Specjaliści od ruchu
drogowego, biorąc pod uwagę nasze bezpieczeństwo, zakładając dodatkowo,
że większość z nas, kierowców amatorów, to idioci, postanowili zawalczyć o nasze
życie. Naszego życia strzeże na drogach ogromna rzesza policjantów drogowych,
straże miejskie, straże gminne, tajne radiowozy wyposażone w kamery z brakiem
możliwości montażu i tysiące fotoradarów, które bez względu na swoje zmęczenie
dokumentują, ilu Kubiców jeździ po Polsce jednocześnie. Jesteśmy dla naszego
dobra w szponach ograniczenia szybkości do średnio 70 kilometrów na godzinę.
Od czasów, kiedy przesiedliśmy się
z używanych maluchów do używanych samochodów wyprodukowanych za granicą, wiemy,
że kiedy jedziemy z szybkością 70 kilometrów na godzinę, to wydaje nam się, że
stoimy w miejscu, mimo że nie stoimy. Fachowcy od bezpiecznej jazdy twierdzą, że
przy tej szybkości jesteśmy jeszcze w stanie reagować swoim mózgiem na
niespodziewane wydarzenia drogowe i próbować wpłynąć na ich przebieg. Mamy do
wyboru albo poddać się nakazom i zakazom i wydłużyć czas podróży, albo nie
podróżować w ogóle.
Są jednak
Polacy, którzy znajdują sposoby na ominięcie zastawionych na nas zasieków
bezpieczeństwa. Na jeden z takich sposobów wpadła moja znajoma. Nie podaję jej
nazwiska po pierwsze dlatego, że nie chcę, żeby była ścigana, po drugie żeby nie
kompromitować jej sposobu myślenia, po trzecie żeby nie kompromitować siebie z
powodu, że utrzymuję z nią znajomość. Oto jej sposób myślenia. Znajoma ta
oszukuje system, który rejestruje godzinę wjazdu samochodu na autostradę i
godzinę wyjazdu samochodu z autostrady. Jeżeli odcinek ten ma długość 120
kilometrów i wolno się po nim poruszać z szybkością 120 kilometrów na godzinę,
to mandatami karani są kierowcy, którzy przejadą przez punkt kontroli czasu
poniżej godziny, czyli 60 minut. Moja znajoma wie o tym bardzo dobrze, ale jej
pracujący nieustannie mózg podpowiedział jej takie oto rozwiązanie. Zasuwa przez
80 kilometrów z szybkością 160 kilometrów na godzinę, po czym gwałtownie skręca
na stację Orlenu, tankuje samochód, który przy tej prędkości dużo pali, je
podwójną porcję hot dogów, przerzuca za darmo „Życie na gorąco",
które wypożycza sobie na stacji, sugerując, że je kupi. To wszystko zajmuje jej
38 minut. Wsiada następnie do swojego zatankowanego auta, pozostałe 40
kilometrów dociska gaz do dechy, osiągając czasem 180 na godzinę, i wyskakuje z
autostrady w czasie przekraczającym godzinę. System został nabity w butelkę.
Przez takich jak ona wydłużają się kolejki na tej stacji benzynowej i nie można
się dopchać ani do hot dogów, ani do „Na żywo”.
Opisana przeze mnie historia, na której się
dzisiaj skoncentrowałem, o tyle jest ważna, że dotyczy naszej mentalności. Wiele
czasu bowiem większość z nas kombinuje, jak coś obejść, mimo że nie ma to
żadnego praktycznego znaczenia.
Zdarzyło się wiele rzeczy w tym tygodniu wartych dłuższego
opisania, ale jedna jest wyjątkowo ważna. Przyznam szczerze, że nie mogę się
wyzwolić z wiadomości o śmierci Wisławy Szymborskiej. Mimo swojego długiego
życia nie udało mi się poznać jej osobiście. Zazdroszczę wszystkim moim
przyjaciołom, którzy mieli szczęście poprzebywać w jej towarzystwie, ale przede
wszystkim chłonąć jej osobowość, ciepłą, dobrą z pogodnym spojrzeniem na świat,
z nutką życzliwej ironii i ze wspaniałym poczuciem humoru. Mimo że nie miałem
tego szczęścia, to tak się czuję, jakbym stracił kogoś bliskiego, i myślę, że
jest to odczucie wszystkich, którzy czytali jej wiersze.