Po raz pierwszy w historii treść poufnych listów
watykańskiego
dostojnika do papieża przeciekła do mediów. Wynikało z nich, że
tropiącego nadużycia finansowe w kurii rzymskiej hierarchę próbują
usunąć ze stanowiska dygnitarze kościelni zainteresowani ukryciem afery
korupcyjnej.
Listy abp. Carla Vigan? ujawniła telewizja La 7. Watykan
zagroził jej procesem o zniesławienie, ale autentyczności listów nie
zanegował. Podobnie jak osiągnięć arcybiskupa na stanowisku
wicegubernatora Watykanu, które musiał opuścić trzy lata przed końcem
kadencji mimo spektakularnych sukcesów.
Afera ma katastrofalne
skutki
dla wizerunku Watykanu, potwierdzając dość ponury obraz kurii rzymskiej,
w której trwa bezwzględna walka o wpływy.
Bankierzy i kardynałowie Życiorys abp. Vigano to przykład błyskotliwej watykańskiej kariery.
Szybko piął się w hierarchii watykańskiej dyplomacji, był na placówkach
w Iraku i Wielkiej Brytanii, pracował w watykańskim Sekretariacie Stanu,
potem w Strasburgu. W 2009 r. został sekretarzem generalnym
Gubernatoratu Państwa Watykańskiego. Nominacja, która miała być
ukoronowaniem jego kariery, okazała się pułapką.
„Obejmując
stanowisko,
doskonale zdawałem sobie sprawę z ryzyka i trudności, przed którymi
stanę, ale nie przypuszczałem, że sytuacja, w której się znalazłem,
będzie po prostu katastrofalna" – pisał w liście do Benedykta XVI z
4
kwietnia 2011 r.
Jednym z zadań arcybiskupa było czuwanie nad
usługami,
które Watykan powierzał różnym firmom. Zorientował się, że otrzymywały
je od lat te same firmy i dyktowały ceny o wiele wyższe od rynkowych.
Chodziło m.in. o prace budowlane, techniczne, ogrodnicze, dostarczanie
kwiatów. Vigano zdziwiły np. koszty dorocznej szopki na placu św. Piotra
– w 2009 r. było to 550 mln euro! Rok później, gdy arcybiskup sam wziął
pod lupę wydatki związane z obchodami Bożego Narodzenia, na placu
stanęła szopka równie imponująca, ale za 300 mln euro.
W liście
do
papieża Viganp postawił zarzuty Komitetowi Finansów, w skład którego
wchodzą znani bankierzy. Komitet został powołany przez Sekretariat
Stanu, by złagodzić skutki światowego kryzysu dla finansów Watykanu.
Chodziło o obracanie 350 mln euro rocznie z watykańskiego budżetu. Po
zbadaniu dokumentacji komitetu Vigano uznał, że nie ma on żadnego
umocowania prawnego. Stwierdził, że jego bankierzy działali na szkodę
Watykanu, bo chodziło im o własne korzyści. Jako przykład podał jedną z
operacji finansowych z grudnia 2009 r., na której Watykan stracił 2,5
mln dolarów.
Oskarżenie dotyczyło bardzo wpływowych ludzi. Byli
wśród
nich m.in. Pellegrino Capaldo, były prezes Banca di Roma; Ettore Gotti
Tedeschi, obecny szef watykańskiego banku IOR, czy prezes Banco Popolare
Fratta Pasini. Hierarcha pisał papieżowi, że o wszystkich
nieprawidłowościach wiedzą doskonale trzej kardynałowie: Velasio De
Paolis, Paolo Sardi i Angelo Comastri.
Zamieszanie i zepsucie
Na reakcję nie trzeba było długo
czekać. W dzienniku „Il Giornale"
ukazały się dwa anonimowe artykuły, oskarżające Vigano o niekompetencję
i fatalne zarządzanie. Te zarzuty nie były prawdziwe. Gdy Vigano
przychodził do pracy w Gubernatoracie, w kasie brakowało 8 mln euro.
Odchodząc po dwóch latach, zostawił 34,4 mln euro nadwyżki. Drastycznie
ciął wydatki, tępił rozrzutność. Wielu ludziom musiało to być nie na
rękę, bo wiązało się z utratą kontraktów i pieniędzy. Stąd inspirowane
przez kurię publikacje w „Il Giornale" i pogłoski o rychłym
odwołaniu
Vigano.
„Ojcze Święty, moje przeniesienie wywołałoby
zamieszanie i
zniechęciłoby tych, którzy uwierzyli, że można oczyścić tak wiele przypadków
zepsucia i nadużyć" pisał Vigano w dramatycznym liście do Benedykta XVI,
wiedząc, że jego dni na stanowisku wicegubernatora Watykanu są
policzone. Arcybiskup sugerował też, że nagonkę na niego organizuje
grupa ludzi, których interesom zagraża. A sekretarz stanu kard. Tarcisio
Bertone zamiast go wesprzeć, odwrócił się do niego plecami. Pod koniec
marca 2011 r. Bertone odwołał Vigano ze stanowiska, choć kadencja
arcybiskupa upływała dopiero w 2014 r. Kardynał uzasadnił decyzję troską
o dobrą atmosferę w Gubernatoracie.
Latem ubiegłego roku Vigano
został
mianowany nuncjuszem w Waszyngtonie. Rozgoryczony prosił papieża o
odłożenie tej decyzji i danie mu szansy na obronę swoich racji przed
watykańskim trybunałem. Szansy nie dostał i w październiku wyjechał do
Waszyngtonu.
Na podstawie zarzutów Vigano wszczęto śledztwo
– nie
znaleziono dowodów winy oskarżonych.
Przecieki i pomówienia
Afera z abp. Vigano odżyła pod koniec stycznia tego roku za sprawą
programu w telewizji La 7. Jego autor i prowadzący Gianluigi Nuzzi,
który zdobył listy Vigano do papieża, nie pierwszy raz zajmował się
finansami Watykanu. Jest autorem książki „Vaticano S.p.A." (Watykan
sp.
z o.o., 2009 r.), w której opisał, jak watykański bank IOR w latach 90.
prał brudne pieniądze i uczestniczył w przekazywaniu łapówek włoskim
politykom.
W programie Nuzziego o sprawie abp. Vigano wystąpili
świadkowie, którzy anonimowo, z zamazanymi twarzami potwierdzali
oskarżenia, lecz nie podawali żadnych szczegółów. Kard. Velasio De
Paolis, który miał wiedzieć o wszystkich przekrętach, zaprzeczał
oskarżeniom i podkreślał, że bezwzględnie ufa abp. Vigano.
Mimo
to
Watykan zareagował ostro. Watykański rzecznik Federico Lombardi skarżył
się, że wykorzystano zastrzeżone dokumenty i że szkalowano uczciwych
ludzi. Autorowi programu zarzucono, że przedstawił Watykan w krzywym
zwierciadle, jako miejsce nieustających kłótni. Przy okazji ks. Lombardi
podkreślił, że Vigano wykonał w Gubernatoracie wspaniałą robotę, a
wyjazd do Waszyngtonu to de facto awans.
Jeśli przyjmiemy, że to
prawda,
to nadal pozostaje niewygodne pytanie: dlaczego Vigano pisał te listy do
papieża? Skoro proces wykazał, że osoby oskarżane przez Vigano są
niewinne, że do zarzucanych im przestępstw nie doszło, to albo zaufany
człowiek papieża cierpi na obsesję, albo coś ze śledztwem i procesem
było nie tak. Temperaturę wokół całej sprawy podgrzała jeszcze
publikacja w dzienniku „Libero", który cztery dni pob programie
w La 7 ujawnił kulisy śledztwa przeprowadzonego na podstawie oskarżeń
abp. Vigano. Pojawiły się w nim opisy ukrytych mikrofonów, podsłuchów
telefonicznych i kontroli poczty elektronicznej, co rozpaliło wyobraźnię
poszukiwaczy tajnych spisków za Spiżową Bramą.
Do tego odwołanego
arcybiskupa zaatakował po raz kolejny dziennik „Il Giornale".
Według
gazety Vigano chciał ubezwłasnowolnić sparaliżowanego po wylewie
starszego brata Lorenzo, który też jest duchownym, by przejąć kontrolę
nad sporym majątkiem rodzinnym.
Kliki i koterie
Jak zwykle, gdy wybucha afera w
Watykanie, tropiący ją ma wrażenie, że
znalazł się w gabinecie iluzji, krzywych luster i w teatrze cieni.
Istota afery zwykle ginie w zgiełku wzajemnych oskarżeń, spekulacji i
domysłów. Niezależnie od tego, czy afera Vigano miała miejsce, czy nie –
Watykan wychodzi z niej poważnie poobijany. Znów mamy obraz kurii
rzymskiej jako skłóconego żmijowiska, w którym trwa bezpardonowa walka o
wpływy.
Jest mało prawdopodobne, by to sam Vigano ujawnił mediom
tajną
korespondencję do papieża. Dokumenty przed ujawnieniem zaksięgowano w
Sekretariacie Stanu, kierowanym przez kard. Bertone. A to w niego afera
uderza najbardziej. Od lat mówi się, że dostojnicy w Sekretariacie Stanu
knują przeciwko Bertone. A do tego jako człowiek numer dwa Watykanu,
mający nieograniczony dostęp do papieskiego ucha, jak na każdym dworze,
musi się liczyć z zazdrością i niechęcią dworzan. To któryś z jego
podwładnych musiał sprokurować przeciek.
To oczywiście nie
pierwszy
przypadek, kiedy watykańskie koterie walczą z sobą na donosy i przecieki
prasowe. Na podstawie takich i podobnych znaków watykaniści analizują
układ sił w Watykanie i starają się określić, skąd wieją wiatry.
Rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Lombardi zarzucił programowi telewizji
La 7, że tendencyjnie przedstawił skłócony Watykan. Zapomniał jednak, że
programu by nie było, gdyby nie zainspirował go ktoś z Watykanu. Ktoś na
tyle ważny, że miał dostęp do tajnych dokumentów Sekretariatu Stanu.