PIOTR NAJSZTUB: Gdybyśmy wyobrazili sobie rząd jako
ogromne koło zębate,
to mam wrażenie, że trzeszcząc, zwalnia, zaraz stanie i zalegnie cisza.
Pan też to słyszy?
ALEKSANDER SMOLAR: Niewątpliwie jest poczucie kryzysu, a poczucie
kryzysu w politycznych kategoriach jest już samo w sobie kryzysem.
Z czego wynika?
Jednym z najważniejszych elementów kapitału rządzących jest zaufanie.
Utrata zaufania oznacza utratę możliwości działania.
Tusk w
sprawie ustawy refundacyjnej, w sprawie ACTA najpierw jest
twardy, mówi: „Tylko tak!". Potem: „Może nie wszystko żeśmy
skonsultowali", a potem się cofa o krok. Czy takie postępowanie odbiera
politykowi zaufanie?
To się zaczęło wcześniej, niemal natychmiast po wyborach, po wielkim
sukcesie. Wtedy zdarzyła się rzecz zdumiewająca! Nagle dowiedzieliśmy
się od premiera, że właściwie nie będzie powołania nowego rządu!
Argumentem była prezydencja polska. I przez dłuższy czas w ogóle nie
słyszymy premiera. Jest cisza, a to jest najlepszy czas polityczny,
maksymalnej akumulacji wiary, optymizmu części Polski i demobilizacji
opozycyjnej części Polski – mówię o partiach politycznych. Innymi słowy,
opozycja jest najsłabsza, bo leczy rany, rozpada się...
Rozlicza się.
Rozlicza się, tworzy nowe partie. A ze strony rządu po tej martwej ciszy
dowiadujemy się, że nowy rząd będzie dopiero od stycznia. Premier
zapowiadał, że będzie radykalna zmiana rządu, a okazuje się, że nie
będzie. Pozostanie tylko pięciu ministrów, a następnie – że rząd
pozostanie taki sam. Później premier wycofuje się z tych pomysłów. To
jest już zapomniana historia, a niesłusznie.
Może on poczuł wtedy, że po prostu panuje, a jako panujący...
Nie, bo zmiana nastąpiła zapewne pod wpływem oporu prezydenta i opinii
publicznej. Ludzie władzy i sam Donald Tusk zrozumieli, że jest to po
prostu niemożliwe. Później widzieliśmy, że władza nie zajmuje się tylko
prezydencją, bo ta szła swoim trybem, była „naoliwiona". Było
znakomite
wystąpienie w Berlinie Radka Sikorskiego i dobre zamknięcie prezydencji
przez premiera. Ale w polityce wewnętrznej dominowała nie wielka
polityka, lecz zdumiewające rozprawy personalne w samej Platformie;
przede wszystkim eliminowanie Schetyny, upokarzanie publiczne drugiej
osoby w PO. Zdumiewający był sposób, w jaki premier o nim mówił. A
później powstał uderzający przeciętnością rząd. Trzy osoby, należące do
nielicznej bardzo, krótkiej ławki postaci w PO o wyraźnym charakterze,
po pierwsze, Schetyna, po drugie, młody i niewątpliwie wybijający się
minister Kwiatkowski, a po trzecie, minister Miller, który sprawia
wrażenie rzadkiego bardzo typu wybitnego urzędnika państwowego, spadają
z tej krótkiej ławki. Za to pojawiają się osoby często przypadkowe. Cały
ten szybko marnowany kapitał nowego początku sprawiał wrażenie, jakby
Donald Tusk dopiero zaczynał rządzić, jakby to był początek pierwszej
kadencji.
Zagubił się, odmłodniał o cztery lata, a może
zdziecinniał?
Nie wiem. Po pierwsze, to zapewne efekt zmęczenia, a po drugie, poczucia
niesłychanego sukcesu. Uzasadnionego, bo ten sukces Platforma
zawdzięczała przede wszystkim Donaldowi Tuskowi. Kampania wyborcza PO to
był w istocie teatr jednego aktora! Choć to właściwie nie najlepiej
świadczy o tej partii, a być może również o przywódcy, który tak
wyjałowił grunt wokół siebie, że nic wybitnego nie może na nim wyrosnąć.
Po trzecie, być może był to element przygotowania się na trudne czasy;
premier w ich przededniu chciał oczyścić przedpole, ograniczyć
możliwości jakiejkolwiek opozycji w Platformie.
Rozumiem, że jak jest prawdziwa wojna, to przywódca może najpierw
oczyścić przedpole z tych, którym nie ufa, żeby iść spokojnie na front.
Ale nie mamy wojny, mamy sytuację, w której rada ministrów normalnego
kraju powinna się składać z silnych, samodzielnych i różnorodnych
osobowości.
Są szefowie, którzy tolerują nawet ludzi wybitniejszych od siebie, bo
wiedzą, że oni na nich pracują, nawet jeżeli kiedyś ich zastąpią. W
sposób oczywisty to nie jest sytuacja, z którą mamy tu do czynienia.
Widać, że Donald Tusk nie tolerował osób wybitnych, wszystkie osoby
niezależne czy wybitne zostały wyeliminowane lub zmarginalizowane w
Platformie. Jest za to bardzo wiele osób, o których właściwie nic nie
można powiedzieć, nawet jeżeli od paru lat sprawowały ważne urzędy.
Więc ten cel osiągnął i...
I wydawało się w pewnym momencie, że wreszcie następuje działanie,
zapowiadane przez exposé. Zaskakiwało ono tym, iż premier mówił
właściwie wyłącznie o problemach finansów publicznych, budżetu państwa i
przedstawiał całą serię posunięć, decyzji, reform, które zamierza
przeprowadzić, żeby sytuację finansów publicznych naprawić. Zaskakiwało
ono pozytywnie, zdecydowaniem, energią, gotowością zmierzenia się z
wyzwaniami, o których ekonomiści mówili od lat. I za co byli przez
premiera i jego ministra finansów przez parę lat potępiani i wyśmiewani.
Ale mniejsza o to. Tusk chciał się zmierzyć z tym, co najbardziej
zagraża polskiemu rozwojowi i polskiej reputacji w świecie. Ostatnio, w
związku z zaczynającym się kryzysem wokół czasu przechodzenia na
emeryturę, ostrzegał, że jeżeli reforma nie zostanie przeprowadzona,
zagrożenie dla naszej gospodarki może się pojawić w ciągu paru miesięcy.
Na pozór to się wydaje absurdalne, bo jej efekty pojawią się naprawdę po
latach.
Chodziło mu chyba o agencje ratingowe i ich oceny stanu Polski.
Oczywiście.
Więc exposé było zagraniem „pod publiczkę", a publiczką są
agencje.
To nie jest „publiczka". W dzisiejszej demokracji głosują nie tylko
obywatele. Możliwości działania każdego rządu zależą również od ich
oceny przez rynki, w tym agencje ratingowe. Od tego zależy m.in. napływ
nowego kapitału, inwestycji, a więc i rozwoju.Premier zdaje sobie
sprawę, jak bolesne byłoby niepowodzenie w sprawie emerytur, bo to jest
pryzmat, przez który na stan Polski, na siłę i determinację rządu
patrzeć będą rynki finansowe. Tym można tłumaczyć konstrukcję i
charakter exposé i ono rzeczywiście było bardzo dobrze przyjęte.
Czy wiara w to, że klub anonimowych analityków rynku, AA rynku, może
swoimi decyzjami wpłynąć na sytuację rządu i kraju, nie jest trochę
iluzoryczna? Może to choroba, na którą przywódca nie powinien chorować?
Nie chodzi tutaj o agencje ratingowe – do których można mieć
wiele
zastrzeżeń – ale o rynki kapitałowe. Czy będą inwestowały w Polsce, czy
będą się wycofywały w strachu z Polski? A przy słabych, jak we
wszystkich krajach postkomunistycznych, oszczędnościach własnych nasze
możliwości samodzielnego inwestowania są małe. One zależą od środków z
UE, o których władza doskonale wie, że nie będą tak wielkie, jak
zapowiadała w kampanii wyborczej. Więc z tego punktu widzenia nie
krytykuję tego exposé.
Świat je usłyszał i… Dalej już powinna zacząć się normalna robota
władzy, która załatwia sprawy tu i teraz.
A tutaj znów mieliśmy wrażenie kompletnego nieprzygotowania. To widać po
sprawie np. leków refundowanych. Na wiosnę ustawa przeszła, a okazało
się, że decyzje wykonawcze były robione w ostatniej chwili, w przededniu
Bożego Narodzenia i później Nowego Roku. I tak rząd zaliczył wpadkę przy
– wierzę specjalistom – fundamentalnie dobrej ustawie. Potem
ACTA… Jakby
się powtarzała sytuacja sprzed roku: paraliżu kolei, sprawy OFE, rewolty
celebrytów i specjalistów. Wtedy przypomniała mi się pewna myśl Francisa
Fukuyamy z książki „Trust", „Zaufanie". Jego teza była
taka, że w
krajach o wysokim poczuciu zaufania powstają wielkie przedsiębiorstwa, a
w kraju o niskim poziomie zaufania istnieć mogą tylko małe
przedsiębiorstwa, dlatego że w małych przedsiębiorstwach mogą być
stosunki „twarzą w twarz”, a zaufania...
Nie deleguje się na obcych, sobie nieznanych.
I nie ma anonimowych stosunków poprzez reguły zarządzania, długie
hierarchiczne dystanse między szefem a wykonawcami. Duża struktura
wymaga dużego poziomu zaufania, że wszyscy, do samego dołu, wykonują to,
co trzeba. To nie jest problem tylko tego rządu, być może jest to
problem niskiego poziomu zaufania Polaków do siebie nawzajem. I kiedy
dochodzi do wielkich przedsięwzięć, nagle wyłazi jakaś niesprawność
zupełnie fundamentalna. Może to jest zbyt daleko idąca teza, ale… A dziś
znaleźliśmy się w takiej sytuacji, że wydaje się rzeczywiście, że albo
rządu nie ma, albo jest niesprawny.
Tusk zdaje sobie z tego sprawę?
Przypuszczam, że zdaje sobie sprawę, bo zawsze jego wielką siłą była
empatia, zdolność wyczuwania reakcji ludzi.
Może uwierzył, że wystarczy inteligentnie, dowcipnie przekomarzać się z
dziennikarzami i to załatwia sprawę?
Powiem inaczej. Jest dla mnie tajemnicą, dlaczego premier nigdy się nie
zwraca do społeczeństwa, do narodu, do wspólnoty. To jest normalna
forma, którą się posługują przywódcy wszystkich krajów!
Może nie czuje w sobie takiej mocy? Albo boi się wypaść groteskowo, co
przytrafiało się niektórym naszym przywódcom?
Mocy? Przecież to jest kwestia przygotowanego tekstu, klasyczna sytuacja
władzy. To jest coś psychologicznego, może się wiąże z jego poczuciem
skromności. Jemu się często zarzuca, zwłaszcza teraz, w momentach
kryzysowych, gdy wszyscy skaczą na niego...
Zarzuca mu się pychę, nieumiejętność słuchania innych.
Lata temu, kiedy go trochę znałem, była w nim pewna skromność i
autoironia, którą bardzo ceniłem. Premier ostatnio mówił o samotności,
mając chyba na myśli to, że nagle wszystko się na niego wali i nie ma z
kim podzielić się odpowiedzialnością. To jest samotność człowieka
władzy, który podejmuje decyzje albo przynajmniej powinien podejmować
decyzje. Natomiast ja myślę o samotności innego typu, samotności
przywódcy, który znajduje się twarzą w twarz ze społeczeństwem, wobec
milionów ludzi, do których się zwraca. Takie wystąpienia mają wielką
siłę, zwłaszcza jeżeli się mówi rzeczy ważne.
Ale ich nie ma.
Nie ma. Premierowi łatwiej jest rozmawiać np. bezpośrednio z
dziennikarzem, uprawiać fechtunek, w którym jest świetny. A uwieść
miliony jest rzeczą bardzo trudną, zwłaszcza jak się nie ma tych tłumów
przed sobą, choćby w sali konferencyjnej. A to byłby naturalny sposób
przekazania tego, co najważniejsze, przekonania obywateli. Szczególnie
teraz, kiedy rozgrywa się fundamentalny problem społecznego zaufania, od
którego zależy to, czy on będzie w stanie cokolwiek zrobić, czy po
prostu będzie zarządzał bezruchem.
To może powinien obowiązkowo pójść na film „Jak zostać królem" o
jąkającym się następcy tronu, który musi przemówieniem w radiu podnieść
ducha w narodzie?
Sytuacja owego króla była zupełnie inna, bo tam jest pokazane, jak
człowiek, którego upokarzają pewne przymioty osobiste…
Tu
może być skromność, która uniemożliwia Tuskowi wystąpienie ex
cathedra.
Tego nie wiem, nie chcę się wdawać w psychologię, już i tak za daleko
zabrnąłem.
Tusk przywódczo milczy i…?
I ten rząd w przyspieszonym tempie traci społeczne zaufanie, co może być
poważniejsze nawet niż te punkty, które wskazują na spadek poparcia.
Punkty w sondażach to są wskaźniki ilościowe poparcia, one nie wskazują
na siłę zaangażowania. Poparcie dla Platformy zawsze było letnie. W
dużym stopniu było wynikiem strachu przed PiS, a nie aktywnego poparcia
dla Platformy. Teraz ono jeszcze bardziej stygnie. To widać m.in. w
stosunku innych partii do Tuska. Może mu być dzisiaj znacznie trudniej,
niż to było po wyborach, negocjować i zdobywać poparcie w Sejmie. W tej
chwili wszyscy mają poczucie słabości Platformy i słabości Donalda
Tuska, co jest bardzo niebezpieczne dla niego samego, dla rządu i dla
programu, który chce realizować.
Czy jest pan sobie w stanie
wyobrazić, że ta kadencja nie kończy się pod
rządami Tuska? Np. z ławy poselskiej wstaje Schetyna i mówi: „Oto
jestem".
Nie, ja bym tego scenariusza nie brał pod uwagę. To, co moim zdaniem
grozi, to pogorszenie sytuacji w samej Platformie. Rozpad to jest za
mocno powiedziane, ale wyraźne pęknięcia, których teraz nie widać.
Donald Tusk walnie się do tego przyczynił tym, co powiedział
nieostrożnie przed wyborami, że już więcej nie będzie kandydował na
szefa Platformy ani na szefa rządu. To był sygnał dla kolegów, którzy
nie chcą zginąć, tak jak żona w tradycji hinduskiej, są młodsi, mają
niezaspokojone jeszcze potrzeby kariery, pieniędzy, władzy. Oni już
niedługo będą się rozglądali, kto będzie następny.
Jest też druga grupa, dosyć liczna w Platformie. Nazwałbym ją ruchem
upokorzonych. Mężczyzna nie zapomina upokorzeń i ta grupa może z takiego
własnego zapamiętania doprowadzić do podziału w Platformie.
To może raczej prowadzić do pogłębienia paraliżu wewnętrznego Platformy.
Dziś mamy bardzo słabego przywódcę klubu parlamentarnego PO. Schetyna
został zmarginalizowany, jedyny człowiek poza Tuskiem, który ma siłę
przywódczą w Platformie. Postawienie go na czele komisji spraw
zagranicznych, na czym się nie zna, to był swoisty żart. Nie pamiętam,
aby w tym charakterze choć raz się wypowiadał.
Pamięta pan jeszcze tę konferencję prasową, na której premier,
informując o nowym stanowisku dla Schetyny, odwrócił się i zapytał
współpracownika: „Jakiej komisji będzie szefem?".
Tak, to było małostkowe, właściwie zdumiewające. To był taki okres, w
którym niewątpliwie, na pięć minut, uderzyła premierowi woda sodowa do
głowy i zemścił się za te drobne gesty opozycyjności, które niewątpliwie
Schetyna manifestował.
Doradzałby pan teraz Tuskowi głęboką rekonstrukcję rządu i przywołanie
tych wszystkich, którzy jeszcze „coś" za sobą niosą?
Teraz, kiedy jest powszechnie atakowany, byłoby to natychmiast odebrane
jako klęska.
Ale co z tego! Wzmocniłby rząd, dałby nam wszystkim szansę!
To byłoby bardzo trudne. On miał poczucie, czemu dał wyraz w swoim
exposé, że ta kadencja musi być ofensywną kadencją reform. Wypowiedział
też w TVN 24 zdanie, które zawierało surową dość ocenę poprzednich
czterech lat: „Mamy sprzyjającego reformom prezydenta, większość w
Sejmie, cztery lata rządów przed sobą i już cztery lata narządziliśmy
się, teraz powinniśmy być gotowi zapłacić polityczną cenę". To jest
jedno z najciekawszych zdań, które wypowiedział. Ono mi zresztą
przypomniało słowa Georga W. Busha po drugiej wygranej: „Zostałem
wybrany, mam poważny kapitał politycznego zaufania, mam zamiar wydać go
do końca, po to, żeby zrealizować cele, które są mi bliskie". To jest
postawa polityka, który ma ambicje dla kraju, który ma poczucie, że
dysponuje kapitałem nie po to, żeby go zakopać w ziemię jak sztabę złota.
A nie jest tak, że Tusk ten kapitał umieścił na lokacie w zagranicznym
banku lub klubie AA rynku, bo wierzy w to, że to przyniesie lepszy
zysk?
Nie, ja się z tym nie zgadzam.
Że korzystniej dla Polski będzie ulokować go w nadziejach zagranicznych
inwestorów, nie w tym, żeby rozwiązywać problemy tu, w środku?
Ale przecież problem finansów publicznych jest bardzo poważnym problemem
Polski. To nie jest sprawa czysto księgowa, to jest problem
mobilizowania szans rozwojowych Polski! Jest teraz poczucie wśród wielu
ekonomistów – to znalazło wyraz m.in. w dyskusji wokół megalomańskiego
listu Rostowskiego do ekonomistów, opublikowanego w
„Rzeczpospolitej" –
że płytkie zasoby rozwojowe są na wyczerpaniu. W tej chwili rozwój
Polski wymaga większej kreatywności, a Polska w badaniach
międzynarodowych sytuuje się na samym dole innowacyjności. Myślenie o
przyszłości wymaga stawiania czoła nowym wyzwaniom i tutaj rozwiązanie
problemów finansów publicznych jest czymś oczywistym. Tylko istnieje coś
takiego jak pedagogika demokratyczna, to znaczy tłumaczenie
społeczeństwu, co i po co chce się zrobić. Tego nie ma i tutaj jest
problem wystąpień premiera. Zdumiewające, jak on długo potrafi milczeć i
w ogóle nie rozmawiać ze społeczeństwem! Trzeba tłumaczyć decyzje,
zwłaszcza trudne, społeczeństwu, które jest zdezorientowane. A on
przyczynił się do tej dezorientacji, bo przed wyborami mówił: nie
będziemy aplikowali gorzkiej mikstury reform, nie będziemy powodowali
cierpienia społeczeństwa, zajmuję się społeczeństwem dziś żyjącym, a nie
przyszłością. To było niesłychane zupełnie zdanie!
Moim zdaniem za tym brakiem reakcji Tuska na różne krytyczne wypowiedzi
stoi katastrofa smoleńska. Na krytyków z PiS, którzy go atakowali w
sprawie katastrofy i śledztwa, machał ręką, mówił: „teorie spiskowe, nie
warto się tym zajmować". A jak się pojawiła krytyka w innych sprawach,
ze strony innych ludzi, też znacząco milczał.
Nie sądzę. To była kwestia priorytetów i lekceważenie dla inteligenckich
krytyków. I dziś mamy miesiąc na dyskusję o emeryturach, a nie
przeprowadzono elementarnej pedagogiki demokratycznej, żeby wyjaśnić, co
to znaczy, nawet pokazać to na planszach! Premier nie wystąpił jak
nauczyciel. Mógł to też zrobić minister Rostowski, który jest
nauczycielem akademickim i potrafi to robić, jest w tym niezły, nawet
jeśli często demagogiczny. Trzeba powiedzieć: „Kochani, jeżeli chcecie
pracować tyle, co teraz, to musicie m.in. rodzić więcej dzieci, bo
Polska ma jedną z najniższych stóp wzrostu demograficznego w Europie!".
Przekonanie społeczeństwa jest trudne, gdy przez dwa lata wbijało mu się
do głowy, że jesteśmy zieloną wyspą! Nie jesteśmy wyspą, ani też bardzo
zieloną. Mamy problemy,do których trzeba było przyzwyczajać, wyjaśniać.
Bo ta dzisiejsza rewolta jest też skutkiem niewiedzy, za którą władze
ponoszą współodpowiedzialność.
Ile Tusk ma jeszcze czasu?
Ma do wyborów ponad trzy i pół roku. Ale można wymienić różne rządy,
które rządząc, nic w istocie nie zrobiły. Dryf rozwojowy, przed którym
ostrzegał Michał Boni i który obecnie opisuje w nowym opracowaniu Jerzy
Hausner, może być bardzo dramatyczny. Problemem jest, co ten rząd
osiągnie, jak ten czas będzie wykorzystany? Należałem do tych, którzy
byli bardzo krytyczni wobec rządu Donalda Tuska, i to od początku.
Uważałem, że marnuje cenny czas. Czas to jest największy kapitał w życiu
ludzkim i również w polityce, a oni nie robią rzeczy, które są
konieczne, a które można było robić. Zbliżały się następne wybory, wtedy
sobie powiedziałem: dobrze, Platforma nic prawie nie robiła, bo chciała
wygrać następne wybory. Wygrała i jeżeli teraz pokaże, że są
przygotowani, że ten czas, który – wydawało się – zmarnowali, był
inwestycją w zdobycie dalszych czterech lat i stworzenie warunków
szerokiej swobody działania, przy bardzo osłabionym PiS, przy rozbitej
lewicy, przy prezydencie, który popiera reformy. Jeżeli więc nowy rząd
Tuska pokaże, że jest w stanie „pociągnąć" Polskę do następnej fazy
modernizacji i przybliżyć do krajów najwyżej rozwiniętych – to wtedy
będę musiał uznać, iż Tusk znakomicie gospodarował czasem.
Początek nowej kadencji mija i...
I okazuje się, że ten rząd nie jest do tego zdolny. Choć mam jeszcze
nadzieję, że jednak jest się w stanie zmobilizować.
Jaką słabość
musiałby pokonać?
W krótkim okresie musi przezwyciężyć obecny kryzys zaufania. Tusk musi
mówić, tłumaczyć. Musi pokazać zdecydowanie. Muszą paść głowy. Nowe
nominacje muszą pokazać, że myśli o kraju, a nie o dominacji nad
Iksińskim. Donald Tusk ma bardzo ważne zadania do wykonania! Nie może
okazać się anty-Midasem – osiągając wymarzone przedłużenie władzy,
zamienia ją w glinę niemożności. Przez cztery lata w sposób świadomy nie
podejmował ważnych wyzwań modernizujących Polskę po to, żeby kumulować
kapitał, który pozwoli wygrać następne wybory. No i w momencie triumfu,
na samym początku poślizgnął się. To jest dramatyczne, bo pokazało całe
nieprzygotowanie aparatu władzy do rządzenia, czyli podejmowania
trudnych decyzji. Ale to w żadnym razie nie jest jeszcze klęska. Bardzo
dużo zależy od samego Tuska. Przyczynił się sam do powstania sytuacji, w
której jest samotny, nie mogąc na nikim polegać.