Nie wiadomo, co było przyczyną. Samozapłon? Zwarcie w
instalacji
elektrycznej? Nieumyślne zaprószenie ognia? W każdym razie największa
hala stoczni trójmiejskiej firmy Sunreef Yachts w niezbyt mroźną noc z
19 na 20 stycznia 2012 r. poszła z dymem. Wraz z nią kilkanaście
milionów złotych w materiałach i częściach przeznaczonych do budowy
dużych, dwukadłubowych i superluksusowych jachtów (katamaranów) dla
nieznośnie bogatych i kapryśnych klientów.
Francis Lapp, założyciel i
prezes firmy, planował, jak zminimalizować biznesowe szkody, gdy
zgliszcza jeszcze dobrze nie ostygły. Kilka dni po pożarze mówi już
spokojnie: – Szkody są, ale tragedii nie ma. Już wynajęliśmy inną halę,
tam kontynuujemy produkcję. Rozmawiamy w siedzibie jego firmy. Ta
siedziba to ciasny gabinet prezesa i drugie pomieszczenie, w którym
tłoczą się projektanci, inżynierowie, księgowi i marketingowcy (40
osób). Mieści się w postoczniowym budynku, ściana w ścianę ze spaloną
halą. Dobrze, że się nie zajęło.
– Prezes wygląda co
prawda na
spokojnego, ale od soboty niemal nie śpi. Ten człowiek wkłada w firmę
całe swoje serce, pożar był dla niego szokiem – mówi jeden z
pracowników. W jego głosie naprawdę słychać współczucie.
Bliskie spotkanie z AK-47
Polski
robotnik współczuje swojemu zagranicznemu pracodawcy? Cóż – po 20
latach Lapp jest już w Polsce „tutejszy". Nawet mówi o sobie:
„Ja –
Polak”. – Stuprocentowy! – podkreśla ze śmiechem, a potem
tłumaczy,
siłując się trochę z zasadzkami polszczyzny: – Nie chodzi tylko o to, że
tu mieszkam i że mam żonę Polkę. Podoba mi się polska mentalność. Polacy
są kreatywni i pracowici. Nie to, co Francuzi, którym nic się nie chce.
W stwierdzeniu, że są rozpieszczeni przez socjał, nie ma ani krzty
przesady. Poza tym w Polsce biurokracja jest lżejsza. Ja w ogóle do
Francji nie lubię wracać.
Do Polski przybył z Alzacji, gdzie w
1958 r.
urodził się w Mulhouse, miasteczku położonym na malowniczych
wzniesieniach. Od dzieciństwa marzył o podróżach („Byłem świetny z
geografii!"). Rodzice zafundować ich jednak nie mogli – matka miała
zakład krawiecki, ojciec był na rencie inwalidzkiej. Mały Francis na
każdą przyjemność zapracować musiał sam. Interesował się elektroniką,
więc za drobne wynagrodzenie pomagał sąsiadom naprawiać sprzęty. Gdy
kończył technikum, był już znaną w okolicy złotą rączką. Zamiast na
politechnikę poszedł do pracy – instalował w fabrykach szafy
elektryczne. W połowielat 80. wysłano go do pracy w Arabii Saudyjskiej.
Jego pracodawca przekonał go, żeby za zarobki kupił udziały w firmie.
Szef okazał się oszustem. Firma upadła, a Francis został z pustym
portfelem. Wrócił do Francji. Pod koniec lat 80. organizował wycieczki
motywacyjne dla pracowników korporacji. Przy okazji wraz ze znajomymi
prowadził konwoje humanitarne z pomocą dla krajów Afryki. W 1988 r. w
drodze z Nigerii do Algierii omal nie zginął. – Nocowaliśmy na środku
pustyni. Obudziły nas strzały i odgłos kolb kałaszów walących w
karoserię aut. Kilku uzbrojonych ludzi zabrało nam samochody i zostawiło
na pastwę losu – wspomina Lapp. Na szczęście napastnicy okazali się mało
rozgarnięci. – Po kilku kilometrach jazdy porzucili jeden z jeepów,
wcześniej przebijając opony. Poradziliśmy sobie – opowiada Lapp.
Ta
przygoda nie zabiła w nim miłości do pustyni. Co roku swoim motocyklem
KTM pokonuje marokańskie pustkowia. Kiedyś jeździł też na pustynne rajdy
samochodowe. – Tam jest wolność! – zachwyca się Lapp. A co z
oceanem, po
którym pływają jego katamarany? Lapp wzrusza ramionami. Nie ma zbytniego
nabożeństwa do żeglowania, z którego żyje („Ostatni raz żeglowałem ze
dwa lata temu"). Do Polski przyjechał 1992 r., na rajd Mistrzostw
Polski. Zajął trzecie miejsce, a srebrny puchar wciąż stoi w jego
gabinecie. Dwa tygodnie po zawodach był u nas z powrotem. Tym razem
przyjechał zakładać firmę.
Ogródek na mostku
Zaczął od tego, co wcześniej
ćwiczył we Francji – produkował i
instalował szafy elektryczne. Najpierw wszystko szło na eksport, m.in.
do fabryk Coca-Coli, potem wśród klientów pojawiły się polskie fabryki
(Siemens), a w końcu wygrał kilka kontraktów na montowanie instalacji w
pierwszych polskich hipermarketach. HTEP funkcjonuje do dzisiaj – oprócz
instalacji elektrycznych wykonuje też sanitarne. W pierwszych trzech
kwartałach zeszłego roku Lapp miał w sumie ok. 54 mln zł przychodów. Na
HTEP przypada 15 proc. obrotów, na Sunreef Yachts – reszta. Jednak
jachty pojawiły się w życiu Lappa dopiero dekadę temu. Nie byłoby ich,
gdyby nie przyjaźnie, jakie zawarł podczas wojaży po Afryce i
okablowywania wielkich sklepów.
– W 2001 r. zaprzyjaźniłem
się z
ówczesnym dyrektorem technicznym Castoramy. Był fanem żeglarstwa.
Namówił mnie na kupno katamaranu. Pierwszy, sześciometrowy, okazał się
za mały jak na naszą wspólną wagę. Drugi był w sam raz do żeglugi po
Zalewie Zegrzyńskim, a trzeci – ponad 11-metrowy – sprawił, że
pomyśleliśmy o biznesie czarterowym. Wysłaliśmy go do jednego z portów
na Madagaskarze i wynajmowaliśmy. Wkrótce nasza flota powiększyła się o
dwa nowe katamarany.
Firma Sunreef Yachts powstała w 2002 r., gdy
wspólnicy zorientowali się, że na kupno kolejnego katamaranu, większego
i lepszego, po prostu ich nie stać. Ale jeśli nie można kupić, to może
można wyprodukować? Postoczniowe hale doradził Lappowi polski prawnik,
którego poznał na Madagaskarze. Wynajem kosztował grosze, a chętnych do
pracy nie brakowało. Więc Lapp przeprowadził się z Warszawy do
Trójmiasta. W 2003 r. zwodował swój pierwszy jacht „Sunreef 74".
Sprzedał go za 3 mln euro. Ten sam klient zamówił u Lappa po kilku
latach kolejny jacht – już za 11 mln euro. „Che” miał 34 m
długości, co
czyniło z niego – w chwili wodowania – największy żaglowy
katamaran na świecie. Jachty ze stoczni Sunreef kosztują od 1,3 mln do
30 mln euro.
Sunreef sprzedaje rocznie do dziesięciu jachtów (w
Polsce
został sprzedany dotąd tylko jeden), w sumie po morzach pływa już 60
jednostek tej firmy. Produkcja największych zajmuje nawet dwa lata.
Wszystko odbywa się na opustoszałych terenach dawnej Stoczni Gdańskiej.
Są tak gigantyczne, że 400 pracowników Sunreef Yachts (pracujących po
pożarze w systemie trzyzmianowym) można nawet nie zauważyć.
W
porcie
przy jednej z hal produkcyjnych stoi zacumowana jednostka o nazwie
„Pomaika’I". Cudem uniknęła spalenia, bo jeszcze kilka dni
przed
zwodowaniem trzymano ją w feralnej hali. Każdy katamaran, nim zostanie
przekazany klientowi (zwykle po prostu do niego płynie), odbywa
kontrolny rejs w Zatoce Gdańskiej. „Pomaika’I” ma 21 m
długości, 148
mkw. powierzchni mieszkalnej, cztery łazienki, cztery kabiny, dwa
pokłady. – To łódź relatywnie niewielka –mówi Ewa Stachurska,
rzecznik
prasowy Sunreef Yachts. Wszystko wykończone elegancko, choć bez
bizantyjskiego rozpasania. – Klient jest Amerykaninem, oni są
praktyczni. Europejczycy wolą rzeczy bardziej designerskie – mówi
Stachurska. Obecnie w budowie jest jacht, którego zleceniodawca zażyczył
sobie na pokładzie jacuzzi i dwa ogródki z orchideami. Jeden na
kokpicie, a drugi w kabinie. Prośby o wykończenie wnętrz w mahoniu czy
skórze to normalka. „Che” był wykończony bambusem.
Miejski meleks
W
Polsce wiele firm produkuje jachty. Kilkanaście z nich – np. Delphia z
Olecka – robi to na dużą skalę. W sumie w 2010 r. Polacy wyprodukowali
ponad 15 tys. jednostek – prawie wszystko na eksport. Na rynku małych
jachtów jesteśmy europejskim mocarstwem! Jednak żadna z naszych firm nie
produkuje podobnych jachtów jak Lapp. Ba! – na świecie nie ma nikogo,
kto by się w produkcji takich jachtów specjalizował. – Była jedna
stocznia jachtowa, francuska, ale upadła w 2008 r., gdy uderzył kryzys.
Nie mamy konkurencji w swojej klasie, a szkoda, bo konkurencja jest
stymulująca – mruga wesoło Lapp.
W swojej klasie
konkurentów
rzeczywiście nie ma, ale tradycyjne jednokadłubowe jachty cieszą się
ogromną popularnością. A nawet rozrzutni milionerzy rzadko kupują dwie
łodzie. – Przekonanie kogoś, kto ma już wszystko, że brakuje mu akurat
katamaranu, bywa trudne – przyznaje Lapp. Teraz chce do tego przekonać
Chińczyków. Na razie tylko dwóch kupiło jego jachty, ale Lapp liczy na
to, że to się zmieni. Wydał nawet specjalnie na chiński rynek album o
katamaranach. – Tłumaczymy w nim wyższość łodzi dwukadłubowych nad
jednokadłubowymi. Dla Chińczyków, nieskorych raczej do transatlantyckich
rejsów, katamarany są jak znalazł, bo dają możliwość rekreacyjnej
żeglugi blisko brzegu. Mają też duży pokład główny, na którym Chińczycy
mogą robić to, co lubią najbardziej, czyli organizować spotkania
rodzinne i biznesowe – przekonuje Lapp.
Na targach, które
są
organizowane zazwyczaj w luksusowych portach, np. w Cannes, Lapp pojawia
się prawie zawsze. A jak nie on, to jego wysłannicy. A nuż spotkają
jakąś gwiazdę filmową, która się zastanawia, co zrobić z gażą za swój
ostatni film?
Katamaran to wśród jachtów podobne dziwo jak wśród
aut
pojazd elektryczny. Mimo to właśnie mały miejski zasilany prądem
samochód to kolejny pomysł Lappa. Kupił już licencję na produkcję takiej
zabawki od pewnej francuskiej firmy. Zakupiony model, który estetyką
jeszcze za bardzo przypomina meleksa, zamierza zmodernizować i
wprowadzić do sprzedaży. Auto ma kosztować ok. 20 tys. euro, ale koszt
przejazdu 100 km nie powinien przekroczyć 3 zł. To może być dla firm
zachęta. A potem? Lapp liczy na klientów indywidualnych i na to, że
marketing załatwiła już dawno za niego Unia Europejska, przyjmując
pakiet klimatyczny, zgodnie z którym europejskie miasta mają ograniczać
emisję CO2.