Jeżeli kolejne kluczowe decyzje będą zapadały w trybie
niejawnym lub z
pozorowanymi „konsultacjami społecznymi", to my, naród, będziemy
mieli
tego coraz bardziej dość, aż się wściekniemy.
Kiedy wszystko jest nieźle lub wręcz dobrze, obywatele nie mają powodu,
żeby się interesować zmianami proponowanymi przez władze. Kiedy jest
kryzys, wszyscy chcieliby jak najwięcej wiedzieć. Z tego kiepsko zdaje
sobie sprawę nasz rząd, a słabym usprawiedliwieniem jest to, że wiele
innych demokratycznych rządów zachowuje się równie nierozsądnie.
Słyszymy często, i to – wstyd przypominać – od czasów minionej
epoki, o
„konsultacjach społecznych”. Kompletnie nie wiadomo, co to za
zwierzę.
Rozumiem, że prowadzi się rozmowy ze związkami zawodowymi czy z innymi
organizacjami w wypadku reform je interesujących, ale z konsultacjami
społecznymi nie ma to nic wspólnego. A związki zawodowe czy inne
podobne organizacje to w istocie lobbyści, których interesuje tylko to,
co dotyczy ludzi, których reprezentują, a sprawy ogółu mają w głębokim
poważaniu, albo organizacje te gotowe są działać wbrew interesom ogółu,
jeżeli tak dyktuje im własny interes. Jak zatem można sobie wyobrazić
sensowne wyjaśnianie i debatowanie ze społeczeństwem? Ostatni przykład,
czyli spotkanie internautów u premiera, nie jest najszczęśliwszy, gdyż
miało ono charakter przypadkowy, a obecność premiera przy wszystkich
okazjach, kiedy trzeba rozmawiać i wyjaśniać, jest fizycznie
niemożliwa.
Weźmy pod uwagę trzy wielkie reformy, które już się zaczęły albo dopiero
będą lada chwila wprowadzane w życie. Jedna z nich została już
odpowiednio zrecenzowana, czyli reforma refundacji lekarstw, druga
niemal niezauważona, czyli skandaliczna reforma prowadząca do skasowania
liceów ogólnokształcących, o trzeciej zaczyna się rozmawiać, czyli o
reformie emerytalnej, i tu wyrazy uznania należą się prezydentowi za
próbę chociaż minispołecznej debaty. Jednak wszystkie te trzy reformy
można przeprowadzić spokojnie i rozumnie, a zarazem dać społeczeństwu
poczucie, że wywiera ono na ich kształt istotny wpływ, a wtedy reakcja
będzie na pewno pozytywna, a nie – jak dotychczas i jak się zapowiada
–
stanowczo negatywna. Trzy wymienione problemy doskwierają wszystkim
zachodnim społeczeństwom, więc ludzie zaczęli już myśleć, jak je
rozwiązywać z udziałem obywateli, bo inaczej będą tylko marsze protestu,
strajki, a władza będzie traciła popularność.
To istotne, bo
wyjaśnianie
i rozmawianie sprzyja władzy, choć na razie ona tego nie wie.
Wszędzie, z oczywistych powodów, występuje problem leków refundowanych.
Postęp medycyny jest tak kolosalny, że nikt nie ma pieniędzy, by
refundować wszystko. Co robić? Jak decydować? Filozofowie proponują tu
ciekawe rozwiązanie nazywane demokracją deliberatywną. Powstały na ten
temat już setki książek, ale da się to opisać dość prosto. W Wielkiej
Brytanii niedawno przeprowadzono taką operację z okazji popularnego
lekarstwa na przeziębienie. Refundować czy nie? Powstała grupa
rozważająca ten problem. Składa się z zebranych na zasadzie
dobrowolności przedstawicieli tego, co dumnie nazywamy społeczeństwem
obywatelskim, czyli lekarzy, ale także filozofów, księży,
reprezentantóworganizacji pacjentów, urzędników państwowych i Bóg wie
jeszcze kogo. Obrady były jawne i trwały kilka miesięcy. Zdecydowano –
nie refundować, bo skutki lecznicze są wątpliwe. Rząd nie musiał
zaakceptować tej decyzji, ale zaakceptował, bo miał podkładkę.
Tak
można
postępować we wszystkich dziedzinach, o ile społeczeństwo obywatelskie
jest dostatecznie rozbudowane, a w Polsce nie jest z tym nadzwyczajnie,
ale nie jest też źle. Po co zatem podejmuje się tak zasadnicze decyzje,
jak skasowanie liceów ogólnokształcących i zastąpienie ich kierunkami
humanistycznym i ścisłym, co doprowadzi do debilizmu młodzieży, w
niejawnym trybie ministerialnym, bez konsultacji, nawet z ekspertami,
chyba że są to eksperci ministerialni, a wtedy łatwo przewidzieć ich
poparcie? Czy rodzice, uczelnie wyższe, nauczyciele, etycy, pedagodzy,
księża nie mogliby o tym porozmawiać? Podobnie powinno być z reformą
emerytalną, o której słyszymy tylko wypowiedzi niedokształconych
polityków i równie powierzchownych wszystko wiedzących publicystów.
Najwyższy czas, żeby władze polityczne i samorządy zrozumiały, że
społeczeństwo obywatelskie istnieje, nie jest głupie i może być pomocne.
Generalny pogląd, nigdy wprost niewyrażany, jest następujący:
społeczeństwo w demokracji przeszkadza w podejmowaniu decyzji, bo
spowalnia proces polityczny. Trudno o większą głupotę i brak zrozumienia
sensu demokracji. Jeżeli kolejne kluczowe decyzje będą zapadały w trybie
niejawnym lub z pozorowanymi „konsultacjami społecznymi", to
stopniowo
my, naród, będziemy mieli tego coraz bardziej dość, aż się wściekniemy.
A tego – jako konserwatysta z upodobania – wcale sobie i innym nie
życzę.