To był dzień, w którym została ministrem. Joanna Mucha
wstukała do
telefonu treść SMS-a. Jej partyjny kolega Andrzej Biernat dobrze pamięta
ten lakoniczny komunikat: „Od tej pory proszę się ze mną kontaktować
przez asystentkę". – Zdziwiłem się. Nie żebym jakoś zabiegał o
przyjaźń
z Joanną, ale to było dość obcesowe. Coś w rodzaju: „a teraz
spadaj". A
przecież pracuję w komisji sportu, pracowałem nad programem orlików, coś
wiem o środowisku sportowym. Pomyślałem: co to jest? Buta? Zawrót głowy?
– opowiada Biernat, poseł PO, członek sejmowej komisji sportu i
turystyki.
Biernat odpisał pani minister: „Joasiu, do głowy mi
nie
przyjdzie cię niepokoić".
Trzy miesiące później po zawrocie głowy
nie ma
śladu. Kiedy 16 lutego rozmawiamy w gabinecie ministerstwa na Miodowej,
fotografowi z trudem udaje się namówić minister sportu na uśmiech. Od
dwóch tygodni Joanna Mucha się nie uśmiecha. Joanna Mucha walczy o życie.
Kto cię losował?
Zaczęło się na początku lutego. Od fryzjera. 2 lutego „Wprost"
pisze, że
Joanna Mucha powołała na stanowisko wicedyrektora Centralnego Ośrodka
Sportu swojego znajomego, Marka Wieczorka. To właściciel lubelskiego
salonu fryzjerskiego, z którego usług korzystała pani minister. 2
lutego, konferencja prasowa na stadionie w Gdańsku.
Joanna Mucha
wychodzi do dziennikarzy z uśmiechem. Ma mówić o przygotowaniach do
Euro, nie jest przygotowana na pytania o fryzjera. Cała Polska
obserwuje, jak uśmiech znika z jej twarzy. Wcześniej, jeszcze w
styczniu, zapewnia, że Stadion Narodowy, największa sportowa inwestycja
w Polsce, będzie gotowy do meczu otwarcia (ma nim być finał Superpucharu
Ekstraklasy). Ale mecz się nie odbywa. Stadion jest w proszku. Ktoś
donosi mediom, że Mucha pytała, kto losował Legię i Wisłę do meczu o
Superpuchar. To oznacza, że nie ma pojęcia o futbolu. Kibice wyją z
uciechy. Na YouTube pojawia się film: setki kibiców Legii pod dyrekcją
Starucha śpiewają: „Kto cię losował, hej, Mucha, kto cię
losował?!".
Igor uderza w telewizor
Mucha kontratakuje. 12 lutego prowadzi bieg wokół stadionu pod hasłem
„Wszyscy jesteśmy gospodarzami Narodowego". Rzuca komunałami:
–
Powinniśmy się cieszyć, że mamy Stadion Narodowy. Mimo jego braków,
mankamentów i różnych rzeczy, które być może mogłyby być lepsze.
Następnego dnia, 13 lutego, z biegu drwią wszystkie media. Wieczorem
Mucha dymisjonuje Rafała Kaplera, szefa spółki budującej stadion.
Zaraz potem okazuje się, że dymisja oznacza dla niego 570 tys. zł
premii. Jeden z bliskich współpracowników Donalda Tuska: – Tak, były
próby akcji ratunkowej. W sensie ratowania wizerunku. Nie, nie
szkolenie. Raczej sugestie. Szybko się okazało, że lepiej odpuścić.
W
wypadku pani Joanny to nie działa. Wieczorem 15 lutego Mucha jedzie do
Sejmu na posiedzenie komisji sportu. W obecności kamer opowiada, że
jeszcze rok temu nie przypuszczała, że zostanie ministrem sportu.
Relację z komisji w budynku kancelarii premiera oglądają bliscy
współpracownicy premiera. – Po tych słowach Igor Ostachowicz, który
odpowiada za public relations, zaczął tłuc głową w telewizor – wspomina
jeden z nich.
Jeżdżą gorzej niż po Czarku
Opowiada poseł Platformy: – Kiedy Joasia przyjechała w środę do Sejmu
mówić o stadionie, spotkała Czarka Grabarczyka. On – odprężony, od kiedy
nie odpowiada za drogi, w ogóle jest dość wyluzowany. Kampanię przeżył
schowany przed dziennikarzami, dziś nikt go nie zaczepia. Ona – spięta
jak przed egzekucją. „No – mówi Czarek – współczuję. Nawet
po mnie nie
jeździli tak jak po tobie".
W Platformie minister Mucha ma
dziś tyle
samo przyjaciół, ilu wrogów. Andrzej Biernat: – Rzeczywiście ostatnio
trudno spotkać człowieka, który by o niej mówił dobrze. Ma jednak
zasadniczą przewagę nad wrogami: premiera. Na stanowisko ministra
wskazał ją Tusk. To dlatego na palcach jednej ręki można policzyć tych,
którzy wprost powiedzą coś przeciwko pani minister. – Donald nie odwoła
jej, bo przyznałby się do błędu. Już szybciej odwoła Sławka Nowaka niż
ją. Jeśli jeszcze nie daj Boże ktoś z opozycji złoży wniosek o wotum
zaufania dla Muchy – zacementuje ją na urzędzie na pełne cztery lata
–
ocenia polityk PO.
Być może pytanie o dzisiejsze kłopoty minister Muchy
można zadać inaczej: dlaczego osiem miesięcy przed Euro 2012
odpowiedzialną za sztandarowe przedsięwzięcie swojego rządu Donald Tusk
uczynił właśnie Joannę Muchę? Ona sama odpowiada bez wahania: na jej
decyzji zaważyła decyzja premiera. Jak ją rozumieć?
Bliski
współpracownik Donalda Tuska: – Poszło o parytety. Nagle się okazało, że
mamy za mało kobiet. Na ministra edukacji odbyła się regularna łapanka.
Donaldowi na dokładkę kiedyś zaimponował Berlusconi, który miał świetne
wyczucie telewizji, a w rządzie miał byłe miss. Doskonale się
prezentowały. A Mucha prezentuje się wyśmienicie. Wysoki urzędnik
Ministerstwa Sportu: – Zaraz na początku powiedziała publicznie, że się
nie zna na sporcie. Ktoś wziął ją na bok i wytłumaczył: „Czy ty myślisz,
że Jakubiakowa z PiS się znała? Albo Lipiec? W tej sprawie w ogóle się
nie odzywaj". Ale Aśka jest odporna na takie perswazje.
Chodziliśmy i wskazywaliśmy
Jeszcze w październiku 2011 r. kandydatura Muchy na szefa resortu sportu
nie była pewna: – Padały różne propozycje. Była przerzucana kilka razy,
pamiętam, że proponowano ją na ministra środowiska, wiceministra skarbu.
Joanna Mucha myślała o resorcie zdrowia, ale Ewa Kopacz za nią, oględnie
mówiąc, nie przepada. Poseł PO: – Premier uznał, że jednak dostanie
sport. Trochę się zagotowało. Irek Raś, były piłkarz, aż przebierał
nogami, żeby dostać ten stołek, ale Donald za nim nie przepada.
Chodziliśmy do niego. Wskazywaliśmy: no to może zamiast Muchy ministrem
od Euro 2012 zostanie Sławek Nowak?
Ale premier przeznaczył go do
zadań
niewykonalnych. Stanęło na Musze. – Powiedział wam, dlaczego Mucha?
– Da
się to streścić w zdaniu: bo dobrze wygląda. Ten rząd miał ładnie
wyglądać.
Co z tego, że się nie zna
Inny poseł (nie ukrywa, że nie lubi minister Muchy) ironizuje: – Były
cztery kryteria, żeby zostać ministrem. Być kobietą. Być w miarę ładną
kobietą. Nie mieć silnej pozycji w partii. Wypisać sobie na czole
sentencję: tak jest, panie premierze.
Stanisław Żmijan, szef lubelskiej
PO, nagły sukces Muchy widzi prościej. Mucha na niego zapracowała: –
Tusk dużo wiedział o Joasi. Starała się od zawsze i Tusk to widział.
Awans Muchy do pierwszej ligi rządowej to wynik wielu zdarzeń. Na pewno
wykazała się lojalnością po odejściu Janusza Palikota. Jej akcje poszły
wtedy w górę. Potem była kampania. – W telewizji staraliśmy się
pokazywać w spotach młodych, unikać geriatrii. Młodych reprezentowali
Bartek Arłukowicz i Mucha.
Po wyborach wszyscy byli w euforii,
jak
zahipnotyzowani. Ona też. Mogła być od transportu, jest od sportu, co za
różnica. Dziś widać, że jest jak aktor obsadzony w złej roli. Tylko że
plakat do tego przedstawienia już wydrukowany, a publiczność na widowni
– mówi bliski współpracownik premiera.
Ekonomistka od
zdrowia
Joanna Mucha nie trafiła do poważnej polityki jesienią ubiegłego roku.
Szła do niej uporczywie od jedenastu lat. – W 2001 r., kiedy powstawała
PO na Lubelszczyźnie, pracowała w biurze partii. Szefową była Zyta
Gilowska. – Domyślam się, że ona była tą, która wdrażała i zachęcała
Muchę do pracy w polityce. Jaka była Mucha? Pracowita i obowiązkowa.
Poukładana – mówi Stanisław Żmijan. Następny etap to partyjne eksperckie
koła. Mucha trafia do grupy, która zajmuje się służbą zdrowia
. Poza
społeczną pracą dla partii jest asystentem na KUL. Wykłada. W 2007 r.
broni doktorat na wydziale nauk społecznych.
Zajmuje się problematyką systemu dopłat pacjentów do usług medycznych.
Wykrzywione tezy doktoratu staną się przyczyną pierwszej wpadki Muchy.
W
wywiadzie dla partyjnej gazety rzuci (powie później, że autoryzowała w
pośpiechu): – Jaki jest sens wykonywania takiej operacji u 85-latka,
który nie chodzi i nie będzie chodzić, bo się nie zrehabilituje? Co
naprawdę jest w doktoracie pani minister? Chcieliśmy sprawdzić, ale w
bibliotece KUL go nie ma. Nie widziano go też w archiwum uczelni, dokąd
powinien trafić.
Być jak Palikot
Joanna Mucha do poważnej polityki idzie uporczywie przez jedenaście lat.
W Lublinie mówią, że równie uporczywie jak jej były partyjny szef Janusz
Palikot. Jako pełnomocnik finansowy rozlicza pieniądze z kampanii na
Lubelszczyźnie. Zostaje sekretarzem regionu.
Działacz PO z Lublina,
anonimowo: – Wtedy Palikot zaczął się nad nią pastwić. Każda rzecz,
którą zrobiła nie do końca po jego myśli, kończyła się jego krzykiem,
łzami i płaczem Aśki. Na szersze wody wypływa w 2007 r. – Mucha zostaje
posłem. Choć nie cierpi Palikota, trzyma język za zębami. Jest lojalna
wobec szefa. Jest też jedną z gwiazd PO. Na początku tej kadencji
zostaje przez media nazwana „pierwszym cudem Tuska".
Poseł PO: – Kobiety
w partii jej nie lubią. Inaczej: to nie jest niechęć. To jest nienawiść.
Wystarczy przeczytać, co o Musze mówi Julia Pitera. Kiedy wiosną 2010 r.
Palikot idzie w swoją stronę, z lubelskiej PO odchodzi kilkuset
działaczy. Wśród tych, którzy zostają, jest Joanna Mucha. W wyborach
dostaje słabe, czwarte miejsce na liście. Walczy. W końcu ląduje na
drugim. W wyborach zdobywa najlepszy wynik w całej lubelskiej PO.
Z portierni do gabinetu
Jesienią trafia do Ministerstwa Sportu. I okazuje się, że nie ma z kim
współpracować. Pierwszego dnia kilka godzin konsultuje się z
poprzednikiem, Adamem Gierszem. Potem zostaje sama.
Stanisław
Żmijan: –
Joasia nigdy nie miała dworu. Oczywiście, miała współpracowników, ale
nie miała wokół siebie rycerzy, których ma choćby premier. Poseł PO: –
Aśka nie zarządzała dużymi zespołami. Na KUL była asystentem. Kiedy
Sławek Nowak wchodzi w nową rolę, to wydaje polecenia i ludzie go
słuchają. Aśka posłuchu nie ma. Mucha zaraz na początku zwalnia ministra
Tomasza Półgrabskiego (ma za sobą cztery lata w
resorcie). Wiceministrem zostaje poseł PO Grzegorz Karpiński.
–
Grzesiek
dostał to, bo nie załapał się do Sejmu. A my dbamy o ludzi – opowiada
jeden z posłów. – Przyjaźnił się z Muchą w poprzedniej kadencji, to go
wzięła. Sport? On chyba lubi siatkówkę. Szefową gabinetu politycznego
zostaje Anna Glijer, była pracownica biura poselskiego. Zna się na
zdrowiu. Na sporcie słabo. Wiceszefem COS – znajomy z Lublina. Osobistym
sekretarzem – chłopak, który do tej pory pracował na portierni w
ministerstwie. I to właściwie koniec ławki kadrowej minister Muchy.
Dziewczyna od Drzewka, rzecznik od Lipca
Współpracownicy opowiadają, że po przejściu do ministerstwa Mucha
wystraszyła się tylko jednego: stadionu. Okazało się, że są problemy z
finansowaniem tej inwestycji i ukończeniem budowy. Że są kłopoty z
umowami i z wykonawcami.
Opowiada znany dziennikarz sportowy
(specjalizacja: tenis): – Nie ma dobrych doradców. Jej poprzednikowi,
Adamowi Gierszowi, można wiele zarzucić, ale wiedział, z kim rozmawiać,
wiedział, z kim i co załatwić. I jak. Mucha jest zdana na samą siebie. I
na skostniałe ministerstwo.
Ministerstwo Sportu jest jednym z najmniejszych – nieduża siedziba,
nieduży budżet. Aż gęsto tam od ludzi, którzy pamiętają kilku
ministrów.
Z góry wiadomo, że nie znajdą się w awangardzie zmian. – Rzecznik Muchy,
Paweł Wiśniewski, to były rzecznik pisowskiego ministra Tomasza Lipca.
Od lat w ministerstwie. Dyrektor generalna, Monika Rolnik, to
„dziewczyna od Drzewka", o której głośno było w aferze hazardowej.
Urzędnikiem odpowiedzialnym za Euro 2012 jest były badmintonista –
wymienia znany dziennikarz sportowy.
Miś jak stadion
W apogeum wpadek w mediach do dymisji podaje się Rafał Kapler, szef
spółki budującej Stadion Narodowy. Jeden z doradców premiera: – To
Donald kazał jej ściągnąć Kaplera. Kto podpowiedział to Donaldowi – nie
wiem. Ale odbyło się to w sposób, po którym Musze zostało tylko
powiedzieć: „No właśnie, dokładnie tak myślałam".
„Ściągnięcie" Kaplera
to dobry ruch. Uruchamia lawinę – wszyscy interesują się już nie
stadionem, ale wysokością premii Kaplera. Do czasu. Pod koniec tygodnia
tabloidy pełne są tytułów: „Tak Mucha trwoni twoje podatki”,
„Pozwoliła
nagradzać za nicnierobienie”, „Mucha musi odejść”.
Mówi poseł PO: – Niech pan popatrzy, co robi Sławek Nowak. Też ma
kłopot. Ale nie podejmuje raptownych decyzji. Sączy prawdę: mówi
„nieprzejezdność", a to neutralne słowo. Nie idzie na zwarcie. Nie
odzywa się tam, gdzie może być przyłapany przez dziennikarzy. A jak już
go przyłapią, to grzecznie przeprasza.
Czwartek. Pod gabinetem
minister
sportu kolejka dziennikarzy. „Newsweek", „Wprost",
„Polityka”. Kolejka,
bo to podobno ostatnia szansa na rozmowę. Minister zapowiada, że na
jakiś czas zniknie z mediów. Mówi, że to jej własna decyzja. Mediów
unika. Nie ogląda telewizji. Słucha TOK FM. W tym samym gabinecie, w
którym urzędował Mirosław Drzewiecki, wchodzących wita papierowa płachta
– metr na półtora. Kolorowe tabelki ściśnięte jak pierwiastki w tablicy
Mendelejewa.
Mapa drogowa działań spółki PL.2012 – lista
działań przed
Euro. Minister Mucha wie, o co w niej chodzi dopiero od trzech tygodni.
Stadion Narodowy to tylko mała część tej układanki. Pani minister jest
smutna. Na biurku, koło lampki, trzyma maskotkę. Utkaną z trawy figurkę
misia z filmu „Miś". Misia jak Stadion Narodowy: na miarę naszych
możliwości.
Współpraca: Paweł Sikora, Daniel Markiewicz