Pisano o nim, że ma w sobie coś z motyla i z czołgu. Z
motyla oszałamiająco barwne krawaty i kolorowe marynarki. Z czołgu –
pancerne parcie na lans w mediach.
Przez ostatnie ćwierć wieku nic się
nie zmienił. Zawsze w ciemnych okularach, z nieodłącznym glockiem pod pachą. W
podkutych butach. Przez 25 lat nie zmienił nawet fryzury.
Policjanci mówią
o nim: pajac, mitoman, pozer, naciągacz.
Ale ten technik
mechanizacji rolnictwa właśnie ośmieszył państwową policję w 40-milionowym
kraju.
1. Koniec stycznia. W Sosnowcu ginie mała
Magda. Jej matka opowiada, że została napadnięta, ogłuszona, że jakiś mężczyzna
w kapturze uprowadził dziecko. Policja zarządza poszukiwania.
Sprawa staje
się głośna. Media grzeją temat, a do Sosnowca przyjeżdża Krzysztof Rutkowski.
Dostaje zlecenie od rodziców matki Magdy. Rusza w starym dobrym stylu: najpierw
telefony do dziennikarzy, potem konferencja. – Mamy informacje o podobnych
próbach porwań w Sosnowcu – rzuca.
Przed kamerami razem z
rodzicami Magdy apeluje do porywacza o oddanie dziecka. Obiecuje pieniądze i nie
tylko: – Zaoszczędzisz łez i cierpienia matce i całej rodzinie. Nie
spędzisz ani dnia w więzieniu.
Kilka dni po zaginięciu dziewczynki media
podają, że Magdy „szuka również policja". Bo przecież przede
wszystkim szuka jej detektyw Rutkowski.
2. Czwartek po południu,
Warszawa. Razem z byłym policjantem z CBŚ oglądamy konferencję Rutkowskiego w
TVN 24. Policjant kręci głową: – Przykro mi to mówić. Ta mała się już nie
znajdzie. Rudi w żadnej z medialnych spraw nie odniósł sukcesu.
Policjant
nie do końca ma rację. Tego samego dnia wieczorem Rudi dzwoni do dziennikarzy
(do policji zadzwoni potem) z sensacyjną informacją: matka Magdy przyznała się,
że kiedy dziecko wyślizgnęło się jej z rąk i uderzyło głową o próg, spanikowała
i porzuciła je nad rzeką.
Rudi ma newsa. Ma sukces. Mija 11. dzień
od zaginięcia Magdy. – Czujemy smród ciała i widzimy śpioszki –
relacjonuje w TVN 24.
Mówi, że aresztował matkę (to niemożliwe, w
Polsce decyzję o areszcie może wydać tylko sąd). Do sieci wrzuca filmik, na
którym szlochająca matka Magdy przyznaje się do winy. Ciało, o którym z zapałem
opowiada Rutkowski, to tylko zwinięta w kłąb kurtka. Policyjny pies nie
podejmuje tropu.
3. Detektywa Rutkowskiego wymyśliła żona.
Połowa lat 80. Funkcjonariusz Rutkowski, prosty kierowca z ZOMO, ma
kłopoty: jedna z prostytutek oskarża go, że okradł jej klienta. – Chłopaki
dorabiali na boku, prostytucja była nielegalna. Kiedy trafił się dolarowy
klient, pobierali od dziewczyn dolę – opowiada były warszawski
milicjant.
Prostytutka się skarży. Skarży się też klient. A ten ma
paszport dyplomatyczny. Sprawa robi się poważna. W 1986 r. Rutkowski wylatuje ze
służby. Na początku lat 90. w wywiadach będzie opowiadał, że odszedł, „nie
widząc możliwości rozwoju". – Moje metody pracy wykraczały poza
wyobraźnię przełożonych – stwierdzi, niewiele mijając się z prawdą.
Dopiero kilka lat temu przyznał, jak naprawdę wyglądała jego służba w
MO: – Mieliśmy gdzieś politykę, ale kumple, gorzała i dziwki były na
porządku dziennym.
W 1988 r. jedzie do Austrii (w Polsce zostawia
żonę i dziecko). Żeby przeżyć w niedużym Grazu, pracuje w warsztacie, pizzerii,
myje szyby. Poznaje Annę, Polkę. Razem klepią biedę. On współpracuje z
Securitas, jedną z pierwszych fi rm ochroniarskich. Sprowadza do Polski broń
gazową. Wymyśla, żeby założyć firmę detektywistyczną. Zakładają ją w Wiedniu.
Ich biuro ma kontakty z austriacką policją i ubezpieczycielami,
dostęp do biura Interpolu. To żyła złota. W Polsce, kraju bez telefonów, właśnie
upada komuna. Policja nie panuje nad rosnącą przestępczością.
4.
Rok 1990. Policja na akcje jeździ zdezelowanymi nyskami. Mieć mercedesa oznacza
za chwilę go nie mieć, bo to towar chodliwy.
W gazetach –
detektyw Rutkowski. Formalnie pomaga policji, dzieli się z nią danymi o
pojazdach skradzionych za granicą. – Numery aut dawały mu zachodnie
ubezpieczalnie – twierdzi dawny współpracownik detektywa. – Rudi
porównywał je z numerami aut, które stały na policyjnym parkingu. Taki był z
niego detektyw.
Za cynk o kradzionym aucie, które stoi na
policyjnych parkingach, Rutkowski płaci policjantom.
Ma świetny PR.
Wie, do kogo zadzwonić, żeby sprzedać swoje historie. Kumpluje się z
dziennikarzami. Opowiada, jak próbowali go odstrzelić bandyci. Płacili za jego
głowę 100 tys. dolarów. Nie znalazł się żaden odważny. Było zlecenie, czy go nie
było? Nie wiadomo. Nikt tego nie sprawdza.
Rutkowski chwali się, że
przez pół roku odszukuje przeszło 60 samochodów skradzionych w Polsce i za
granicą. Ile naprawdę odszukuje – nie wiadomo.
5. W 1992 r.
– pierwsze kłopoty. Policja oskarża go o nielegalne posiadanie broni i
podszywanie się pod funkcjonariusza policji. Bo Rutkowski zatrzymuje auta, macha
legitymacją, przedstawia się jako pracownik Komendy Głównej. Albo Interpolu.
– Kogut, lizak, długa broń – kwituje jego były współpracownik.
Sprawa ciągnie się latami. W materiałach oskarżenia dowód przeciwko
Rutkowskiemu – nagrania z akcji, na które Rutkowski tradycyjnie zabierał z
sobą telewizję. Sąd uznaje, że harce Rutkowskiego nie były „społecznie
niebezpieczne". Umarza sprawę. – Super, super – cieszy się
detektyw po wyroku.
Kolejne oskarżenie: w Terespolu Rutkowski zatrzymuje
dwóch Białorusinów, oskarża ich, że jadą kradzionym mercedesem. Jeden z
zatrzymanych ma paszport dyplomatyczny. Wybucha afera, ale rozchodzi się po
kościach.
Rutkowski ma dobra prasę.
6. Rok 2000, rok
przełomu. TVN kręci z nim paradokumentalny serial „Detektyw". W
każdym odcinku rozkłada bandytów na łopatki. Złodzieje, dilerzy, porywacze.
Przygody superdetektywa ogląda średnio 1,5 mln ludzi. Jego teksty („3, 2,
1... Bomba! Gleba! Stój, bo cię odstrzelę!”) stają się kultowe. To czas,
gdy na ulicach strzelają do siebie gangi pruszkowski i wołomiński, wybuchają
bomby. Rutkowski dla widzów jest jak odtrutka na rzeczywistość. Brutalny i
skuteczny. Szeryf.
Każda akcja w serialu to Rutkowski: skupienie na
twarzy, pełne zaangażowanie, okrzyk „Bomba! Bomba!", gdy jego ludzie
ubrani jak antyterroryści ruszają do akcji. Jeśli w serialu pojawia się policja,
to głównie po to, żeby usłyszeć krótkie: „Pozamiatane”.
Przegina. Po serialu policja zaczyna sprawdzać, czy ludzie Rutkowskiego
mogą posługiwać się bronią i metodami antyterrorystów. W serialu co chwila lecą
pogróżki pod adresem przestępców: „Chcesz żyć, śmieciu?",
„Wiesz, z kim tańczysz?”.
– W
„Detektywie" nic nie jest udawane. Pokazuje nam do bólu prawdziwy
świat – zachwala producent.
Z policji do ekipy Rutkowskiego
przechodzi policjant Dariusz Janas. Oficer KGP: – Był wcześniej
rzecznikiem, miał dostęp do informacji o postępowaniach. Nikt go za rękę nie
złapał, gdy brał pieniądze od Rutkowskiego, ale te podejrzenia spowodowały jego
odejście.
Dariusz Janas (dziś restaurator) wspomina: –
Interes się kręcił, było dużo zleceń. Ale TVN to był błąd. Wszystko było robione
pod dyktando telewizji. W jednej ze spraw mieliśmy przywieźć z Anglii matkę z
dzieckiem. Normalnie taka sprawa zajęłaby miesiąc. TVN miał jednak zaplanowaną
emisję, więc Rutkowski dostał tydzień. Nie było czasu na przygotowanie
odpowiednich dokumentów. Skończyło się tym, że matka z dzieckiem trafiła do
obozu dla uchodźców.
7. Serial utrwala sławę superdetektywa.
Co z tego, że jego pracownicy opowiadają, że akcje Rutkowskiego to
ustawki. Choćby jak wtedy koło Tczewa – ktoś szantażował właściciela
motelu podłożeniem bomby. W serialu Rutkowski jak jasnowidz odkrywa podłożone
ładunki. Skąd wie, gdzie ich szukać? Nikt nie pyta. Nikt, oprócz prokuratury,
która jednak umarza śledztwo w tej sprawie.
Scena z odnalezieniem
ładunków znajdzie się w nakręconym w 2005 r. serialu Patryka Vegi
„Pitbull". Jednym z bohaterów jest groteskowy detektyw Ostrowski.
– Nie mylić z Rutkowskim – rzuca kilka razy, ale podobieństwo do
pierwowzoru jest uderzające.
Po serialu „Detektyw"
Krajowy Związek Pracodawców Agencji Ochrony Osób, Mienia i Usług
Detektywistycznych potępia biuro Rutkowskiego za naruszanie prawa i etyki.
Ustawki czy nie – w 2001 r. na fali popularności Rutkowski
wchodzi do Sejmu. Zostaje posłem Samoobrony. Wciąż kozaczy, a ma i spluwę, i
immunitet.
Jerzy Dziewulski, wróg Rutkowksiego, były poseł SLD:
– TVN go wypromował. W Polsce, jeśli aktor gra księdza, to ludzie na ulicy
całują go w rękę. Dzięki temu można naciągać ludzi.
8. Sejmem się
nie przejmuje. Zmienia specjalizację. Bierze się za pomoc rodzinom uprowadzonych
dla okupu. Minimalna kwota, za którą wkracza do akcji, to 20 tys. zł plus VAT.
Jerzy Dziewulski: – Miał pseudonim „20 tys. plus
VAT".
To już druga w jego karierze żyła złota. Ludzie chcą się czuć
bezpiecznie, w razie porwania dostać pomoc. Jest rynek, jest Rutkowski. Firma
Rutkowskiego pojawia się przy rodzinie porwanego Krzysztofa Olewnika (dziś
Rutkowski i Włodzimierz Olewnik oskarżają się nawzajem o najgorsze).
W 2004 r. prowadzi negocjacje z porywaczami 26-letniego Mariusza.
Mężczyzna ginie. Policjanci twierdzą, że to skutek źle prowadzonych negocjacji.
Rutkowski odrzuca oskarżenia.
Ale ma też sukcesy. W 2002 r. w
Czechach zatrzymuje jednego z zabójców notariuszki spod Krakowa. Z paszportem
dyplomatycznym w dłoni wywozi go do Polski.
Były policjant,
anonimowo: – Informację o miejscu kryjówki poszukiwanego za zabójstwo miał
od policji w Bielsku-Białej.
To szczyt popularności. W serialu
„Sukces" gra oficera UOP, w „Klanie” jest konsultantem.
Oznajmia, że chce złapać snajpera, który terroryzuje Waszyngton, w Iraku chce
schwytać Saddama Husajna.
9. W 2004 r. ogłasza, że zdobył dowody na
korupcyjne związki polityków SLD z biznesmenami branży automatów hazardowych.
Okazuje się, że wkręca go rzekomy świadek.
Rok później w Łodzi
zatrzymuje dwóch mężczyzn. W asyście huku petard i wyzwisk. Podejrzewa ich o
próbę wymuszenia haraczu. Sprawa kończy się uniewinnieniem w sądzie.
W 2005 r. poważna wpadka: komandosi od Rudiego wyciągają z klasy
chłopca, żeby oddać go matce (rodzice są skłóceni). Dzieci są w szoku. Policja
zaciera ręce: teraz ma bat na tyłek Rutkowskiego.
Wkrótce ze
śląskich prokuratur płyną podejrzenia i zarzuty: o zlecenie kradzieży mercedesa.
O bezprawne pozbawienie wolności i działanie bez koncesji. W lipcu 2006 r.
Rutkowski ląduje w areszcie podejrzany o udział w mafii paliwowej. Mdleje w
ramionach agentów ABW, ale sędziego to nie wzrusza. W areszcie spędza 10
miesięcy.
Wychodzi. Znika z mediów. W 2010 r. dostaje kolejne
zarzuty: przez dwa lata działał bez uprawnień, przyjął kilkaset zleceń, kazał
bezprawnie pozbawić wolności trzy osoby.
Dariusz Janas: –
Uspokoił się po wyjściu z aresztu. Od tego czasu miał tylko dwie dziewczyny.
Wcześniej miał nową co dwa tygodnie. Nie lubi mówić o tym czasie. Po wyjściu na
wolność był w długach, musiał zaczynać od nowa.
Detektyw angażuje
się w związek z niejaką Luizą, podobno byłą zakonnicą. Podobno zrzuciła dla
niego habit.
Znów ma sesje w kolorowych pismach.
10. W
lipcu 2010 r. odradza się jak Feniks z popiołów. Szuka zaginionej w Trójmieście
Iwony Wieczorek. Znów ma dla siebie dziennikarzy i telewizje. Spuszcza
koncertowy łomot policji: przez tydzień mundurowi nie dotarli do ulicznego
monitoringu, który może wyjaśnić, co się stało z Iwoną. To on znajduje ślad
Iwony Wieczorek w zapisie monitoringu.
Iwona się nie odnajduje. Ale
Rudi jest znów na fali. W Norwegii zabiera dziewięcioletnią Nikolę z rąk opieki
społecznej i oddaje rodzicom. Jesienią 2011 r. zapowiada, że zbada, czy Andrzej
Lepper popełnił samobójstwo. Janusz Maksymiuk, polityk Samoobrony: –
Pokazał nawet film z rzekomo ostatnią wypowiedzią Leppera. Okazało się, że film
był nagrany trzy miesiące wcześniej. Lansował się.
11. Piątek, 3
lutego. Na konferencji prasowej w Mysłowicach przez ponad godzinę Rutkowski
opowiada, jak skłonił matkę Magdy do zeznań. Epatuje szczegółami z przesłuchań.
Pokazuje filmik – nagrał wyznanie matki Magdy ukrytą kamerą (to
nielegalne).
Piątkowe popołudnie. Rutkowski na żywo we wszystkich
telewizjach. Sypie szczegółami, wytyka błędy policji. Wyrokuje, kto i jak bardzo
jest winny. Nikt nie pyta o sprawy kryminalne, które się za nim ciągną. Ani
dlaczego działa bez licencji.
Oficer KGP: – Znowu wyrolował
policję. Ale tym razem przeholował. Policjanci mu tego nie darują. Powinien
wcześniej przekazać, że matka wie, gdzie mogą być zwłoki. Nikt by mu nie
odbierał zasług. Wolał jednak grać do końca na siebie, przy okazji ośmieszając
policję.
Były współpracownik: – Jaki kraj, taki Sherlock
Holmes.