Gdy rozmawiamy z premierem w jego kancelarii, na
stoliku przed sobą kładzie odwróconą kartkę. Podnosi ją, gdy pada pytanie o cel
jego rządów i o to, co jest dla niego miarą sukcesu. Na kartce są słupki
pokazujące wzrost PKB w krajach Unii w ostatnim czteroleciu. Najwyższy jest
polski – 15,5 proc. Następny w kolejności, słowacki, niemal dwa razy
niższy. Dwie kartki, ta i ta druga, wyborcza, za pomocą której Polacy na kolejne
cztery lata oddali rządy w jego ręce, premier uważa za poniekąd ostateczną miarę
sukcesu, jaki osiągnął. Właściwie słusznie.
Ale czas mierzy się w
polityce szczególną miarą. To, co wczoraj było oczywiste, dziś jest wątpliwe, co
wczoraj było młodością i dynamizmem, dziś bywa anachronizmem. Gdy prawie dwa
miesiące temu zastanawialiśmy się, kto najbardziej zasługuje na tytuł Człowieka
Roku 2011, dyskusja była krótka, a decyzja – oczywista. Kto, jeśli nie
człowiek, który w trudnej sytuacji pomógł Polsce zachować całkiem imponujący na
tle innych gospodarczy wzrost, który drugi raz poprowadził swoją partię do
wyborczego zwycięstwa.
Kiedy to wszystko było? W zamierzchłej
epoce, zanim rządowi spadły na głowę recepty i ACTA. Tusk traci kontakt z
rzeczywistością, Tusk jest arogancki i nonszalancki, Tusk stracił polityczną
inicjatywę, Tusk stracił społeczny i polityczny słuch, władza wymyka się Tuskowi
z rąk, Tusk się kiwa, ale nie jest mężem stanu, Tusk jest zmęczony, Tuskowi się
nie chce, stracił motywację. Nie tylko recepty i ACTA spadły na jego głowę, lecz
także tona zarzutów kierowanych z impetem i schadenfreude przez wrogów oraz z
niedowierzaniem i konsternacją przez sympatyków.
Premier w rozmowie
z nami podkreślał, że nie odrywa się od ziemi. Widzi dramatyczny kontrast między
laurkami sprzed sylwestra a posylwestrowym laniem, które mu całkiem słusznie
zafundowano. Ale nie sprawia wrażenia pobitego, zmęczonego, sfrustrowanego,
zniechęconego i zepchniętego do defensywy. Nie sprawia też jednak wrażenia
polityka gotowego do wielkiego kontrnatarcia.
Wielkiego
kontrnatarcia nie będzie, bo filozofią Tuska jest „mierz zamiar według
sił", a przede wszystkim według politycznego kontekstu i społecznych
nastrojów. Nie będzie więc żadnych kawaleryjskich szarż, żadnego „wszystko
albo nic”, żadnego „teraz albo nigdy”. Będzie skalkulowane po
aptekarsku ryzyko, będzie ostrożne definiowanie celów, permanentna kalkulacja
możliwych zysków i strat. Jedni nazwą to wynikającą z doświadczenia polityczną
mądrością, inni kunktatorstwem i oportunizmem. Premier nie będzie jednak
ryzykował, by dać satysfakcję tym, którzy oczekują prawdziwej wizji, pójścia dla
świętej sprawy aż do zatracenia, gotowości zapłacenia za nią ceny najwyższej
– własnej władzy. To jest ten tuskizm – realizm, który jest i myślą,
i głęboką emocją – żadnego marzycielstwa i fantazjowania.
Pozostaje oczywiście pytanie, czy w ogóle można być mężem stanu w erze
internetu i 24-godzinnych kanałów informacyjnych i czy w naszej epoce mieliby
prawo rządzić Churchillowie i de Gaulle’owie. Nie ma natomiast pytania,
czy Donald Tusk chce to testować na własnej politycznej skórze. Nie chce.
Pozostają nam więc miary bardziej współczesne. Możemy mierzyć Tuska Sarkozym,
Obamą, Merkel i Cameronem albo Kaczyńskim, Marcinkiewiczem czy Buzkiem.
Szczerze? Premierostwo Donalda Tuska mierzone jedną i drugą miarą wygląda
naprawdę nieźle, nawet w oczach tych, którzy – jak ja – chcieliby
jednak więcej i ambitniej.
Miejsce Donalda Tuska we współczesnej
historii Polski wciąż pozostaje nieokreślone. Czy będzie zapamiętany jako
najlepszy polski premier w historii? Możliwe. A może jako człowiek, który wygrał
wprawdzie dwa razy wybory, ale jednak nie odczytał prawidłowo znaków czasu i
zawiódł? Niewykluczone. A może po prostu jako polityk, który w diabelnie trudnym
czasie zapewnił Polsce stabilizację i wzrost, czyli zrobił bardzo dużo, nawet
gdyby to było mniej, niżby się chciało? Być może.
Ta ostateczna
ocena musi poczekać. Sam premier dostał jednak w ostatnim czasie bezcenną
lekcję. Nie można odpuścić ani sekundy, nie można opuszczać gardy, nie można
zmniejszyć obrotów, nie można nawet na moment odetchnąć. I jeszcze jedno, nie
można mieć bezwzględnego zaufania do swojego politycznego nosa. Człowiek, który
podziwia Leo Messiego, musi pamiętać, co się dzieje w te wieczory, gdy
fantastyczny zwód, na który wszyscy się nabierają, zawodzi.
Donald
Tusk bezdyskusyjnie był człowiekiem roku 2011. Wśród laureatów nagrody są
ludzie, którzy w naszej współczesnej historii zapisywali piękne karty, i tacy,
którzy kończyli marnie. Donald Tusk swą historię wciąż pisze.