Nikt tak nie kocha używanych samochodów jak Polacy
– śmieje się Marcin
Gawarecki, współwłaściciel i dyrektor handlowy Miasteczka Samochodowego
AutoAuto.pl przy warszawskim lotnisku Okęcie. Chociaż termometr pokazuje
kilkanaście stopni poniżej zera, po alejkach gigantycznego parkingu
krąży kilkanaście osób oglądających samochody.
AutoAuto to największy
„salon" z używanymi samochodami w Polsce. Na czterohektarowym placu
(to
tyle ile jedna piąta znajdującego się tuż za płotem pasa startowego
lotniska Okęcie) parkuje kilkaset samochodów. Żeby znaleźć wypatrzone w
internecie auto, trzeba wziąć z biura mapkę z numerem stanowiska i
trasą.
W pierwszym rzędzie parkują ferrari, porsche, kilka
terenówek i
monstrualny cadillac escalade, dalej młodsze roczniki volvo, bmw, audi.
To dla zamożniejszych klientów. Potem jest całkiem spora dzielnica
zadbanych samochodów z polskich sieci dealerskich. No i wreszcie
„dzielnica biedy" z pojazdami kosztującymi mniej niż 10 tys. zł.
– Kupno
nowego samochodu to najgorsza możliwa inwestycja – mówi Gawarecki,
wyliczając, że w pierwszym roku użytkowania pojazdu koszt jednego
kilometra jest porównywalny z ceną przejazdu taksówką, jeśli uwzględni
się ok. 20 proc. utraty wartości i drogi przegląd w autoryzowanej stacji
serwisowej. – Nawet najbogatszych nie stać na taką
rozrzutność!
Jego
słowa potwierdza Michał Nalepa, ekspert ds. kredytów samochodowych w
mBanku i MultiBanku: – Zwłaszcza w przypadku droższych marek wybór auta
używanego podyktowany jest obawą o szybką i dużą utratę wartości w
przypadku kupna pojazdu nowego.
Na co więc nas stać? Na auto w wieku od
trzech do pięciu lat, renomowanej marki i z pewnego źródła, z
udokumentowaną historią i sprawdzonym przebiegiem, a najlepiej z
gwarancją techniczną sprzedawcy. To dziś najczęstsze kryteria poszukiwań
samochodu. W zeszłym roku Polacy (osoby prywatne, nie licząc firm)
kupili w salonach 111 tys. nowych samochodów, lecz z zagranicy
przyjechało 725 tys. używanych. Koszt sprowadzenia jest niewielki – 3,1
proc. akcyzy, a w przypadku aut o pojemności silnika powyżej 2000 cm
sześc. – 18,6 proc. Jeśli auto pochodzi spoza UE, to dodatkowo trzeba
zapłacić VAT. Dzięki używanym autom awansowaliśmy – jak twierdzi
Instytut Samar badający rynek motoryzacyjny – na piąte miejsce w
Europie, jeśli chodzi o wskaźnik „uautowienia". Na każdy tysiąc
mieszkańców, mamy już 379 samochodów – prawie jedno koło na Polaka.
Wypas, choć nie nówka
– Škoda Fabia i Seat Ibiza za 70 tys.!? W tej cenie mogę polecić
tego
oto pięcioletniego superwygodnego mercedesa albo bardzo ładnie
wypasionego lexusa! – to komentarz właściciela jednego z komisów
samochodowych, zapytanego przez dziennikarzy TVN Turbo, czy miałby jakąś
propozycję konkurencyjną wobec porównywanych przez nich w programie
nowych aut.
Rachunek jest prosty – w zeszłym roku przeciętny
klient
salonu samochodowego zostawił w nim 68 tys. zł brutto. Za tyle można
kupić bardzo dobrze wyposażoną Škodę Fabię albo
skromną wersję większego Forda Focusa czy Opla Astry. Jeśli jednak ktoś
zdecyduje się na auto używane, to może wybierać pomiędzy bogato
wyposażoną limuzyną Toyota Camry, podobnym Volkswagenem Passatem czy
usportowioną Renault Laguną z polskiego salonu, z trzyletnią gwarancją.
– Na używany samochód decydują się nie tylko ci mniej zarabiający
–
przekonuje Marcin Gawarecki, w którego biznesie największy dochód
przynoszą samochody z wyższej półki. Ma sporo takich klientów, którzy co
trzy lata wymieniają używany samochód na kolejny używany – tyle że
trochę młodszy. Są wśród nich aktorzy, politycy, telewizyjni celebryci.
– Znajomi, których podwożą dwuletnimi volvo czy bmw z przebiegiem 30
tys. km, nawet nie są w stanie zauważyć różnicy w stosunku do nowego
samochodu.
Lawetą po mapie
Gdy
Gawarecki kończył studia ekonomiczne, jego koledzy znajdowali pracę
w bankach czy firmach doradczych. On postawił na to, że Polak na dorobku
będzie chciał zaimponować sąsiadowi. Dołączył do kilku wspólników,
którzy prowadzili komis samochodowy. Wynajęli w końcu lat 90. nieduży
plac na peryferiach Warszawy. Stanęły na nim unikatowe wówczas
amerykańskie vany, limuzyny Chryslera czy jeepy. Firma rozwijała się
szybciej niż salon Opla położony po drugiej stronie ulicy. Dziś
AutoAuto.pl zatrudnia kilkudziesięciu agentów ubezpieczeniowych,
tłumaczy i handlowców, a na należących do firmy pięciu ogromnych
parkingach stoi każdorazowo przynajmniej tysiąc aut. Firma sprzedaje co
miesiąc 200-250 z nich – jakieś pięć razy tyle, ile przeciętny diler
popularnej marki.
Specjaliści od sprzedaży używanych aut mają takie
powiedzonko, że ich praca polega na tym, by znaleźć głupszego od siebie.
Gawarecki zapewnia, że to już się zmieniło. – Przy takim obrocie nie
mamy czasu oglądać ani badać każdego oferowanego samochodu. Po prostu
kupujemy auta z wiarygodnych źródeł – od banków, firm leasingowych czy
windykatorów z całej Europy. Nie robimy interesów z Turkami czy
przedstawicielami byłych republik jugosłowiańskich, którzy kręcenie
liczników i picowanie samochodów opanowali lepiej niż Litwini.
–
Litwini?
– Szpachla z opiłkami metalu to ich wynalazek.
Standardowe
badanie grubości lakieru może nie wykryć, że spreparowane taką szpachlą
auto to odmalowany wrak – tłumaczy Gawarecki.
Po
samochodowym boomie importowym z ostatniej dekady rynek niemiecki
został oczyszczony z używanych aut w dobrym stanie. Polscy importerzy
zaczęli więc masowo sprowadzać auta z Włoch, Francji, Belgii i Holandii,
rywalizując o nie z Białorusinami, Ukraińcami i Rosjanami. Potem lawety
ruszyły do Szwajcarii czy Skandynawii, skąd przy korzystnym parę lat
temu kursie walutowym opłacało się ściągać auta Volvo czy Saab. Ruszył
też import z Wielkiej Brytanii. Że kierownica po prawej stronie? Polak
potrafi! „Przekładka" układu kierowniczego, pedałów i deski
rozdzielczej
kosztuje już tylko 3 tys. zł.
Najbardziej przedsiębiorczy ruszyli
aż do
krajów arabskich. – Zainspirował mnie telewizyjny reportaż o emiratach.
Pokazywali tanie limuzyny, a nawet porzuconego na pustyni rolls-royce’a
– opowiada przedsiębiorca specjalizujący się w imporcie z Dubaju. Kiedy
pojechał na miejsce, okazało się, że z tymi porzucanymi limuzynami to
lipa, ale był bliski kupienia rolls-royce’a phantoma od jednego z
szejków Abu Zabi. Auto miało na liczniku ledwie 320 km zakończonych
niegroźnym spotkaniem z jakąś dużą przeszkodą. Byli prawie dogadani, ale
ostatecznie limuzynę kupił handlarz z Rosji, gdzie jest jeszcze drożej i
dziany klient nie będzie miał nic przeciwko temu, by zapłacić dodatkowe
20 tys. euro za naprawę poduszki powietrznej i deski rozdzielczej.
–
Najbardziej szalone było lato 2008 r. – dolar po dwa złote, a euro za
trzy. Pustoszały zapełnione samochodami portowe nabrzeża w Nowym Jorku.
Na wolny kontener do Polski czekało się do trzech miesięcy. Ale ceny był
tak niskie, że ferrari znajdowało nabywcę w trzy dni – wspomina
Gawarecki.
Wtedy padł rekord miliona używanych aut sprowadzonych
do
Polski w ciągu roku. Do dziś mamy w kraju nadpodaż sprowadzonych zza
oceanu porsche – zdarza się nawet, że polscy handlowcy sprzedają je na
rynek niemiecki! A kupione niegdyś za bezcen amerykańskie auta otrzymują
swoje trzecie życie po pierwszym spędzonym w Arizonie i drugim na
wertepach północnego Mazowsza.
– Ot, choć taki Dodge Ram z
silnikiem o
pojemności 5,7 litra. Istny potwór na benzynę – mówi szef Miasteczka
Samochodowego, zaglądając do komputera i zacierając ręce na samo
wspomnienie udanej transakcji. – Przy dzisiejszych cenach paliwa
myślałem, że już się go nie pozbędziemy. Ale założyliśmy mu instalację
gazową i znalazł się kupiec we Francji.