Dali mi sto szekli (około 100 zł - red.), ale nie zrobiłem tego dla pieniędzy. Wiedziałem, że w nagrodę za zabicie Żydów pójdę do raju. Byłem dumny, że umrę śmiercią szahida - mówi mi Husam Abdu z Nablusu, którego zdjęcie z materiałem wybuchowym niedawno obiegło świat. Nie wygląda na 16 lat. Niski, szczupły, w za dużej kurtce wojskowej sprawia wrażenie przerażonego dzieciaka, zaskoczonego całym zamieszaniem.
REKLAMA
Jego droga do islamskiego raju prowadziła przez zaporę wojskową przy drodze wyjazdowej z Nablusu na Zachodnim Brzegu. Tam właśnie miał nacisnąć na guzik. W ostatniej chwili zawahał się i podniósł ręce. - Przestraszyłem się i pomyślałem o matce. Nie chciałem jej sprawić bólu - tłumaczy.
Abdu jest uczniem ósmej klasy szkoły imienia Osmana w Nablusie. Ma dwie siostry i czterech braci. Ojciec jest właścicielem supermarketu, matka prowadzi duży, pięciopokojowy dom. Chłopak uczy się średnio i raczej nie ma kolegów. - Może dlatego, że wolę komputer od piłki nożnej - opowiada.
- Chciałem być palestyńskim bohaterem, wszyscy chłopcy na osiedlu chcą być bohaterami. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, nie wykonując zadania - zastanawia się. Matka Husama Abdu nie kryje oburzenia. - Ci z organizacji powinni się wstydzić. Za kilka lat sama namawiałabym go, by poszedł umrzeć, ale na razie to przecież dziecko - mówi. Ojciec milczy i z gniewem macha ręką.
- Nie chce mówić, żeby się nie narazić Al-Fatah - wyjaśniają sąsiedzi. Jeden z nich, odwrócony tyłem do kamery izraelskich reporterów, opowiada, że w szkole, w której uczy się jego 15-letnia córka, nauczycielka namawiała uczennice, by brały przykład z chłopców. "My też chcemy uczestniczyć w dżihadzie. Nie jesteśmy gorsze od mężczyzn" - powtarzała.
Dziecięca krucjata islamu W ostatnich tygodniach palestyńskie organizacje terrorystyczne coraz częściej posługują się dziećmi. W połowie marca żołnierze izraelscy zatrzymali 10-letniego chłopca z obozu uchodźców Balata. Gdy jego dorośli "koledzy" z brygad Al-Aksa zauważyli, że został zatrzymany, próbowali zdetonować ładunek za pomocą sygnału z telefonu komórkowego. Na szczęście bomba nie wybuchła. Czy należy wysyłać dzieci na śmierć? - coraz częściej pytają Palestyńczycy.
Nawet w organizacjach terrorystycznych zdania są podzielone. Skrajni fundamentaliści islamscy wykazują większą ostrożność przy posługiwaniu się dziećmi, a świeckie organizacje, takie jak Al-Fatah, Tanzim czy brygady Al-Aksa, są pod tym względem o wiele bardziej "liberalne". Mustafa al-Awad, koordynator intifady w Tulkarem, mówi w rozmowie z "Wprost", że z punktu widzenia Palestyńczyków "dorosłym i dojrzałym jest ten, kto potrafi ocenić rzeczywistość i wyciągnąć właściwe wnioski". - Czy również wtedy, gdy ma 10 lub 12 lat? - Jeśli ma odpowiednią świadomość i umie zrobić z tego użytek, nie jest już dzieckiem, lecz człowiekiem w pełni dorosłym - słyszę. Innego zdania jest Asam Abdul Hadi, jeden z szefów Al-Fatah w Nablusie: - Dzieci powinny chodzić na karuzelę i bawić się w chowanego. W żadnym wypadku nie powinniśmy ich posyłać do akcji samobójczych. Jednocześnie musimy naszą młodzież wychowywać w duchu najwyższego patriotyzmu i poświęcenia.
W izraelskim aparacie obrony zwraca się uwagę, że Palestyńczycy zaczęli się posługiwać dziećmi za namową libańskich terrorystów z Hezbollahu. W ostatnim roku doszło do ścisłej współpracy między tą organizacją a brygadami Al-Aksa, Hamasem i Islamskim Dżihadem. Dzisiaj już wiadomo, że oficerowie operacyjni Hezbollahu przenieśli się do Gazy i na Zachodni Brzeg. Nie jest wykluczone, że niektórzy z nich są w rzeczywistości funkcjonariuszami irańskiego wywiadu wojskowego.
Od dłuższego czasu na terenach formalnie kontrolowanych przez Autonomię panuje anarchia. W warunkach izraelsko-palestyńskiej dwuwładzy wytworzyły się samodzielne enklawy, związane z fundamentalistami islamskimi lub z załamującymi się agendami Autonomii. Najczęściej ich lokalni przywódcy nie uznają nikogo i kierują się własnym widzimisię. Arafat i jego ludzie usiłują tłumaczyć, że za wysyłanie dzieci na śmierć odpowiedzialni są niezdyscyplinowani szefowie terenowych "band", ale przecież on (wspólnie z przywódcami skrajnych organizacji islamskich) ponosi odpowiedzialność za stworzenie edukacyjnej infrastruktury, która zrodziła model dziecka - świętego męczennika. We wszystkich palestyńskich przedszkolach dzieci bawią się plastikowymi karabinami, a wiersze nawołujące do dżihadu są recytowane przed zajęciami.
W podręcznikach szkolnych w Autonomii roi się od karykatur, których nie powstydziłby się hitlerowski "Der Stürmer". Jadowita propaganda antysemicka od lat jest integralną częścią narodowej indoktrynacji dorastającego Palestyńczyka. Nic więc dziwnego, że "zastępy młodocianych bojowników" są coraz liczniejsze.
Dzieci bomby
Dali mi sto szekli (około 100 zł - red.), ale nie
zrobiłem tego dla pieniędzy. Wiedziałem, że w nagrodę za zabicie Żydów
pójdę do raju. Byłem dumny, że umrę śmiercią szahida - mówi mi
Husam Abdu z Nablusu, którego zdjęcie z materiałem wybuchowym niedawno
obiegło świat. Nie wygląda na 16 lat. Niski, szczupły, w za dużej kurtce
wojskowej sprawia wrażenie przerażonego dzieciaka, zaskoczonego całym
zamieszaniem.
Jego droga do islamskiego raju prowadziła przez zaporę
wojskową przy drodze wyjazdowej z Nablusu na Zachodnim Brzegu. Tam właśnie miał
nacisnąć na guzik. W ostatniej chwili zawahał się i podniósł ręce. -
Przestraszyłem się i pomyślałem o matce. Nie chciałem jej sprawić bólu -
tłumaczy.
Abdu jest uczniem ósmej klasy szkoły imienia Osmana w
Nablusie. Ma dwie siostry i czterech braci. Ojciec jest właścicielem
supermarketu, matka prowadzi duży, pięciopokojowy dom. Chłopak uczy się średnio
i raczej nie ma kolegów. - Może dlatego, że wolę komputer od piłki nożnej
- opowiada.
- Chciałem być palestyńskim bohaterem, wszyscy chłopcy na
osiedlu chcą być bohaterami. Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, nie wykonując
zadania - zastanawia się. Matka Husama Abdu nie kryje oburzenia. - Ci z
organizacji powinni się wstydzić. Za kilka lat sama namawiałabym go, by poszedł
umrzeć, ale na razie to przecież dziecko - mówi. Ojciec milczy i z
gniewem macha ręką.
- Nie chce mówić, żeby się nie narazić Al-Fatah
- wyjaśniają sąsiedzi. Jeden z nich, odwrócony tyłem do kamery
izraelskich reporterów, opowiada, że w szkole, w której uczy się
jego 15-letnia córka, nauczycielka namawiała uczennice, by brały przykład
z chłopców. "My też chcemy uczestniczyć w dżihadzie. Nie jesteśmy
gorsze od mężczyzn" - powtarzała.
Dziecięca krucjata
islamu
W ostatnich tygodniach palestyńskie organizacje
terrorystyczne coraz częściej posługują się dziećmi. W połowie marca żołnierze
izraelscy zatrzymali 10-letniego chłopca z obozu uchodźców Balata. Gdy
jego dorośli "koledzy" z brygad Al-Aksa zauważyli, że został
zatrzymany, próbowali zdetonować ładunek za pomocą sygnału z telefonu
komórkowego. Na szczęście bomba nie wybuchła. Czy należy wysyłać dzieci
na śmierć? - coraz częściej pytają Palestyńczycy.
Nawet w organizacjach
terrorystycznych zdania są podzielone. Skrajni fundamentaliści islamscy wykazują
większą ostrożność przy posługiwaniu się dziećmi, a świeckie organizacje, takie
jak Al-Fatah, Tanzim czy brygady Al-Aksa, są pod tym względem o wiele bardziej
"liberalne". Mustafa al-Awad, koordynator intifady w Tulkarem,
mówi w rozmowie z "Wprost", że z punktu widzenia
Palestyńczyków "dorosłym i dojrzałym jest ten, kto potrafi ocenić
rzeczywistość i wyciągnąć właściwe wnioski". - Czy również wtedy,
gdy ma 10 lub 12 lat? - Jeśli ma odpowiednią świadomość i umie zrobić z tego
użytek, nie jest już dzieckiem, lecz człowiekiem w pełni dorosłym - słyszę.
Innego zdania jest Asam Abdul Hadi, jeden z szefów Al-Fatah w Nablusie: -
Dzieci powinny chodzić na karuzelę i bawić się w chowanego. W żadnym wypadku nie
powinniśmy ich posyłać do akcji samobójczych. Jednocześnie musimy naszą
młodzież wychowywać w duchu najwyższego patriotyzmu i poświęcenia.
W
izraelskim aparacie obrony zwraca się uwagę, że Palestyńczycy zaczęli się
posługiwać dziećmi za namową libańskich terrorystów z Hezbollahu. W
ostatnim roku doszło do ścisłej współpracy między tą organizacją a
brygadami Al-Aksa, Hamasem i Islamskim Dżihadem. Dzisiaj już wiadomo, że
oficerowie operacyjni Hezbollahu przenieśli się do Gazy i na Zachodni Brzeg. Nie
jest wykluczone, że niektórzy z nich są w rzeczywistości
funkcjonariuszami irańskiego wywiadu wojskowego.
Od dłuższego czasu na
terenach formalnie kontrolowanych przez Autonomię panuje anarchia. W warunkach
izraelsko-palestyńskiej dwuwładzy wytworzyły się samodzielne enklawy, związane z
fundamentalistami islamskimi lub z załamującymi się agendami Autonomii.
Najczęściej ich lokalni przywódcy nie uznają nikogo i kierują się własnym
widzimisię. Arafat i jego ludzie usiłują tłumaczyć, że za wysyłanie dzieci na
śmierć odpowiedzialni są niezdyscyplinowani szefowie terenowych
"band", ale przecież on (wspólnie z przywódcami
skrajnych organizacji islamskich) ponosi odpowiedzialność za stworzenie
edukacyjnej infrastruktury, która zrodziła model dziecka - świętego
męczennika. We wszystkich palestyńskich przedszkolach dzieci bawią się
plastikowymi karabinami, a wiersze nawołujące do dżihadu są recytowane przed
zajęciami.
W podręcznikach szkolnych w Autonomii roi się od karykatur,
których nie powstydziłby się hitlerowski "Der Stürmer".
Jadowita propaganda antysemicka od lat jest integralną częścią narodowej
indoktrynacji dorastającego Palestyńczyka. Nic więc dziwnego, że "zastępy
młodocianych bojowników" są coraz liczniejsze.
Za Izraela byŁo lepiej...
Na bazarach Ramalli, Hebronu
i Kalkilii drobni kupcy i sklepikarze głośno mówią, że pod władzą
izraelską żyło im się lepiej. - Była okupacja, ale panował porządek i ludzie
mogli zarobić na chleb. Nie kochaliśmy was, ale jakoś się żyło - wspomina z
nostalgią Ali Bodejda, właściciel znanej kafejki we wschodniej Jerozolimie.
Kafejka od dawna świeci pustkami, podobnie jak okoliczne sklepy.
Takie
opinie brzmią zachęcająco w uszach wielu oficerów izraelskiej
administracji wojskowej na okupowanych terenach. - Mamy nadzieję, że już
wkrótce pojawią się iskierki buntu przeciwko Arafatowi, Hamasowi i tym
wszystkim, którzy uprawiają i popierają terror - mówi generał
Jom-Tov Samia, były dowódca garnizonu Gazy.
Po śmierci szejka
Jasina, duchowego przywódcy Hamasu, jego następcy będą skłonni posługiwać
się dziećmi na większą skalę niż dotychczas. Miarodajne źródła
palestyńskie poinformowały niedawno, że hamasowcy zwrócili się do
egipskiego szejka Kardoaja, uważanego za najwyższy autorytet religijny
wśród skrajnych fundamentalistów islamskich, o wydanie
odpowiedniego orzeczenia w tej sprawie. Kardoaj, postrach świeckich
reżimów arabskich, od lat przebywający na emigracji w Katarze,
kilkakrotnie twierdził, że zarówno kobiety, jak i dzieci mają prawo
uczestniczyć w dżihadzie. Sam Jasin, mimo że nieraz wysyłał kobiety i dzieci na
samobójczą śmierć, nigdy nie wydał na ten temat orzeczenia opartego na
Koranie.
"Usprawiedliwiona walka przeciw okupacji coraz częściej
wymyka się spod kontroli" - pisała ostatnio wschodniojerozolimska
popołudniówka, nieoficjalny organ centralnego nurtu Al-Fatah. To samo
miała pewnie na myśli grupa młodych działaczy palestyńskich, która w
liście otwartym wezwała do natychmiastowego zaprzestania akcji terrorystycznych
i zamachów samobójczych. Wśród sygnatariuszy tego
niezwykłego apelu znaleźli się między innymi deputowana Hanan Aszrawi, profesor
Seri Nusejba i były burmistrz Nablusu. Nie mniej zaniepokojony jest Abu Ala,
premier Autonomii, który nieoczekiwanie poparł izraelski plan w sprawie
odwrotu ze Strefy Gazy. - Popełniamy błędy, które Izrael wykorzystuje
przeciwko nam samym - mówił kilka dni temu podczas spotkania w Gazie.
W tych dniach Izrael obchodzi jedno z największych świąt żydowskich - Pesach.
W dowództwie centralnego okręgu wojskowego wydano rozkazy, aby przy
zaporach i przejściach zwracano szczególną uwagę na dzieci. Nie jest
tajemnicą, że od czasu likwidacji szejka Jasina organizacje palestyńskie
prześcigają się w pozyskiwaniu kandydatów na samobójców.
Jest bardziej niż prawdopodobne, że wśród kolejnych żywych bomb znajdą
się dzieci, dla których obiecany raj pełen pięknych dziewic jest znacznie
bardziej atrakcyjny niż ława szkolna.