledwie setkę ludzi i
żadnych towarów, bo od wojny, którą Hamas wszczął pięć lat temu z
Izraelem, obowiązuje ścisła blokada Gazy.
Wymiana międzynarodowa na
dużą
skalę kwitnie jednak w podziemiu. I to dosłownie. Zaledwie kilka
kilometrów od oficjalnego przejścia zaczyna się strefa tuneli łączących
palestyńską enklawę w Gazie z Egiptem. Tunel Hassana ma zaledwie 200
metrów. Z głośnika zawieszonego na słupie namiotu, który jest rozpięty
nad otworem, słychać jakieś komendy od nadawcy po egipskiej stronie.
Odsuwam się od krawędzi otworu pod pryzmę skrzyń ze świeżymi rybami i
pomarańczami z Synaju. Czekamy.
Tuneli cło pobierane jest
według ustalonych stawek, przynosząc
islamistom kilkaset milionów dolarów rocznego dochodu: – Za tonę
tłucznia trzeba zapłacić 10 szekli, tonę cementu 20, za stalowe pręty
zbrojeniowe 50 szekli za tonę, paliwo: 100 proc. narzutu na cenę litra,
który w Egipcie kosztuje równowartość 1,25 szekli – wylicza Fuad, który
załatwiał z komendantem hamasowskiego posterunku pozwolenie na
zwiedzanie. – A broń?– pytam. – Ten sektor jest wyłączony z
wolnorynkowej konkurencji, to domena Hamasu, o której ja nic nie wiem i
na twoim miejscu też bym nie pytał – ucina.
Linki na bębnie
wyciągarki przybywa, aż w końcu z dziury w ziemi
wyjeżdża wąski i długi kawał grubej gumy, na którym poustawiano
plastikowe pojemniki z tłuczniem. Ludzie rzucają się do ich wysypywania
na wielką hałdę. Żółta koparka zagarnia z niej tłuczeń na ciężarówkę z
przyczepą. Za zakrętem czekają następne wywrotki, popędzając pracujących
klaksonami. Błotnista ulica rozjeżdżona przez ciężarówki, spychacze i
koparki ciągnie się wzdłuż zwieńczonego siatką z drutu kolczastego wału,
który oddziela terytorium Hamasu od Egiptu. Po obu stronach drogi
znajdują się wyloty przemytniczych tuneli. Dzięki nim przyklejona do
śródziemnomorskiego wybrzeża przeludniona palestyńska enklawa w Gazie
przeżywa boom gospodarczy.
Islamiści w strefie Schengen
Tuneli są setki.
Niektóre to zwykłe płytkie dziury w ziemi, długości nie
więcej niż 150 lub 200 metrów, takie jak ta, którą Hassan ciągnie żwir.
Jednak obok jest już poważniejsze przedsiębiorstwo – zamiast jamy w
ziemi głęboki na pięć metrów szyb, na którego dnie widać spory,
oświetlony tunel przynajmniej dwumetrowej wysokości. Uwijają się w nim
pokryci cementowym pyłem robotnicy. Przyczepiają worki do zakończonej
hakiem stalowej liny, którą wyciąga się kontrabandę na powierzchnię.
Brniemy w błocie, mijając sznur ciężarówek wyładowanych towarami.
–
Praca trwa tu na trzy zmiany, 24 godziny na dobę, na każdej zmianie
pracuje po ośmiu ludzi – tłumaczy Faisal, który zapłacił 10 tys. szekli
(równowartość ok. 10 tys. zł), by dostać od Hamasu pozwolenie na
wydrążenie tunelu (oddzielnie musiał zapłacić za wynajęcie sprzętu i
ludzi do jego zbudowania). Pozwolenia są pisemne, wydaje je urząd
stworzony przez palestyński rząd w Strefie Gazy, kontrolowany przez
Hamas. Urząd nazywa się Komitet Tuneli i pobiera również cło za przemyt.
Odprawa celna odbywa się z zachowaniem wszelkich reguł wyznaczonych
przez Unię Europejską. W 2005 r., po przekazaniu przez Izrael
Palestyńczykom całkowitej kontroli nad Gazą, unijni eksperci
przeszkolili palestyńską straż graniczną w procedurach celnych, odprawie
towarów i zwalczaniu przemytu. – Mieliśmy bardzo pilnych kursantów, ich
pęd do doskonalenia wiedzy był imponujący – przyznaje Ruth Haliti,
oficer niemieckiego Zollamt, która dziś pracuje w misji policji UE na
Zachodnim Brzegu Jordanu. Po dwóch latach jej pracy w Gazie bojówki
Hamasu przejęły kontrolę nad granicą z Egiptem. Nieuzbrojeni europejscy
instruktorzy uciekli, a ich biura w Kerem Shalom na granicy z Izraelem
zniszczył zamachowiec samobójca. Jednak wiedza z UE została w Gazie
spożytkowana.
Wyjazdu z tuneli strzeże posterunek obsadzony przez
Hamas
umundurowanymi policjantami. W budynku Komitetu Tuneli cło pobierane jest
według ustalonych stawek, przynoszac islamistom kilkaset milionów dolarów
rocznego dochodu: – Za tone tłucznia trzeba zapłacic 10 szekli, tone
cementu 20, za stalowe prety zbrojeniowe 50 szekli za tone, paliwo: 100 proc.
narzutu nacene litra, który w Egipcie kosztuje równowartosc 1,25 szekli –
wylicza Fuad, który załatwiał z komendantem hamasowskiego posterunku pozwolenie
na zwiedzanie. – A bron?– pytam. – Ten sektor jest wyłaczony z
wolnorynkowej konkurencji, to domena Hamasu, o której ja nic nie wiem i na twoim
miejscu tez bym nie pytał – ucina.
Studenci do kilofów
Dżamil Hamad ma powody do dumy.
Jako dyrektor najlepszej zawodówki w
Gazie miał zaszczyt wystąpić przed baronową Catherine Ashton, która w
minioną środę odwiedziła jego szkołę. Ubrana w jadowicie różowy żakiet i
duże niebieskie perły szefowa unijnej dyplomacji była pod wrażeniem klas
krawieckich dla dziewcząt i stolarskich dla chłopców. Podobały jej się
obszywane sztucznymi perłami suknie ślubne w jaskrawych kolorach i
mocne, stabilne taborety.
Dyrektor ma do edukacji praktyczne
podejście:
– Kiedy nie było żadnej pracy, ludzie pchali się na uniwersytety, ale to
strata czasu i pieniędzy. W Gazie potrzebni są fachowcy, bo jak ruszy
budownictwo, to zaraz potrzebne będą meble, a potem przyjdzie czas i na
wesela – mówi. Prowadzone w jego szkole kursy budowlane są mniej
widowiskowe, dlatego pewnie nie pokazano ich lady Ashton, ale to właśnie
w tej branży, dzięki przemycanym tunelami materiałom, jest dziś
największy ruch. Dla dyrektora Hamada to świetna wiadomość, bo przez
ostatnie lata absolwenci kursów budowlanych byli właściwie niepotrzebni.
Z obawy przed tym, by Hamas nie zaczął konstruować bunkrów i ani nie
rozpętał kolejnej wojny, Izrael zakazał sprowadzania do Gazy cementu,
prętów zbrojeniowych, a nawet papy. Teraz wszystkie te materiały można
ściągnąć bez problemu tunelami z Egiptu. Budowlańcy stali się tak pilnie
poszukiwani, że dyrektor Hamad musiał nawet uruchomić kursy murarskie
dla dorosłych, by sprostać zapotrzebowaniu na rynku pracy.
Dobry
fachowiec może wyciągnąć na budowie nawet 120 szekli dziennie. W
przeludnionej do granic możliwości Gazie, gdzie dwie trzecie ludności
uzależnione jest od żywności rozdawanej przez oenzetowską agendę UNRWA,
brzmi to niemal jak rewolucja. Zwłaszcza że statystyki UNRWA mówią o
spadającym w szybkim tempie bezrobociu, jeszcze niedawno sięgającym 40
proc.
Efekty tunelowej gospodarki widać w Gazie gołym okiem.
Miasto
przypomina jeden wielki plac budowy. Szmuglowane z Egiptu pręty
zbrojeniowe i cement wozi się nawet zaprzężonymi w wychudłe szkapy lub
osły rozklekotanymi wózkami, które w pozbawionej stałych dostaw paliw
Gazie są powszechnym środkiem transportu. Na przemytniczym boomie
korzystają nawet niedoceniani przez dyrektora Hamada absolwenci
uniwersytetów. Dwaj rośli młodzieńcy, którzy na widok zagranicznego
dziennikarza wypełzają z jednego z tuneli w Rafah, okazują się
absolwentami dziennikarstwa na islamskim uniwersytecie, ufundowanym w
Gazie przez Hamas. Uwalani pyłem i zdyszani opowiadają, jak wyciągają
nawet sto szekli dniówki. Problem w tym, że nigdy nie wiadomo, czy
dożyją do wypłaty. Większość tuneli to prowizorka – nie ma tygodnia, by
osuwająca się ziemia kogoś nie przysypała. Na każde zwolnione miejsce
jest jednak kolejka chętnych, bo sto szekli dziennie to tutaj mała
fortuna.
Narzeczona spod ziemi
Żel jest tłusty i jest go tak dużo, że ani jeden kosmyk
włosów nie
drgnie, mimo że Ahmed energicznie podskakuje, demonstrując solidność
windy. To już nie jest żaden drobny podkop czy tunel, który może się
zawalić w każdej chwili, lecz solidna sztolnia, zaopatrzona w dwuosobowy
dźwig. Najwyraźniej opowieści o tym, że za 3 tys. dolarów można
przejechać podziemną granicę samochodem, nie są wyssane z palca.
Spacer jest o wiele tańszy. Kosztuje sto szekli w jedną stronę.
Procedury obowiązują takie same jak przy przekraczaniu granicy: trzeba
się wymeldować i zameldować na posterunku Hamasu, zapłacić myto i można
ruszać w świat.
To tutaj rzecz dotąd nieosiągalna. Tylko
nieliczni z 1,6
mln mieszkańców kiedykolwiek opuścili enklawę, którą w poprzek można
przebiec podczas porannego joggingu, a wzdłuż przejechać samochodem w 40
minut. Na zachodzie jest morze, zamknięte dla palestyńskich łodzi, a od
północy i wschodu stoi ośmiometrowy mur, chroniący mieszkających po
drugiej stronie Izraelczyków. Bariera się przydaje, bo od czasu do czasu
ktoś w Gazie bierze na plecy wyrzutnię rakiet albo moździerz, wsiada na
motor i jedzie w kierunku granicy walić na oślep w Izrael. Dwa dni temu
w odwecie za ostrzelanie z Gazy przedmieść Aszkelonu izraelskie
lotnictwo zbombardowało jeden z tuneli. Kiedyś Egipcjanie wypuszczali
nimi z Gazy tylko za potężne łapówki. Od upadku reżimu Mubaraka w Kairze
tunelami nikt nie zawraca sobie głowy.
W końcu rządzący w Gazie
Hamas
jest częścią Bractwa Muzułmańskiego, organizacji islamskiej, która
właśnie wygrała wybory w Egipcie. – Tunele łączą Braci Muzułmanów z
Hamasu z tymi, którzy obalili reżimy w Egipcie, Tunezji i Libii. Od Gazy
aż do Algierii praktycznie nie ma teraz żadnych granic – mówi Sami
Mshasha z biura Komisji Europejskiej we Wschodniej Jerozolimie. To
pewnie dlatego wyżelowany Ahmed jest taki szczęśliwy, skacząc po rampie
windy prowadzącej w niedostępny dotychczas świat. Zaraz potem okazuje
się, że powód jest bardziej prozaiczny. Kilka dni temu Ahmed sprowadził
tym tunelem narzeczoną, na którą czekał pięć lat. Dziś jest jego wesele
i perspektywa długo wyczekiwanej nocy poślubnej wprawia go w taki dobry
humor.
– 15 metrów w dół, krótki spacer i jesteś w Egipcie
– zachęca.
Spoglądam w dół, ale dno ledwo widać. Ahmed, pewnie dla zachęty,
przekłada dźwignię windy i zaczyna zjeżdżać w dół. – Pieprzyć Izrael!
–
krzyczy jeszcze z głębi sztolni. Chyba pora się zbierać, bo wokół nas
zaczyna gromadzić się mały tłumek. Ktoś wykonuje szybkie telefony i z
posterunku celnego Hamasu rusza w naszym kierunku policjant na motocyklu.