TOMASZ LIS, TOMASZ
MACHAŁA:
Panie premierze, posypało się trochę.
DONALD TUSK: Nie. Ale pojawiło się kilka spraw, których nie
umieliśmy
dobrze załatwić. Być może na początku kadencji wszyscy przypominają
sobie o swoich nadziejach i marzeniach, stąd oczekiwania są większe.
Teraz zdarzyła się wielka kumulacja.
Tak, chociaż zbiegły się różne rzeczy. W refundacji i buncie
młodych w
sprawie ACTA najbardziej niepokojące są te głębsze przyczyny, a więc
drożyzna, niepewna sytuacja w Europie, bezrobocie młodych. Nadchodzą
ciężkie miesiące nie tylko dlatego, że nie poradziliśmy sobie z
wytłumaczeniem własnych racji w przypadku ustawy refundacyjnej czy ACTA.
Głównie dlatego, że przed nami, nie tylko w Polsce, gorzki czas kryzysu.
Problem w tym, że w sprawie ACTA i refundacji
leków rząd nie odrobił
pracy domowej.
W sprawie ACTA i złości tych młodych ludzi boleśnie przeżywam to, że
powstał fałszywy obraz: że z jednej strony są młodzi użytkownicy
internetu, a z drugiej strony jest władza. Internauci są przyzwyczajeni
do tego, że sieć jest przestrzenią wolności. Natomiast z punktu widzenia
sprzedających albo produkujących pełna wolność jest zagrożeniem ich
praw. I z tego wynikają emocje w przypadku ACTA, a nie z tego, że jeden
wiceminister nie dopełnił wszystkich form konsultacji.
Na papierze dopełnił. A naprawdę ograniczył
się do środowiska twórców. Akurat ze środowiskami
internetowymi konsultacje są prowadzone od ponad
roku. Kiedy wchodzą w życie nowe przepisy i kiedy pada iskra na
zgromadzony proch, to okazuje się, że prawdziwym powodem sprzeciwu jest
nie taka lub inna decyzja urzędnika, lecz realny konflikt interesów.
Realne zagrożenie dla naszych przyzwyczajeń, uprawnień czy pewnego
obyczaju.
Obyczaju ściągania
pirackich treści z sieci?
Obyczajem w przypadku internetu
jest poczucie, że to, co w nim jest,
powinno być wolne od regulacji. Internet – zdaniem większości
użytkowników – ma być zatem przestrzenią traktowaną inaczej niż świat
poza internetem. Ale dzisiaj dla milionów ludzi internet jest światem
realnym. Robi się w nim zakupy, poznaje ludzi, obraca się dużymi
kwotami. Nie jest więc odrębnym światem, dlatego coraz trudniej go
oddzielić od reguł, które obowiązują w świecie realnym. ACTA stało się
sygnałem, że sytuacja uległa istotnej zmianie. Przecież w 2007 r.
jednomyślną decyzją Sejmu, Tuska, Kaczyńskiego, Palikota, Pawlaka
przyjęto prawo autorskie, ostrzejszeniż ACTA. A dopiero teraz ACTA stało
się pretekstem do wybuchu. To pokazuje, że musimy sobie odpowiedzieć na
pytanie: jak chcemy regulować tę przestrzeń?
Czy może pozostać Dzikim Zachodem?
Co zrobić z człowiekiem, który na ulicy napadnie kogoś, ukradnie mu
portfel? Wszyscy oczekujemy, że taka osoba zostanie jak najszybciej
zidentyfikowana. Czy nie możemy robić tego samego w internecie? Jestem
za tym, aby przestrzeń wolności w sieci była maksymalnie duża. Jednak
nie uciekniemy od pytania o zakres ingerencji państwa w tej przestrzeni.
Pana opis stycznia złego dla PO
wygląda tak: pewne grupy poczuły się
zaniepokojone utratą przywilejów, a my, Platforma, mieliśmy problem z
PR-em.
Nie mówię o propagandzie, ale nie zdołaliśmy
precyzyjne wyjaśnić
intencji ani zasad. W kwestii ustawy refundacyjnej można było to robić
zdecydowanie lepiej. Nie kwestionuję też niepokoju lekarzy i aptekarzy.
Przepisy nakładają nowe rygory, dokładają obowiązków, które np. mogą
oznaczać udrękę biurokratyczną. Nie twierdzę, że władza, którą
reprezentuję, nie popełniła błędów przy wprowadzaniu tych przepisów.
Twierdzę jednak, że prawdziwy problem – i w przypadku ustawy
refundacyjnej, i ACTA – jest głębszy, gdyż dotyczy konfliktu interesów.
Pana rząd zazwyczaj sprawiał
wrażenie, że z takimi dylematami umie
sobie radzić. Coś się zacięło.
Pamiętam pierwsze miesiące
poprzedniego rządu. Też nie były łatwe.
Styczeń i luty 2008 r., kiedy zaczynaliśmy kadencję. To było wiele
tygodni nieustających protestów, konfliktów i też mogliście mieć
wrażenie, że sobie nie poradzimy. Były blokady dróg i przejść
granicznych, dramatyczna sytuacja. Sześciotygodniowy tzw. biały szczyt i
nieustający protest wszystkich w ochronie zdrowia.
Teraz jednak poziom napięcia, emocji, niepokojów,
frustracji u
ludzi...
Zgadzam się. Jest większy niż rok czy dwa lata
temu.
I możemy wskazać kilka
następnych spraw, które będą generować
konfliktowe sytuacje.
Staram się być w kontakcie ze
światem. Także tym wirtualnym. Przy okazji
ACTA przeczytałem tysiące komentarzy, pełną litanię uzasadnionych
pretensji do rzeczywistości, do władzy. Nie podzielam opinii niektórych
polityków mojej partii, którzy lekceważą tych ludzi, obrażają ich. To są
świetni młodzi ludzie. Oczywiście, zdarza się tam ONR-owiec i gość,
który wpisuje mojej córce, że modli się o śmierć moją i jej każdego
dnia. Ale w swojej masie ten bunt jest inny. Cenię potrzebę
podmiotowości internautów i nie zamierzam w niczym ograniczać wolności
obywatelskich gwarantowanych przez nasze prawa. Lecz nie jestem
hipokrytą. Nie będę jak Palikot jednego dnia na Twitterze krzyczał, że
koniec z piractwem, a następnego dnia czy miesiąc później udawał
bojownika w masce na twarzy.
Czym grożą te napięcia? Mówi pan o iskrze i prochu.
Powtórzę: nawet jeśli nie zgadzam się ze wszystkimi argumentami
wypowiadanymi w tym sporze, to widzę, że protestujący nie chcą
wszystkiego rozwalić ani podpalić. To są ludzie, którzy mają poważny,
ich zdaniem, powód, żeby głośno wykrzyczeć, że oni chcą mieć udział w
podejmowaniu decyzji. I ja mogę jeszcze sto razy powtórzyć, że będą
mieli udział w podejmowaniu decyzji przed ewentualną ratyfikacją ACTA.
Ale wiem też, że będziemy musieli zapytać twórców, czy są gotowi ustąpić
z rozdętych praw autorskich. Nie jesteśmy najważniejszą stroną w tym
sporze. Ja jestem odpowiedzialny za to, żeby w Polsce użytkownicy
internetu czuli się względnie bezpiecznie i względnie swobodnie.
W styczniu zgubiło się poczucie, że na
czele rządu stoi ktoś z
energią, z pasją, kto jak czołg prze do przodu.
Gdybym nie
miał pasji, nie ryzykowałbym zapowiedzi reform. Przecież
wiem, że nie będą one przyjmowane z entuzjazmem, że trudno będzie
uzyskać dla nich akceptację, gdyż będą dotykać interesów wielu grup
społecznych. Ale moje zadanie od czterech lat polega na tym, by szukać
drogi, którą bezpiecznie przeprowadzimy Polskę w taki sposób, że będzie
to jak najmniej bolesne dla każdego z nas. We wszystkich naszych
decyzjach zawarty jest ten dylemat – jak zapewnić bezpieczeństwo państwa
w taki sposób, by ludzie ponosili jak najmniejsze koszty koniecznych
decyzji. Czekają nas cztery lata skomplikowanego manewrowania w odmętach
kryzysu. Reformy jednak oznaczają naruszenie dotychczasowych przywilejów.
Nie zawsze.
Bolesne reformy
zawsze na tym polegają. Przykładem może być coś, co
niektórym wydaje się reformą aksamitną, która nikomu nie szkodzi, czyli
deregulacja zawodów. Zobaczycie wtedy, co znaczy protest społeczny. Bo
co to znaczy deregulacja zawodu?
Wprowadzanie konkurencji.
To znaczy zabrać monopol ludziom, którzy zamknęli dostęp do zawodu. W
przypadku reformy, która nas czeka, czyli udostępnienia zawodów
maksymalnej liczbie ludzi, mamy dylemat: więcej wolności czy więcej
bezpieczeństwa? Czy więcej swobodnego dostępu do zawodów, a więc też
niższych cen i większej dostępności do usług, ale z oczywistych ryzykiem
pogorszenia jakości usług? Jestem też skoncentrowany na tym, żeby przez
najbliższe trzy-cztery miesiące przeprowadzić konieczne reformy
emerytalne.
Jest pan gotowy zaryzykować koalicję z PSL?
W exposé powiedziałem, co zamierzam zrobić. Wziąłem to na
siebie. Więc
moja oferta jest chyba najuczciwsza z możliwych. Nie przeszkadzajcie,
poprzyjcie, bo wszyscy wiedzą, że to jest dobre dla Polski, a i tak na
mnie spadnie odpowiedzialność. I premier Pawlak to wie, powiedziałem mu
to bardzo otwarcie. Oczekuję solidarności koalicyjnej, co nie znaczy, że
takiego samego rozkładu odpowiedzialności. Jestem gotów publicznie wziąć
na siebie odpowiedzialność i odciążyć partnera, ale wsparcie w
głosowaniu muszę dostać. Leszek Miller, gdy wspomina swoje rządy, zawsze mówi,
że wyrzucenie
PSL z koalicji w 2003 r. położyło wszystko.
Ja takiego błędu nie zrobię.
To
oni będą musieli złożyć pozew rozwodowy?
Nie każda różnica
zdań musi się kończyć rozwodem.
Czytał pan wywiad z Aleksandrem Smolarem? Mówi, że Donald Tusk nie
jest mężem stanu, lecz człowiekiem, który potrafi okiwać wszystkich.
Nie pozowałem na męża stanu ani nie oczekiwałem tego typu
komplementów.
Znam swoje miejsce i swój „wymiar". Dla niektórych nie jestem
wystarczająco wizjonerski, co niekiedy może oznaczać, że nie jestem
skłonny do samobójczych działań w polityce. Wiem też, że istnieje taka
definicja męża stanu, według której powinien się on rzucać w ogień na
rzecz jakiejś idei. Ja twardo chodzę po ziemi. Odrzucam doktrynerstwo.
Tym, którzy uważają, że nie jestem wystarczająco wizjonerski,
odpowiadam: o nasz świat trzeba się troszczyć, a nie zmieniać go w imię
abstrakcyjnych wizji.
Ale też
definicja, według której mąż stanu to człowiek, który mówi
innym: za mną!
Przewodzi ten, kto w demokratycznych
wyborach bez łamania praw
obywatelskich wygrywa, uzyskuje poparcie dla tego, co proponuje. Takie
są moje przekonania.
Co pan uznaje za sukces polityczny?
Mam na tej kartce (premier pokazuje nam kartkę). Skumulowany
wzrost
gospodarczy w Polsce w latach 2008-2011 był najwyższy w Unii. Wyniósł
15,5 proc. Druga Słowacja osiągnęła 8 proc. Gospodarki większości państw
Unii w tym czasie skurczyły się, niektórych nawet o kilkanaście procent.
Średnia w Unii wyniosła 0,5 proc. Nic więcej nie mam do dodania. To są
dane Komisji Europejskiej.
A jakby
ktoś powiedział: „Panie premierze, te 15,5 proc. to my, a nie
pan".
Tak, to prawda. Wielokrotnie mówiłem, że zawdzięczamy to pracowitości i
przedsiębiorczości Polaków. To jest nasz zbiorowy sukces, z którego
każdy może być dumny. Jak się okazało, nasza recepta na kryzys była
właściwą odpowiedzią. Mój rząd stwarzał możliwości, które Polacy
wykorzystali, lecz również docenili, bo przedłużyli nasz mandat do
rządzenia.
Może nie było
wyboru.
Zawsze jest jakieś wyjście. Na tym polega demokracja.
A może jest pan beneficjentem tego, że drugą
dominującą osobą w tej
epoce politycznej w Polsce jest Jarosław Kaczyński.
Ludzie wybierają tego, do którego mają największe zaufanie.
O czym pan pomyślał w wieczór wyborczy, jaki
postawił sobie cel?
W 2011 r. nie mogłem myśleć o wizjach ani marzeniach. Uchroniliśmy
Polskę przed katastrofami, które dotknęły większość państw UE. I to
będzie zawsze pierwsze zadanie rządu, dopóki żyjemy w tak fatalnych
czasach. I na to nakładamy coś, do czego kluczem jest te 300 mld zł, o
których tyle mówiliśmy...
...które dostaniemy?
To jest jedno z moich zadań: jak postępować w Unii Europejskiej, by
osiągnąć ten cel.
Czyli musieliśmy przystąpić do paktu
fiskalnego?
Nie musieliśmy, lecz zwiększamy szanse. Polska
mająca 300 mld z funduszy
unijnych zwielokrotni swój sukces, tego jestem pewien. Jeśli utrzymamy
przewagę nad innymi i dołożymy do tego maksimum środków z unijnego
budżetu, to koło 2020-2022 r. osiągniemy poziom średniej europejskiej.
Kim będzie wtedy Donald Tusk?
Na pewno nie jestem zainteresowany karierą międzynarodową. I
nie marzy
mi się żadna wysoka funkcja w Brukseli.
Był pan wiele razy w Brukseli. Gdzie jest Polska w tej
hierarchii?
Na pewno jesteśmy tu dużo wyżej w rankingu niż reprezentacja Polski w
FIFA. Polska obiektywnie w Europie jest wśród najbardziej liczących się
państw. W polityce decydują jednak potencjały: PKB, liczba ludności,
armia. Unia to trochę niweluje, kryzys z kolei to wyostrza. Im większe
zagrożenia, tym bardziej poszukuje się szybszych decyzji, które w
mniejszym stopniu uwzględniają racje wszystkich partnerów. To nasze
wysokie miejsce jest na pewno podrasowane osiągnięciami
gospodarczo-finansowymi. Polska jest uznawana za pozytywny fenomen w
Unii. Ale jedno jest pewne: przez te cztery lata pomnożyliśmy, a nie
zredukowaliśmy znaczenie Polski i jej głos.
Kto rządzi w Europie?
Nikt jednoosobowo. Ale jeśli mierzymy wpływy poszczególnych państw, to
one będą zawsze adekwatne do faktycznych możliwości. Jeśli nie
znajdziemy kompromisu i wypadniemy z gry, to nikt nie będzie bardzo
płakał. Kiedy premier Cameron postawił warunki i wypadł z paktu
fiskalnego, to dość szybko się z tym pogodzono. To było uderzające, jak
krótko trwał ten żal. Żal, że nie ma Czechów, trwał jeszcze krócej.
Żal po Polsce potrwałby
proporcjonalnie ile sekund?
Nie miejmy złudzeń, też by się z
tym pogodzili, ale faktem jest, że
wszyscy chcieli, byśmy byli w pakcie ze względu na naszą dobrą
reputację. Nic więcej. Wielkie kraje szukają decyzji, które mają je
uratować z wielkich kłopotów, nie będą się zastanawiały nad maruderami.
Do końca kadencji potrwa lawirowanie w
kryzysie?
Tu wszystko naprawdę faluje. Są rafy i skały. Raz trzeba płynąć w prawo,
raz w lewo, raz zawinąć do portu, byleby nie potopić ludzi. Polska to
robi tak dobrze, jak tylko to jest możliwe. I wszyscy to widzą.
Najrzadziej w Polsce, lecz to zrozumiałe.
Demonstrujący przeciwko ACTA pikietowali pana dom w
Sopocie.
Tam mieszka Kasia z kotem. My z Małgosią mieszkamy
w Warszawie.
Na początku tak nie
było.
Tak, długo się przyzwyczajaliśmy.
W jakim stopniu obecność żony tutaj jest
lekarstwem na rosnącą
polityczną samotność, kiedy sprawuje się tę funkcję?
To
jest więcej niż lekarstwo. Największą pomocą mojej żony jest to, że
ona jest bardzo powściągliwa i dyskretna, także wtedy, kiedy wracam po
północy. Bo mam żonę, którą kocham, a ona wobec mnie jest delikatna, nie
ma pretensji, że tak wygląda moja robota.
W jakim stopniu człowiek, który jest premierem, musi
się zanurzyć w
samotności?
W 100 proc. Zawsze jestem sam i zdaję sobie z
tego sprawę.
Trzy lata temu też?
Do tego dochodzi się stopniowo. Władza premiera wynika nie
tylko z
silnej pozycji konstytucyjnej. Ale im dłużej jesteś premierem, im więcej
prób przeszedłeś, więc im mocniejsza jest twoja
pozycja polityczna, tym bardziej rośnie samotność. Nie dlatego, że
jestem gdzieś wysoko, nie w tym sensie. Tylko realną władzę i
odpowiedzialność odczuwam w sensie wręcz fizycznym. Na końcu i tak
przecież zawsze ja ponoszę za wszystko odpowiedzialność.
Grzegorza Schetynę trzeba było dociąć do tego
miejsca, w którym jest
dziś?
Kiedy okoliczności i moje przekonanie kazały mi
podejmować decyzje o
wykluczeniu poszczególnych polityków z pracy w PO, to postępowałem
konsekwentnie do końca. Tak nie jest w przypadku Grzegorza Schetyny. Gdy
mówiłem o rezerwie kadrowej, to nie chodziło o osładzanie mu gorzkiej
herbaty. Mam głębokie przekonanie, że to jest dobre dla Platformy.
Czytamy to jako ukryte szyderstwo.
W żadnym wypadku. W Platformie z kadrami nie jest najgorzej,
ale nie
jest tak, że w Polsce są setki ludzi świetnie przygotowanych do
prowadzenia przedsięwzięć politycznych. Grzegorz Schetyna należy do
kilkunastu najlepiej przygotowanych ludzi w PO. I warto go mieć.
Czy teraz pan myśli częściej, że pana
czas polityczny się skończy? I
co pan zrobi, jak się skończy?
Generalnie w sporcie, w
walce, a na pewno w polityce ktoś, kto nie jest
maksymalnie skoncentrowany, dostaje po głowie. Jak ja w sprawie ACTA i
ustawy refundacyjnej. I słusznie.
Czyli rozproszył się pan?
Widzieliście panowie finał
Australian Open?
Najdłuższy w historii.
Gdyby którykolwiek z nich pomyślał: mam niezłą sytuację, już wygrałem,
to nie miałby żadnych szans. To była walka na najwyższym poziomie o
każdą piłkę. Tak jest w polityce. Trzeba być maksymalnie zmobilizowanym.
ACTA przeszło przez rząd w trybie obiegowym. Rocznie rząd przyjmuje w
ten sposób 2,5 tys. ustaw.
Nie da się patrzeć na każdy papier.
Tylko hipokryta powiedziałby wam, że premier czyta wszystkie dokumenty,
które podpisuje. Nie ma takiej fizycznej możliwości. Nawet gdyby czytał
24 godziny na dobę, to i tak nie miałby szans. To muszą robić podlegli
mu ludzie. ACTA to klasyczny przypadek. Zabrakło koncentracji, sprawa
poszła bokiem. Ktoś zrobił błąd. Nikt nie wcisnął na czas dzwonka
alarmowego.
Na jakie epoki dzieli się polityczne życie
Donalda Tuska?
Pierwsza odsłona mojego politycznego życia zakończyła się w 1989 r. Do
tego momentu moje zaangażowanie polityczne było piękne, kolorowe, w
trampkach, z długimi włosami i nacechowane wyłącznie wolnością. Druga
część związana z legalną polityką będzie już zawsze jak czarno-białe
zdjęcie, a więc z wieloma odcieniami szarości.
Czym różni się bycie premierem na początku pierwszej
kadencji i
drugiej?
W 2008 r. byłem trochę bardziej spontaniczny,
może nieco naiwny, a na
pewno mniej doświadczony. Dzisiaj mam daleko więcej wiedzy, czym jest
państwo i jak funkcjonuje. O większości spraw wiem więcej niż urzędnicy.
Mam wrażenie, że uzyskałem status człowieka dojrzałego. A skoro dwa razy
wygrałem wybory i mam tyle lat, ile mam, to znaczy, że wnoszę w politykę
większe bezpieczeństwo i odpowiedzialność.
Kiedy to się zdarzyło?
Nie ma
takiej cezury. To jest proces, dużo dobrego działo się ze mną w
sytuacjach, które były bardzo trudne i bardzo dramatyczne. Ale mam
poczucie, że utrzymałem w sobie taki młodzieńczy optymizm.
A to zmienia jakoś sposób sprawowania władzy?
Zmienia smak tej
drugiej kadencji?
Chyba ostrzej traktuję współpracowników.
Coraz więcej od nich wymagam.
Mam też dużo lepszy ogląd spraw. Lepiej wiem, co jest konieczne do
zrobienia i co możemy osiągnąć.
Można powiedzieć, że jest pan nie tylko bardziej dojrzały, ale
bardziej sceptyczny.
Jeden z moich najbliższych przyjaciół
politycznych prawie 20 lat temu
powiedział mi: „Jeśli idziesz do prawdziwej polityki, to nie szukaj tam
przyjaciół, bo ich tam stracisz". Ta dość banalna prawda o polityce
zaczyna być dotkliwa, kiedy się to przeżywa na własnej skórze. Na
szczęście od każdej reguły są wyjątki. Nie rozpaczam więc, jeśli ktoś
mnie zawiedzie, bo wiem, że tak bywa. Ale umiem docenić i cieszyć się,
kiedy otaczają mnie ludzie, którym wspólna praca i przebywanie z sobą
sprawia przyjemność, daje satysfakcję i zwyczajnie się lubią.