Pisarz Janusz Rudnicki w jednym z felietonów napisał o
Michale Rusinku z
udawaną niechęcią, że jest „jak tlen, to znaczy wszędzie". Powody,
by go nie
lubić, mają najzagorzalsi fani Szymborskiej. Jego przyjaciel,
scenograf Sebastian L. Kudas, ujmuje to tak: – Był osobą, która
stróżuje.
On sam był świadkiem, jak stolik, na który napierał
rozanielony chwilę wcześniej tłum, a za którym siedziała Szymborska,
przesunął się o pół metra. Więc na spotkaniach z czytelnikami Rusinek
nie odstępował poetki na krok. Wyjeżdżali razem na nieliczne wykłady,
odczyty, promocje książek, targi. Segregował pocztę, prośby o autografy,
podpisy na bombkach, wezwanie do pojedynku na wiersze, odrzucał prośby o
nadanie jej imienia szkołom (nie uważała tego za stosowne).
Poza
sekretarzowaniem miał też inne życie. – Jego praca ma wiele odnóg
–
wylicza Marta Konior z wydawnictwa Znak. – Autor, tłumacz, pracownik
naukowy. – Nie sądzę, żeby miał naturę jamochłona, żeby się powiesić na
sławnej osobie – dopowiada prof. Teresa Walas, literaturoznawczyni i
bliska znajoma Szymborskiej.
– Jest dostatecznie inteligentny.
Talent
miał ogromny zawsze: pisarski, językowy, swobodę mówienia. Praca dla
Wisławy była katapultą, która go wyrzuciła na ten wysoki horyzont.
Wisława Szymborska, w przeciwieństwie do Czesława Miłosza czy Ryszarda
Kapuścińskiego, którzy również mieli swoje sekretarki, niechętnie
występowała w mediach.
Udzielanie wywiadów ją mierziło,
wystarczy, że
dała jeden, w 1976 r. – i na ten przykład powoływała się w odmowach.
Wywiadów udzielał więc Rusinek. Pierwszy występ w telewizji był dość
stresujący. Prowadząca program „Kawa czy herbata?" dziennikarka tuż
przed wejściem na wizję poinstruowała go krótko: – Niech się pan nie
opiera, bo się pan zleje. Starał się więc nie zlać, ale kiedy zeszli z
wizji, nie wytrzymał. I zapytał, o co chodzi. Chodziło o to, żeby się
nie opierał o oparcie, bo się zleje z tłem.
Pan Szymborski
W roku 1996 u Wisławy Szymborskiej telefony się urywały. To było tuż po
tym, jak dostała Nobla. Kogoś do pomocy potrzebowała na gwałt. –
Wiedziałam, że musi to być mężczyzna, bo kobieta by się zaraz
sfraternizowała, a literatura pełna jest rozmaitych gospoś, które potem
dominują – mówi prof. Teresa Walas. – To musiał być ktoś młody,
odznaczający się wysoką kulturą osobistą, ogładą towarzyską, znający
przynajmniej jeden język obcy. Ktoś w pewien sposób staroświecki, kto
miałby jednak wszystkie zalety mężczyzny nowoczesnego.
Rusinka
znała,
jeszcze zanim zaczął studiować polonistykę. Znała jego rodziców – ojca
socjologa i matkę rusycystkę – i bywała u nich w domu. To ona poleciła
go noblistce i wskazała mu pierwsze zadanie: miał napisać instrukcję do
automatycznej sekretarki. Pierwsze zdanie instrukcji brzmiało: „Rano
budzimy się". – Potem już wiedziałam, że wszystko będzie dobrze
– śmieje
się prof. Walas. – To było jedno z najlepszych małżeństw, jakie udało mi
się wymyślić.
Oczywiście żartuje, ale faktem jest, że Rusinkowi zdarzało się
występować w roli „pana Szymborskiego".
Po przyznaniu poetce
Orderu Orła
Białego prezydent Bronisław Komorowski na kolację z noblistką w jej
ulubionej restauracji stawił się z małżonką, Szymborska przyszła z
Rusinkiem. Nigdy jednak nie przeszła na „ty" ze swoim sekretarzem,
choć
była na „ty" z jego dziećmi. Szefowa – jak się do niej
zwracał – zmarła
dzień po jego czterdziestych urodzinach – 1 lutego.
Chwilę
wcześniej
skończył pisać swoją habilitację, o retoryce obrazu. Z nerwów nabrał
rozpędu, bo z Szefową już od jakiegoś czasu nie było dobrze. Na
pogrzebie mówił powoli, wzruszająco, miejscami zabawnie, jakby
przemawianie do tysięcy ludzi było jedną z najbardziej naturalnych
spraw. Dopiero na koniec głos uwiązł mu w gardle. To przy poetce nabrał
tej pewności siebie. – Twierdzi, że musiał – mówi siostra Joanna
Rusinek, znakomita ilustratorka.
– Dzięki kindersztubie i
lekkiej
bezczelności na początku dał sobie radę. Bo jeszcze kiedy jechał z
Szymborską odbierać Nobla, całą rodziną zastanawialiśmy się, jaka jest
różnica między frakiem a smokingiem i od kogo to pożyczyć. Niektórych
może drażnić. Dobrze się wysławia, jest pewny siebie, sprawia wrażenie
prymusa.
Rafał Bryndal, satyryk, dziennikarz, mówi o nim z
mieszaniną
fascynacji i zakłopotania: – Ja czuję, że przy nim staję się lepszy,
jakbym się unosił. Staram się dbać, jak mówię, o czym mówię. Katarzyna
Kubisiowska, krakowska dziennikarka, potakuje: – To jest taki grzeczny
chłopiec. Ta forma go bardzo trzyma. Bryndal zastrzega jednak: – To nie
jest żadna poza z telewizji. On taki jest. A prof. Walas nie może wyjść
ze zdumienia: – Do tego doszło, że powstaje artykuł o Rusinku.
Przekleństwa i przekręty
Szymborska pytała kiedyś swojego sekretarza, do kogo są podobne jego
dzieci. Przyznał, że w zasadzie to do żony. – Niech się pan nie martwi
–
pocieszyła. – Dobre i to. To dzieci – twierdzi – nauczyły go
panowania
nad czasem. Zanim się pojawiły, nad krótkim artykułem potrafił pracować
rok.
Teraz, kiedy Natalia ma lat 12, a Kuba 8, właśnie skończył
pisać
libretto do opery dla dzieci, kończy podręcznik retoryki dla dzieci,
wydawnictwo Znak zamówiło jego wiersze zebrane (które musi napisać i
zebrać). Ma nadzieję, że namówi wydawnictwo na drugą turę tłumaczeń
wydanych właśnie absolutnie nonsensownych utworów Edwarda Goreya.
Najlepiej mu się pracuje w nocy. Żona śpi w ich sypialni po lewej. Nad
łóżkiem, w ramach zdjęcia ślubnego, wisi ilustracja do limeryku „Raz
pewna pani z Calacuccia/ rzekła: „Chybaż nie miała ócz ja, / wychodząc
za tak wstrętną świnię". Autorstwa siostry.
Rusinek swoją
przyszłą żonę
poznał, kiedy miał 17 lat. Ona była trzy lata starsza, studiowała
medycynę, pojawiła się i zniknęła na dzień przed sylwestrem. Mamie
opowiadał potem, że spotkał fascynującą kobietę z pomalowanymi na
czerwono paznokciami. To była Barbara. Zdobył jej numer telefonu i
słuchając muzyki poważnej, rozkochiwali się w sobie nawzajem. Dziś na
półce z płytami w salonie mają wszystkie kantaty Bacha i wszystkie płyty
Glenna Goulda.
Ślub wzięli przed Noblem, w kwietniu 1996 r. Już
po tym,
jak rozpętała się „tragedia sztokholmska", pojechali w podróż do
Turcji.
Prof. Teresa Walas przez dwa tygodnie zastępowała go zdalnie, ukrywając
przed Wisławą Szymborską, że nowy sekretarz wybył. Za plecami – po lewej
i prawej stronie schodów – pokoje mają dzieci Rusinków. Natalka w wieku
pięciu lat trafiła do katalogów Biblioteki Narodowej. Jako konsultantka
przekładu „Kiedy byliśmy bardzo młodzi" i „Mamy już sześć
lat” A.A.
Milne’a. W nocy Rusinek tłumaczył wierszyk albo dwa, a rano testował na
Natalii. – Jeśli było hehehe, wiedziałem, że dobry. Jeśli nie –
trzeba
było pracować dalej – wspomina. I dodaje, że tylko dzieci są w stanie
wyprowadzić go z równowagi do krzyku – krótkiego zresztą, po którym
potem ma wyrzuty sumienia.
Stał się specjalistą od tłumaczeń niegłupich książek dla dzieci, ale
napisał i swoje. „Jak przeklinać" i „Jak robić
przekręty" – oba w
podtytule to „podręczniki dla dzieci”, ale tak naprawdę są dla
dorosłych. Pierwsza stała się hitem już na etapie pomysłu.
Kiedy w
programie „Dzień dobry TVN" poprosił rodziców o nadsyłanie zwrotów
i
słów, jakimi przeklinają ich dzieci, w ciągu godziny dostał 4 tys.
odpowiedzi. Wśród nich: „Mordebrano!", „Do stu
toruniów!” czy „Kurza
pacha!”. Na kilkanaście języków przetłumaczono już jego „Małego
Chopina”, do którego rysunki wykonała Joanna Rusinek. W międzyczasie
– o
czym świadczy stosik magazynów nad sedesem – „dla podniesienia
poziomu
literackiego” pisywał wierszyki do „Playboya”.
Epitafia dla żyjących znajomych
Mniejsze formy również cieszą Michała Rusinka. Jadąc na konferencję
naukową w Poznaniu, przejeżdżał przez miejscowość Czacz. Był już lekko
spóźniony, docisnął gaz i nagrał na telefon, co mu przyszło do głowy:
„Pewną panią z wioski Czacz/posiadł kiedyś pewien tkacz./ Był to niezbyt
grzeczny gość:/ zniknął, kiedy miał już dość, / nie pisnąwszy, kto on
zacz". – Przy okazji różnych podróży to już była lawina limeryków
–
opowiada Joanna Rusinek.
– Raczej epidemia czy nawet sepsa
– poprawia
Michał młodszą siostrę. – Limerysta tym się różni od turysty, że mu
wystarczą nazwy miejscowości. Limeryki układa od czasów studenckich. Na
konferencjach naukowych w stanie skupienia wytrzymuje 15-17 minut, a
potem rozsyła limeryczne SMS-y do obecnych na sali kolegów i czeka na
reakcje. W limeryki obfitował wyjazd z żoną na Korsykę. – Miejscowości
mają tam cudowne końcówki! – zachwyca się szczerze.
Tę
sepsę ze
zrozumieniem podsycała Szymborska, bo często bardziej zachwycała się
nazwą miejscowości, z której dostała list, niż samym listem. Sebastian
L. Kudas poznał Rusinka w Nowej Prowincji, kawiarni Maryny i Grzegorza
Turnau. Przesiadywali osobno, zaczęli się sobie kłaniać, mówić „dzień
dobry", „cześć". A kiedy Rusinek, widząc pięć telefonów na
stoliku
Kudasa, zapytał: „Czy zajmuje się pan handlem telefonami?”, od
przyjaźni
nie było już odwrotu. W nieco powiększonym gronie zaczęli pisać epitafia
dla żyjących znajomych. Rusinek napisał dla Turnaua: „Umarł Grzegorz. I
cóż z tegoż?” (napisał też drugą wersję: „Umarł Grzegorz. I cóż my
bez
niegoż?”). Turnau z kolei (dla którego Rusinek pisał teksty):
„Zmarł
Rusinek Michał/Co dostarczał mi chał./A że chał tych wór miał,/ Został
spadek. Turnau”.
Bronisław Maj tak się rozkręcił, że
napisał sam dla
siebie. W ciągu pięciu lat niemal codziennej okupacji stolika w Nowej
Prowincji powstał też tom wierszy Gołoty („autentyczne", z
„oryginalną"
okładką wydawnictwa Ossolineum) w nakładzie 15 egzemplarzy (epitafia
wydali w 50).
Z Kudasem zaczęli też produkować antykartki
świąteczne z
życzeniami w stylu: „Są ludzie, którzy w Gwiazdę wierzą/ a inni –
w
sztuczne satelity. / Wszystkim życzymy przed Wieczerzą,/ żeby szczęśliwi
byli przy tym". Albo rysunkiem pana w cylindrze z przebitym od tyłu
sercem przez gwiazdę, który prowadzi za rączki dzieci z gwiazdami
wbitymi z kolei w główki. Kudas ostrzega: – Michał nawet kiedy mówi
kosmiczne absurdy i żarty, to śmiertelnie poważnie tym swoim niskim
głosem. Dla wydawcy Marty Konior ten głos brzmi wręcz erotycznie.
Nawet
kiedy mówi, że wyda antologię przecinków, ponieważ w historii literatury
polskiej zapisał się tym, że przez 15 lat pracy dla Szymborskiej wstawił
w jej wiersze może nawet kilkanaście przecinków. Albo kiedy bez
mrugnięcia okiem przyznaje, że tak, to on, Michał Rusinek, ceniony
pisarz, dramaturg, długoletni prezes PEN Clubu w Polsce (choć tamten
został pochowany w 2001 r. na Powązkach). – Michał ma taką uwodzicielką
powierzchowność – ocenia Kubisiowska. – Jest dżentelmenem. W dobie
powszechnego schamienia Michał jest po prostu grzecznym, kulturalnym
facetem.
Co pani jadła na lunch
Michał Rusinek w pewien sposób nie przestanie być sekretarzem
Szymborskiej. Testament poetki będzie otwarty pod koniec miesiąca.
Rusinek zdradza, że będzie on ustanawiał fundację im. Wisławy
Szymborskiej. Fundacja przejmie majątek, mieszkanie, zajmie się opieką
nad twórczością poetki, a również – ustanowi nagrodę jej imienia. W
zarządzie ma się znaleźć Rusinek.
O 15 latach sekretarzowania
poetce
napisze książkę, ale jeszcze nie teraz. Prowadził w tym czasie
dzienniki, które Szymborskiej we fragmentach czytał. – Zamiast się
zachwycać zabytkami, pan pisze, co pan jadł na lunch – oburzała się.
Odpowiadał: – Notowałem też, co jadła pani.
Dziękuję wydawnictwom Znak i Czarna Owca za tłumaczenia, limeryki i
książki Michała Rusinka.