PIOTR NAJSZTUB: Przed
łóżkiem położyłeś sobie kawałek czerwonego
dywanika, żeby się przygotować, poćwiczyć przed Oscarami?
ROBERT WIĘCKIEWICZ:
Oczywiście, mam taki specjalnie wycięty.
Wstajesz i od razu na czerwone...
A na nogach mam
takie bambosze, jak kiedyś w Muzeum Narodowym, z
gumkami, i tak sobie chodzę. Nie, no daj spokój!
Ale należysz do grupy tych, którzy pracując w
przemyśle filmowym, od
dwudziestego roku życia wznoszą toast: „I żebyśmy dostali
Oscara!"?
Przestań, ja pracuję w polskim przemyśle filmowym. Specyficznym.
Przemyśliku?
To jest
manufaktura w porównaniu z amerykańskim przemysłem. Ale jest
coraz lepiej.
A
poważnie to przeczuwałeś, wchodząc po raz pierwszy do kanału na planie
„W ciemności", że będzie nominacja do Oscara? Nie, nikt tego nie mógł chyba przewidzieć.
Mogłeś mieć przeczucie, czasy mamy, jakie mamy, Amerykańska Akademia
Filmowa jest, jaka jest...
Że
taki temat to już nominacja pewna?
To nie jest takie proste,
tak
naprawdę nigdy ten temat nie otwierał drzwi w sposób oczywisty.
Tylko nam się tak wydawało?
Że robimy film o Holocauście i to już wystarczy. Nawet gdyby w tyle
głowy taka myśl mi się pojawiła przy wejściu na plan, to i tak musiałbym
ją odrzucić, bo mogłaby mnie sparaliżować.
A nie dodać czegoś?
Nie. Chodziło o to, żeby po prostu dobrze zagrać. Bo na pewno mieliśmy
poczucie, że historia jest bardzo dramatyczna i to może być ważny film.
Agnieszka Holland była już dwukrotnie
nominowana...
Ten film jest dobry, po prostu.
Może trochę za długi?
Wśród dziewięciu filmów na tak zwanej krótkiej liście był film
tajwański, który trwa cztery i pół godziny.
No to zdecydowanie za długi i mówię to, zanim go
obejrzałem.
Dla jednych za długi, dla innych za krótki. Taki
film jak „W ciemności"
potrzebuje czasu, żeby go poczuć. Agnieszka o tym często mówiła, że
trzeba dać szansę widzowi, żeby tam trochę z nimi posiedział. Oni
ukrywali się 14 miesięcy, a my tam jesteśmy dwie i pół godziny.
Powiedziała też, że kiedy próbowała film skracać, to się okazywało, że
staje się jeszcze dłuższy.
Bo?
Kiedy skracasz sceny, które miały coś opowiadać, to one
stają się
scenami informacyjnymi. A informacja nam się dłuży. I w efekcie, mimo że
film trwał krócej, to miała wrażenie, że jest jeszcze dłuższy.
Przeczytałeś scenariusz i co
pomyślałeś?
Że jest świetny i że to będzie trudny film w
realizacji, choć nie
sądziłem, że aż tak trudny.
Bo
kanały?
Z dwóch powodów, po pierwsze, warunki. Myśmy go
kręcili dwa lata temu,
zimą, od połowy stycznia do końca marca, było bardzo, bardzo zimno,
bardzo mokro, klaustrofobicznie i ciemno.
Masz klaustrofobię?
Nie, ale po
dwunastu godzinach w kanale po prostu nie czujesz się za
dobrze. Więc warunki ekstremalne. Druga trudność to sam temat. To nie
był „Słoneczny patrol", tylko opowiadaliśmy bardzo dramatyczną
historię,
która wymagała uruchomienia w sobie wielu skrajnych emocji. I te dwie
rzeczy się nałożyły. Zmęczenie czysto fizyczne i zmęczenie psychiczne,
bo trzeba było to wszystko przez siebie przefiltrować.
Co znaczy to wasze „przefiltrować"? Często
to słyszę od aktorów.
Zamień się na chwileczkę w aktora.
Masz do zagrania scenę pod tytułem:
wchodzisz do kanału i dowiadujesz się, że przed chwilą nowo narodzone
dziecko zostało zabite, a ty masz świadomość, że gdybyś przyszedł dzień
wcześniej, to byś to dziecko uratował, ale się spóźniłeś. I takiej sceny
nie można zagrać tuż po wyjściu z sauny i masażu małymi tajlandzkimi
stópkami.
Tylko co trzeba zrobić wcześniej?
Musisz trochę pomyśleć o tej sytuacji, po to, żeby to wiarygodnie
zagrać. Oczywiście są różne sposoby, różni aktorzy.
A ty jaki jesteś?
Być może niektórzy po
wyjściu z sauny potrafiliby to zagrać, ja nie.
Starasz się jak
najbardziej zbliżyć do tej sytuacji, no i coś sobie wyobrazić.
Ze swojego życia przypomnieć czy z
tego, co masz zagrać?
Spróbować pomyśleć, co ten facet by w
tym momencie czuł, czyli tak
naprawdę, co ty byś czuł. Raz może się to udać, drugi raz też, ale nie
przez czterdzieści dni. Więc w pewnym momencie zaczynasz kombinować tak
jak ten facet. To jest to przefiltrowywanie przez siebie. Wtedy na
ekranie jest bardziej wiarygodnie, bo nie odtwarzasz sytuacji, tylko
naprawdę ją kreujesz w sobie. I to jest trudne. To jest tak, jak cały
czas o czymś intensywnie myślisz, np. jeśli myślisz o jakiejś pięknej
blondynce, długonogiej, cały czas...
To w myślach już z nią chodzisz.
Tak, właściwie ona
już jest twoja i później jest rozczarowanie, bo ona
mówi: „ale zaraz..."
I „skąd my się znamy?".
A ty już wszystkie te rozmowy z nią odbyłeś! Wszystko już było, wypita
kawa, wypite wino, a ona o niczym nie wie. Trzeba czegoś dotknąć, żeby
„to" było, żebyś później patrząc na film, nie myślał sobie: to jest
nieprawda, coś tu udają. A jak nie masz poczucia, że udają, to znaczy,
że jest dobrze, że dotknąłeś „tego”. A później chorujesz przez dwa
miesiące.
Jak chorujesz?
Nagle zaczynasz czuć, że wszystko cię boli.
Mięśnie?
Wszystko cię boli. Po prostu w trakcie zdjęć włącza się jakiś inny bieg.
Nawet jak masz katar i gorączkę, to wchodzisz na plan i przestajesz mieć
katar i gorączkę. Jesteś tak skupiony, że o tym nie myślisz, twój
organizm się wyłącza. Po ostatnich ujęciach się włącza i wtedy cię
dopadają różne dolegliwości.
A
jak było z tobą po „W ciemności", leżałeś w łóżku?
Trochę, ale w miarę szybko zacząłem następny film i to akurat było
zbawienne, bo musiałem szybko wyjść z tamtego i wchodzić w nowy. To był
„Wymyk".
Też niezbyt
łatwy.
Też taki do wewnątrz, raczej demolujący psychicznie. Ten z kolei facet
miał wszystko upakowane do środka. Jego problemem było to, że w pewnym
momencie nie stanął na wysokości zadania, a bardzo nie lubimy nie stawać
na wysokości zadania. Lubimy jednak wypinać klatę i słuchać, jak mówią:
„O, dałeś radę". On nie dał rady i w związku z tym znowu musiałem
poszukać w sobie słabszych miejsc.
Nie ma takiego lęku, że jak poszukasz tych słabszych miejsc w sobie, to
one potem zostaną, kiedy się film skończy, i będą żyć już w twoim życiu?
Dlatego po takich trudnych filmach, rolach, które wymagają
„przeczołgania" się, muszę mieć czas na tak zwany powrót do
Roberta. I
to mi chwilę zajmuje, takie hamowanie. Bo czasami jest tak, że
odchodzisz od siebie daleko. Nie tylko grając rolę, ale pracując i żyjąc
na planie, stykając się z setkami różnych ludzi, gadając bardziej
mądrze, bardziej głupio, pędząc życie w takiej dziwnej komunie, jaką
jest ekipa filmowa, wyabstrahowanej z rzeczywistości. A po drodze
biegniesz w Łodzi po ulicy jako Socha albo Alfred z „Wymyku” i
krzyczysz, a ludzie się patrzą i myślą: „Wariat!” To powoduje, że
po
dwóch miesiącach musisz wrócić do siebie, na nowo się sobie przypomnieć.
A gdybyś nie miał czasu na „powrót do
Roberta", to czym by to się
skończyło?
Myślę, że zmęczenie by osiągnęło taki próg, że już bym prawdopodobnie
umarł. Higiena psychiczna to jest element tego zawodu, musisz mieć bufor
w postaci codzienności. To jest najfajniejsze, gdy dopadają cię te
wszystkie rzeczy związane z codziennym życiem: rachunki, śmieci,
telewizja, gazety, prasa, radio, książki – paradoksalnie dają
wytchnienie. Bo w trakcie robienia filmu, na wyjeździe, przestajesz
funkcjonować normalnie, to jest taki czas w zawieszeniu.
Jesteś na koloniach.
Właśnie. Wszystko jest inaczej niż w domu. I na początku jest fajnie,
odmiana, ale później zaczynasz być zmęczony i zaczynasz tęsknić za swoim
normalnym rytmem. A jak już za długo jest normalnie, to zaczynasz
tęsknić za tym, żeby znowu się „rozwalić". To jest taka permanentna
sinusoida, a przy okazji jakiś rodzaj narkotyku. Tęsknię za planem, już
bym chciał na niego wejść, już bym coś chciał zagrać, po czym przychodzi
„ten” dzień, wchodzę do garderoby i już tego nienawidzę, bo muszę
się
przebrać, bo mnie malują! Później jest trzydzieści dni na planie, na
dużej adrenalinie i zaczynam w „to” wchodzić, a później już
„to” chcę
skończyć, mam dość. Koniec, łzy, że się skończyło, mówimy sobie
„cześć”,
wracam do normalnego rytmu. I nagle nie wiem, co mam zrobić z sobą,
pojawia się jakiś rodzaj pustki, muszę się znowu nauczyć normalnie żyć...
Być tatą, mężem.
Tak. Ale się tym cieszę. Mija kilka miesięcy i znowu mnie dopada
tęsknota, już bym chciał… I wchodzę do garderoby i znowu nienawidzę.
Powinieneś właściwie tęsknić za tym, żeby za
niczym nie tęsknić?
Tak, niech to się dzieje po prostu.
Dwa lata temu, kiedy robiliście „W ciemności", w Polsce
Holocaust,
polski antysemityzm, zachowania Polaków wobec Żydów w czasie wojny – to
były tematy głośne już od paru lat, głównie za sprawą książek Jana
Grossa. Wchodząc w ten film, miałeś świadomość, że wchodzisz w środek
gorącego sporu.
Mnie się podobało w tym scenariuszu to, że
ten facet nie jest
kryształowy, to nie jest jakiś anioł, który mówi: dobra, ja wam, Żydzi,
pomogę, bo jesteście fajni, a ja jestem dobrym człowiekiem.
Raczej na początku cwaniak.
To
było najciekawsze w tej postaci i w ogóle w całej tej historii. Ani
on nie jest kryształowy, ani oni nie są kryształowi. Ci Żydzi to są
ludzie z krwi i kości, z wadami i słabościami. A Socha jakby zupełnie
mimo woli, jakby poniekąd sam siebie zaskakuje, a na końcu krzyczy,
chwali się, jak dziecko: to ja zrobiłem, to ja patrzcie, to moi Żydzi!
A nie mówi czasem „Żydki"?
Ja to tak zapamiętałem…
Nie, Żydzi.
Niektórzy zarzucają temu filmowi, że nie ma w
nim polskich inteligentów,
którzy mieli w czasie wojny inną postawę, a to by pokazało, że jako
naród byliśmy cacy.
Tak, tylko myśmy opowiedzieli o
facecie, który pracuje w kanałach, a
inteligencja raczej nie pracowała w kanałach. Zresztą myślę sobie, że w
tej sprawie jest ciągle strasznie dużo jadu, i to się nie zmieni.
Bo nie umieliśmy przyjąć naszej historii do
wiadomości?
Tak, chociaż jest jakiś postęp. Dla mnie sprawa Jedwabnego była szokiem,
też w pierwszej chwili trudno mi to było przyswoić. Myślałem: jak to,
przecież ja zostałem wychowany w poczuciu, że byliśmy bohaterami i
wszystko było cacy, a tu się okazuje, że nie wszystko.
Niechętni takiej prawdzie i tak powiedzą
„Żydówka robi film o
Holocauście, wiadomo, co to znaczy…".
Trzeba
robić swoje i nie zwracać uwagi na ujadanie. A to też nie jest
klasyczny film o Holocauście. Nie ma w nim epatowania, tym, co nam się
kojarzy z typową ikonografią Holocaustu. Ważne jest to, co się dzieje z
bohaterem i co się dzieje pomiędzy nim a tymi, których ukrywa. Choć
oczywiście w tle jest Zagłada.
Czytając scenariusz o Wałęsie, dowiedziałeś się o nim czegoś nowego?
O Wałęsie nie możemy rozmawiać.
W ogóle nie możemy rozmawiać?
Nie chcę, bo za wcześnie. Dopóki nie skończymy zdjęć, nic nie powiem o
tej roli. Nie ma tego tematu.
„W ciemności" dostanie Oscara i będą dzwonić do aktora z
filmu, który
dostał Oscara.
Najpierw niech dostanie, a później niech
dzwonią.
Masz żal, że w tej kategorii
nie ma w podkategorii najlepsza rola męska?
Nie, dlaczego mam mieć żal? Ja nie mam do niczego żalu, ja teraz mógłbym
być przecież gdzieś w Bieszczadach i brać udział w programie melioracji
bieszczadzkich pól, a jestem tutaj, gdzie jestem. Dobrze jest dla nas
wszystkich, że ktoś ten film zauważył, uznał, że może być wart tej
nagrody – mimo że jest to nagroda amerykańska, środowiskowa. Ale to jest
dobre dla naszego kina, że ten film zobaczy masa ludzi na całym świecie.
Ekscytuje cię, że będziesz w tym
miejscu, gdzie ci wszyscy słynni
aktorzy i reżyserzy?
Co ma mnie w tym ekscytować?
Właściwie nie wiem, chyba się obudziła we
mnie jakaś pensjonarka...
Że zobaczę tam Clooneya?
Możesz
do niego zagadać.
I co ja będę z nim gadał?
Nie
zagadasz.
I co powiem? Jesteś fajny gość? Byłem przed „tym" teatrem, w tym
LA, to
wygląda tak: tutaj zastawka, takerek, lasotaśma, paździerz i półtora
miliarda ludzi to obejrzy, a rano wszyscy będą skacowani. A mówiąc
serio, byliśmy w Toronto na festiwalu z Agnieszką Holland, już ich tam
paru widziałem, poznałem, to są normalni, fajni ludzie.
Czyli serce nie bije ci mocniej na ich widok?
Jest parę ładnych aktorek, które mi się podobają, Jessica
Chastain jest
superdziewczyną, młoda, fajna, ruda aktorka.
Może się tam zakochasz?
Nie, ja się nie zakochuję, ja już się zakochałem wiele lat temu. Jakbym
był młodszy, to pewnie by mnie to jakoś rajcowało, ale w pewnym wieku to
jakby...
Czyli nominacja
przyszła za późno…
W pewnym wieku najbardziej pożądany
jest tryb ekonomiczny, minimum
wysiłku, maksimum efektu. Jedziesz, patrzysz, uśmiechasz się, wyciągasz
wnioski, myślisz: to nie jest bajka dla mnie albo to jest bajka dla
mnie…
Trzeba dalej normalnie tutaj robić zakupy i trzepać dywany. Nie mówię,
że z przyjemnością nie zagrałbym z takim Alem Pacino, żebym tak z nim
siedział i mielibyśmy scenę w kawiarni, bo to są fantastyczni aktorzy
poza wszystkim. Ale sama ta ceremonia jest biznesem.
Jesteś okrzyknięty obecnie najlepszym polskim
aktorem...
Właśnie, okrzyknięty. Co to znaczy? W dobie
dzisiejszych mediów
wystarczy, że napiszesz tak w jednym medium, w jednej gazetce albo w
jednym portalu i wszyscy to klikają i powtarzają, bezmyślnie często.
Protestuję, nie jestem najlepszym aktorem w Polsce. Jest masa
fantastycznych aktorów w Polsce.
No dobrze, ale masz dobrą passę od paru lat. Czujesz z tego powodu
dodatkową odpowiedzialność, wybierając rolę, pewnych ról nie weźmiesz?
Przede wszystkim staram się nie powtarzać.
A dlaczego nie widuję cię w polskich
komediach romantycznych. Nie masz
kredytu do spłacania?
Nie jest tak łatwo obsadzić mnie w
komedii romantycznej, bo co ja
miałbym tam zagrać?
W „Sztosie
2", „Kac Wawa” w ogóle cię nie ma.
Dostałem te scenariusze, ale nie miałem wtedy jakoś czasu.
Szanujesz się, jednym słowem.
Wszystko zależy od tego, co ci w duszy gra.
A tobie co gra?
Bardziej
„Wymyk" niż jakieś wygłupy. Gra mi, żeby było trudniej, nie za
łatwo. Chodzi o to, żeby się troszeczkę pomęczyć.
Tobie zdarza się płakać ze zmęczenia?
Jeden raz w życiu, jedyny, po pewnej scenie „W ciemności"
poszedłem do
przyczepy i po prostu zaszlochałem ze zmęczenia, z bezradności. Mieliśmy
scenę w kanale, w Łodzi, po pas w wodzie, która miała plus jeden
stopień, kanał zwężający się i na dnie był muł, a myśmy kilkadziesiąt
metrów biegli w tej wodzie. Było kilka dubli i głowa jeszcze podawała mi
komunikaty, ale ciało nie działało. Potem popłakałem się ze zmęczenia.
Ulżyło i zasnąłeś?
Nie, ulżyło i wróciłem do kanału.
Agnieszka Holland mówi o tobie, że jesteś
najbardziej amerykański z
polskich aktorów. Co to może znaczyć?
Nie wiem do końca,
choć bardzo mi miło. Może chodzi o to, że amerykańscy
aktorzy bardziej są postacią, niż grają postać. I widać tę różnicę. I
parę osób rzeczywiście powiedziało, że ja też bardziej „jestem" w
jakiejś postaci, niż ją gram. A może to też jest związane z tym, że jak
oglądasz filmy amerykańskie w oryginalnej wersji, to często nic nie
rozumiesz, bo Jeff Bridges, Russel Crowe mówią szalenie niewyraźnie, a
ja też specjalnie „brudzę” mowę, zacieram słowa. Może tak jestem
amerykański?