Minister Michał Boni i premier Donald Tusk pogadali
sobie z internautami
i doszli do słusznego wniosku, że wcześniejszy słuszny wniosek dotyczący
podpisania ustaleń ACTA nie jest tak do końca słuszny, a nawet jest
zupełnie niesłuszny. Nie jest dla nikogo już zaskoczeniem, że władza
sama nie wie, co do końca podpisuje ani za czym się opowiada. Władza nie
ma bowiem jakiegoś planu rozwoju, strategii, koncepcji dla Polski, ma
tylko badania dotyczące słupków popularności i to one są najważniejsze.
Gdyby miłośnicy kradzieży samochodów potrafili zorganizować tak masowy
protest, jak miłośnicy kradzieży filmów i piosenek w internecie, to
jestem przekonany, że rząd Platformy z uśmiechem poparłby samochodowych
złodziei. Na szczęście dla nas wszystkich, uczciwych posiadaczy
samochodów jest ciągle jeszcze więcej niż złodziei automobili. Niestety,
twórców jest o wiele mniej niż miłośników kradzieży ich twórczości. Rząd
PO opowiada się za tymi, których jest więcej, a więc twórcy nie mają
żadnych szans w tym starciu. Przy okazji zadymy z ACTA znaleziono sobie
wspólnego wroga.
Tym wrogiem są autorzy. Autor to w wizji internautów
i
elity rządowej ktoś pławiący się w nienależnym mu luksusie, domagający
się ciągle pieniędzy, żądający jakichś tantiem i honorariów, osobnik
zdemoralizowany, podejrzany, obcy mentalnie. Twórcy nie mieli w Polsce
szczęścia do ochrony swych dzieł. Kiedy zawalił się komunizm, panował
chaos prawny, w którym piratowanie wszystkiego wokół było jak
najbardziej legalne. W Polsce powstały największe w Europie firmy
produkujące pirackie kasety i kompakty (np. słynny Takt w Bukownie pod
Krakowem). W 1990 r. aż 90 proc. rynku fonograficznego w Polsce pożerały
firmy pirackie! Artyści, którzy wydawali wówczas płyty (także ja i mój
zespół Big Cyc), byli okradani na miliony złotych. Wszyscy byliśmy
łupieni przez piratów, ale chyba najbardziej oskubano Kazika
Staszewskiego. Dopiero w 1994 r. wprowadzono prawo autorskie, które
czyniło z piratów przestępców. Część z nich się zalegalizowała, a część
zeszła do podziemia.
Interes z pirackimi płytami nadal był duży i bardzo opłacalny, a
zajmowała się nim m.in. największa organizacja przestępcza tamtych
czasów – mafia pruszkowska. W 2000 r. wraz z rozwojem i upowszechnieniem
się internetu w Polsce rynek fonograficzny załamał się całkowicie.
Jedyną pozytywną stroną tego załamania był stopniowy zanik firm
pirackich, które nie miały już co kraść, bo wszystko za darmo pojawiało
się w internecie.
Dziś, gdy spora część świata przyjmuje przepisy
mające
ograniczyć piractwo w sieci, nasza władza pod wpływem demonstracji
ulicznych skłania się ku nieratyfikowaniu przepisów ACTA. Mam pomysł dla
premiera. Może warto całe państwo polskie przenieść do internetu? Niech
w internecie powstanie Polska Bis, w której każdy każdemu będzie mógł
coś ukraść i będzie to legalne.
W tej Polsce Bis były zomowiec, a
obecnie chodząca reklama okularów przeciwsłonecznych, showman, detektyw
Rutkowski, powinien zostać szefem policji, dotychczasowy szef policji
generałem burdelu, portal Pudelek właścicielem największego bagna na
Mazurach, Doda ministrem kultury, TVN zarządcą bazarów na prowincji, a
premierem posępny mąż tej wariatki z Sosnowca, która sfingowała porwanie
własnego dziecka. Niech do internetu przeniesie się też służba zdrowia,
bo jest, jak wszyscy widzimy, mocno ostatnio wirtualna. W internetowej
Polsce Bis każdy każdego będzie mógł legalnie rolować, a rząd obiecywać,
co chce i komu chce, bo i tak nie będzie to miało żadnego znaczenia.
Drugim wariantem rozwoju wydarzeń może być przyłączenie Polski za pomocą
linki holowniczej i rajstop z klinem do Somalii, gdzie okradanie statków
handlowych jest najbardziej szanowanym zajęciem dla mężczyzn w wieku od
3 do 95 lat. Jeśli władza pod wpływem histerii niektórych mediów i
nagonki internautów nie wprowadzi przepisów ACTA, twórcy powinni
rozważyć podanie polityków partii rządzącej do sądu tytułem odzyskania
utraconych dochodów. Mam tylko nadzieję, że odszkodowania będą wypłacane
twórcom w transzach, a nie w kajdankach.