Film o thatcher to w istocie film o wybryku natury;
wśród dziesiątek
garniturów jedna sukienka, wśród męskich butów jedne szpilki…
Bardzo rzadko chodzę do kina. Zawsze mam potem wrażenie, że to stracony
czas, i to w towarzystwie przypadkowych ludzi, pożerających popcorn, ale
tym razem było inaczej. Nikt popcornu nie jadł. Na premierę filmu o
Margaret Thatcher przyszli ministrowie, biznesmeni oraz najbardziej
czysta polska prawica, a więc czciciele „świętej rodziny", wielcy
wrogowie feministek i równie wielcy miłośnicy nienarodzonych dzieci.
Tyle w każdym razie o polskiej prawicy wiadomo na pewno, bo inne poglądy
ujawnia rzadko, a jeśli już, to mają one charakter raczej lewicowy,
odwołujący się do haseł „solidarności” i wspierania związków
zawodowych
(zwłaszcza jednego, najbardziej roszczeniowego).
Wszyscy razem
oglądaliśmy film o żelaznej damie. Ponad połowa fabuły to historia lekko
zdemenciałej staruszki, która rozmawia z nieżyjącym od lat mężem i
krząta się po skromnym mieszkaniu, wspominając. Na szczęście na sali
kinowej nie było Leszka Millera, bo widok brzydkiej kobiety (zwłaszcza
staruszki!) w polityce musiałby go zbrzydzić (pan premier uznaje w
polityce tylko piękne, młode kobiety). Miller siedział zapewne na filmie
o Marilyn Monroe lub po raz kolejny oglądał „Planetę małp", gdzie
czuje
się swojsko. Co wspomina zdemenciała staruszka (świetnie, naprawdę
świetnie grana przez Meryl Streep)? Oczywiście, swoją karierę
polityczną. W filmie nie ma jednak nic o mechanizmach politycznych, o
programie politycznym, o motywach działania czy dylematach. Nasza
bohaterka pokazywana jest jak kukła w teatrze, w otoczeniu rekwizytów:
oto przemawia, oto jest w parlamencie, oto wchodzi do mieszkania na
Downing Street 10, oto je opuszcza, jedzie samochodem (w pierwszej
„samochodowej scenie” za szybą widać zrozpaczone dzieci, które
pozostawia w domu, jadąc do parlamentu, w drugiej – rozentuzjazmowane
tłumy, w kolejnej – tłumy, które chcą ją zabić), tańczy z Reaganem, znów
przemawia, zawsze nienagannie ubrana.
Jeśli już słychać, co mówi, to
najczęściej są to proste sformułowania, które wyniosła z mieszczańskiego
domu taty sklepikarza. Że trzeba pracować, że trzeba być
przedsiębiorczym, że związki zawodowe są szkodliwe i że należy być
twardym. Skromna mieszczka, która jakimś niewiarygodnym cudem dostała
się do męskiego świata polityki. Bo film o Thatcher to w istocie film o
wybryku natury; wśród dziesiątek garniturów jedna sukienka, wśród
męskich butów jedne szpilki… Thatcher przebija się do tego świata,
mężnie w nim trwa przez dziesięć lat, a potem z niego wychodzi, niczego
w nim nie zmieniając. Znów będą tam same męskie buty, męskie garnitury i
cygara (a kobiety – w domach lub w rolach asystentek).
Tak jak
czasem
rodzą się dzieci z dwiema głowami, tak czasem w polityce pojawia się
kobieta premier. No, ale przecież tak jak z natury dzieci mają po jednej
głowie, tak też z natury rzeczy premierem jest mężczyzna. Nie mam,
oczywiście, pretensji, że film nie został nakręcony z feministycznego
punktu widzenia, że nie pokazuje fenomenu kobiety w roli konserwatywnego
polityka czy aberracji polityki zawładniętej bez reszty przez jedną
płeć. Żałuję tylko, że tak mało dowiedzieliśmy się o innych atrybutach
Thatcher poza jej mieszczańską prostotą, męską twardością i doprowadzoną
niemal do karykatury „gadżetową kobiecością" (szpileczki,
kapelusze,
sztywna fryzura).
Thatcher była świetnie wykształcona, miała
rozległą
wiedzę historyczną, jasną wizję państwa i swojego programu politycznego.
Umiała zarówno wygrywać swoją kobiecość, jak i ją ukrywać. Na filmie
pokazana jest jednak przede wszystkim jako osoba, która przez politykę
coś ważnego straciła, bo przecież nie ma to jak mąż, dzieci i dom w
ogólności. (Proszę sobie wyobrazić film o Reaganie! Byłoby wyłącznie o
jego męskim geniuszu i fali politycznych sukcesów. Starość, choroba i
dom pozostałyby za kulisami). Jest taka scena, gdy młoda Thatcher mówi
do swojego narzeczonego, że jeśli za niego wyjdzie, to nie po to, by być
kurą domową, nie będzie siedziała w kuchni ani zmywała filiżanek.
Mąż ma
pomóc w karierze politycznej, a nie jej przeszkodzić. Życie spędzone w
kuchni uważa za pozbawione sensu. Pełnia życia jest gdzie indziej – mówi
przyszła pani premier. Film kończy się jednak sceną, w której nasza
bohaterka stoi przy zmywaku, myje filiżankę, a premierem jest już – jak
przystało – mężczyzna. Triumf natury i boskiego porządku rzeczy! Prawica
wychodziła z kina bardzo zadowolona.