Wydział propagandy KC Komunistycznej Partii Kuby musi
mieć powody do
dumy. Nie ma na świecie gazety, która nie pisałaby z uznaniem o
przemianach w skansenie realnego socjalizmu. Korespondenci zagraniczni z
aprobatą opisują wyrastające jak grzyby po deszczu prywatne restauracje,
uwolnienie rynku nieruchomości, reprywatyzację ziemi rolnej. Kolejka
chętnych do inwestowania w kubańskie porty, plantacje trzciny cukrowej i
podmorskie złoża surowców energetycznych stale się wydłuża.
Poza
Chińczykami, Iranem i dyszącym nienawiścią do USA wenezuelskim
prezydentem Hugo Chávezem w Hawanie pojawiają się bardziej cywilizowani
inwestorzy. W zeszłym tygodniu brazylijska prezydent Dilma Rousseff
przywiozła na wyspę pakiet inwestycji o wartości ponad półtora miliarda
dolarów. Zbiegło się to w czasie ze startem poszukiwań złóż gazu i ropy,
prowadzonych na wodach terytorialnych Kuby przez konsorcja z Hiszpanii,
Norwegii, Indii, Malezji i oczywiście przez rosyjski Gazprom. Prognozy
zapowiadają w 2012 r. 3,5-procentowy wzrost kubańskiego PKB. Eksplozja
wolnorynkowej aktywności zmusiła Kościół katolicki do uruchomienia
przyspieszonych kursów dla menedżerów i księgowych z prawdziwego
zdarzenia.
Sprawcą tego boomu jest kojarzony z
partyjnym betonem generał
Raul Castro. Najpierw spędził 60 lat na stanowisku szefa resortu obrony,
w 2008 r. choroba brata Fidela wyniosła go do władzy. Reanimację
skostniałej gospodarki Raul zaczął od zezwolenia na używanie telefonów
komórkowych. Później przyszła zgoda
na kupowanie samochodów (które do 2010 r. były własnością państwa) i
rozszerzenie do 70 hektarów rozmiarów największych prywatnych
gospodarstw rolnych. Generał zalegalizował pokątny dotąd handel i zaczął
zachęcać do rejestrowania prywatnych firm. Jesienią ubiegłego roku
dokonał kolejnej rewolucji, zezwalając na handel nieruchomościami.
Gdy
pod koniec stycznia zwołał pierwszy od 14 lat kongres partii
komunistycznej, entuzjaści reform nie posiadali się z radości. Hitem
zjazdu było ograniczenie stażu partyjnych kacyków siedzących
dziesięcioleciami na swoich stołkach do dwóch pięcioletnich kadencji.
Sam Raul i wielu podobnych mu weteranów, którzy w wieku 80 lat muszą
dźwigać brzemię władzy, na pewno poczuli ulgę. Zwłaszcza że o rezygnacji
z partyjnego monopolu władzy nie było mowy. – Demokracja spowoduje, że
USA będą się bez przeszkód mieszać w nasze wewnętrzne sprawy –
oświadczył generał Castro przy aplauzie delegatów. Przeciętni Kubańczycy
mają jednak na ten temat odmienne zdanie.
Dwa i dwa to nie pięć
–
Wolno nam kupić używany samochód, ale już nie wypowiadać swoje
poglądy. Reżim Castro pozwolił nam kupować domy, ale najskromniejszy z
nich kosztuje równowartość naszych 45-letnich zarobków – wylicza Yoani
Sánchez, autorka popularnego kubańskiego bloga Generacion Y. Sanchez ma
37 lat i dyplom z literatury. Mogła żyć wygodnie na emigracji w
Szwajcarii, ale wróciła na Kubę i zaczęła pisać bloga, który szybko
zablokowano. Dziś Yoani Sánchez rozsyła go mailem do przyjaciół za
granicą, a ci wrzucają wpisy na serwery będące poza zasięgiem kubańskich
cenzorów. Z jej punktu widzenia reformy generała Raula Castro to
rozpaczliwa próba utrzymania władzy w kraju.
– Nikt nie
może wydawać
więcej, niż ma. Dwa dodać dwa to cztery, a nie pięć, a tym bardziej nie
sześć lub siedem, jak nam się tu czasami wydaje – mówił Raul Castro na
kongresie partii. W czasach globalnego kryzysu zadłużeniowego nie sposób
nie przyklasnąć logice tego wywodu. Z tą różnicą, że Kuba oszczędza i
reformuje się nie po to, by zaspokajać socjalne fanaberie, ale
podstawowe potrzeby obywateli. 70 proc. żywności pochodzi z importu, za
który trzeba płacić w walucie. Rolnictwo leży. Zeszłoroczne zbiory
trzciny cukrowej, strategicznego bogactwa wyspy, były najniższe od 105
lat.
Prywatyzacja ziemi rolnej ożywiła nieco rynek, ale efektem
urynkowienia cen jest 20-procentowy wzrost cen żywności. W kraju, w
którym 80 proc. obywateli zatrudnionych jest na państwowych posadach ze
sztywno ustaloną średnią płacą w wysokości 20 dolarów miesięcznie, nie
bardzo jest miejsce na terapię szokową. Dlatego rząd próbuje przesunąć
milion ludzi do pracy w nowo tworzonym sektorze prywatnym. W ciągu
kilkunastu miesięcy działalność gospodarczą zarejestrowało około 300
tys. osób, pokrywając kraj ulicznymi straganami z żywnością, pirackimi
filmami, chińską elektrycznością i rarytasami z paczek przysyłanych
przez krewnych z USA. Doszło do prawdziwej bitwy o handel między
państwowymi sklepami, oferującymi towary po rynkowych cenach, a
prywaciarzami, piętnowanymi w państwowych mediach jako spekulanci i
krwiopijcy. „Łatwiej szukać kozłów ofiarnych, niż przyznać, skąd się
bierze nędza. Biegnijcie na balkony wypatrywać ulicznych kramików, bo
wkrótce mogą zniknąć" – pisze w blogu Yoani Sánchez.
Robaki i towarzysze
Rzeczywistość jak zwykle nie nadąża za wizjami planistów. Obywatele,
którym przyznano prawo własności domów, muszą jeszcze znaleźć na nie
kupców. Pozbawione gotówki państwowe banki nie są w stanie uruchomić
poważnej akcji kredytowej, która rozruszałaby rynek. Oszczędności w
kraju zmagającym się od upadku ZSRR z kryzysem też brak. Dla milionów
Kubańczyków jedynym źródłem pieniędzy są transfery od krewnych z
Florydy, gusanos, czyli robaków, jak nazywał Fidel Castro uciekających
do USA rodaków. Pieniądze płyną na wyspę z USA od 2009 r., gdy
administracja Obamy zawiesiła część sankcji, pozwalając na transfer
gotówki i bezpośrednie podróże kubańskich emigrantów do
ojczyzny. Dzięki temu co roku trafia tam około 2 miliard dolarów.
Pytanie tylko, czy zasilani przez krewnych z USA Kubańczycy zaryzykują
starcie z przepisami wymagającymi udokumentowania pochodzenia środków na
zakup nieruchomości. Nie mówiąc o ograniczeniu do dwóch liczby
posiadanych domów. Gmatwanina przepisów, w której wolny rynek miesza się
z paranoją realnego socjalizmu, nie ułatwia życia obywatelom.
Za
to
związane z prezydentem reformatorem elity czują się w tym środowisku
doskonale. Raul Castro bardzo się napracował, by na początku swoich
rządów oczyścić pole do działania dla elity wojskowej, której patronuje.
W antykorupcyjnych pokazówkach posady stracili m.in. partyzancki weteran
Rogelio Acevedo i jeden z szefów państwowego monopolu tytoniowego Manuel
Garcia, rozprowadzający na czarnym rynku miliony ręcznie skręcanych
cygar Cohiba, które w Londynie kosztują 40 funtów za sztukę. Prymitywne
okradanie państwa zastąpiła korupcja polityczna, dzięki której związani
z armią biznesmeni stali się głównymi beneficjentami wolnorynkowych
reform. Najlepszym przykładem jest związany z resortem obrony holding
GAESA kontrolujący 40 proc. gospodarki Kuby. Kierowany przez Luisa
Alberto Rodrigueza Lópeza-Calleję, zięcia Raula Castro, holding jest
parasolem rozpiętym przez armię nad najbardziej lukratywnymi branżami:
od turystyki przez rolnictwo po rynek nieruchomości. GAESA może się nie
obawiać konkurencji prywatnej, której zostawiono jedynie gastronomię i
drobny handel. Z wyraźnym zastrzeżeniem, że wolnorynkowe dolce vita może
się skończyć wraz z próbą naruszenia monopolu partii.
Yoani
Sánchez nie
ma złudzeń co do kierunku, w jakim idą reformy na Kubie: – Nie
zaprzątamy więc sobie głowy nawet przewidywaniem przyszłego tygodnia.
Koncentrujemy się na tym, co tu i teraz, nie śmiejąc podnieść wzroku i
spojrzeć w przyszłość.