Polski - zakazany Po czterech miesiącach całkowitego braku kontaktu ojca z dziećmi hamburski sąd rodzinny zezwolił Pomorskiemu na spotkania z córkami raz na dwa tygodnie przez dwie godziny, ale tylko pod nadzorem osoby delegowanej przez Urząd ds. Młodzieży (Jugendamt) i pod warunkiem, że nie będzie rozmawiał z córkami po polsku. - Gdy się temu sprzeciwiłem, urzędnik Martin Schröder zwymyślał mnie, zaznaczając, że jeśli będę się upierał, mogę w ogóle nie zobaczyć córek. Nie zgodził się nawet na rozwiązanie połowiczne - żeby rozmowy odbywały się w obu językach. Sprawa Pomorskiego znalazła się na biurku adwokata. Mimo jego interwencji Jugendamt podtrzymał decyzję. W uzasadnieniu napisano: "Wymóg języka niemieckiego może być dla dzieci jedynie korzystny, gdyż wyrastają w tym kraju i tu chodzą do szkół".
REKLAMA
- To jakiś absurd - mówi Amelia Barrera, doświadczony psycholog Iaf (Verband Binationaler Familien und Partnerschaften), związku zajmującego się problemami rodzin mieszanych. - Do takiego postępowania nie ma podstaw prawnych i nie może być mowy o "dobru dziecka", jak napisał Jugendamt. Badania naukowe dowodzą, że dzieci z rodzin dwujęzycznych szybciej się uczą i lepiej rozwijają, mają szersze horyzonty niż ich rówieśnicy wychowywani w jednym języku i w jednej kulturze - argumentuje Barrera. Iaf zaproponował wsparcie tłumacza, który pomógłby pracownikowi Jugendamt w sporządzaniu raportów ze spotkań Pomorskiego z córkami. I ta oferta została odrzucona. Jak poinformowała ostatnio hamburska prasa, "z powodu oszczędności" filia Iaf zostanie wkrótce zamknięta. A organizacja ta jest jedyną, która pomaga mieszanym rodzinom w załatwianiu urzędowych czy sądowych spraw. Na porady czterech specjalistów Iaf czeka kolejka zainteresowanych - najbliższy wolny termin jest za miesiąc. - Jak widać, nasza działalność jest niewygodna, bo z pewnością nie można mówić o braku zapotrzebowania na nią czy o wielkich wydatkach - uważa Barrera. Niemiecki brak wyczucia Ralph-Dieter Briel, hamburski adwokat reprezentujący interesy Pomorskiego, też wie, że przypadek jego klienta nie jest odosobniony. Według Briela i specjalistów Iaf, podobne problemy przeżywają tysiące ludzi obcego pochodzenia w RFN, nie tylko Polacy. Briel zaznacza jednak, że jego zdaniem, zakaz rozmowy ojca z córkami w języku ojczystym "nie jest demonstracją polityczną", lecz "raczej przejawem braku wyczucia". Wojciech Pomorski ma na ten temat swoje zdanie: - To nowa forma Lebensborn. Niemiecki urząd dba, abym nie wywierał na dzieci "negatywnego wpływu". Już ponad rok nie widziałem moich córek. Czuję, że tracę z nimi kontakt, i o to zapewne chodzi. Pomorski łączy swe problemy z tym, że jest prezesem Nowego Związku Polaków w Niemczech. Martin Schröder z hamburskiego Jugendamt, który prowadzi jego sprawę, ucina rozmowę. - Nie mam nic do dodania. Decyzję wydałem, opierając się na odpowiednim orzeczeniu. Pan Pomorski jej nie akceptuje, złożył odwołanie i dowie się o postanowieniu w stosownym terminie - oświadczył "Wprost". Na udzielenie odpowiedzi Jugendamt rezerwuje sobie sześć miesięcy.
Polnisch verboten!
Polski - zakazany Po czterech
miesiącach całkowitego braku kontaktu ojca z dziećmi hamburski sąd rodzinny
zezwolił Pomorskiemu na spotkania z córkami raz na dwa tygodnie przez
dwie godziny, ale tylko pod nadzorem osoby delegowanej przez Urząd ds. Młodzieży
(Jugendamt) i pod warunkiem, że nie będzie rozmawiał z córkami po polsku.
- Gdy się temu sprzeciwiłem, urzędnik Martin Schröder zwymyślał mnie,
zaznaczając, że jeśli będę się upierał, mogę w ogóle nie zobaczyć
córek. Nie zgodził się nawet na rozwiązanie połowiczne - żeby rozmowy
odbywały się w obu językach. Sprawa Pomorskiego znalazła się na biurku adwokata.
Mimo jego interwencji Jugendamt podtrzymał decyzję. W uzasadnieniu napisano:
"Wymóg języka niemieckiego może być dla dzieci jedynie korzystny,
gdyż wyrastają w tym kraju i tu chodzą do szkół". - To jakiś
absurd - mówi Amelia Barrera, doświadczony psycholog Iaf (Verband
Binationaler Familien und Partnerschaften), związku zajmującego się problemami
rodzin mieszanych. - Do takiego postępowania nie ma podstaw prawnych i nie może
być mowy o "dobru dziecka", jak napisał Jugendamt. Badania naukowe
dowodzą, że dzieci z rodzin dwujęzycznych szybciej się uczą i lepiej rozwijają,
mają szersze horyzonty niż ich rówieśnicy wychowywani w jednym języku i w
jednej kulturze - argumentuje Barrera. Iaf zaproponował wsparcie tłumacza,
który pomógłby pracownikowi Jugendamt w sporządzaniu
raportów ze spotkań Pomorskiego z córkami. I ta oferta została
odrzucona. Jak poinformowała ostatnio hamburska prasa, "z powodu
oszczędności" filia Iaf zostanie wkrótce zamknięta. A organizacja ta
jest jedyną, która pomaga mieszanym rodzinom w załatwianiu urzędowych czy
sądowych spraw. Na porady czterech specjalistów Iaf czeka kolejka
zainteresowanych - najbliższy wolny termin jest za miesiąc. - Jak widać, nasza
działalność jest niewygodna, bo z pewnością nie można mówić o braku
zapotrzebowania na nią czy o wielkich wydatkach - uważa Barrera. Niemiecki brak wyczucia Ralph-Dieter Briel, hamburski
adwokat reprezentujący interesy Pomorskiego, też wie, że przypadek jego klienta
nie jest odosobniony. Według Briela i specjalistów Iaf, podobne problemy
przeżywają tysiące ludzi obcego pochodzenia w RFN, nie tylko Polacy. Briel
zaznacza jednak, że jego zdaniem, zakaz rozmowy ojca z córkami w języku
ojczystym "nie jest demonstracją polityczną", lecz "raczej
przejawem braku wyczucia". Wojciech Pomorski ma na ten temat swoje zdanie:
- To nowa forma Lebensborn. Niemiecki urząd dba, abym nie wywierał na dzieci
"negatywnego wpływu". Już ponad rok nie widziałem moich córek.
Czuję, że tracę z nimi kontakt, i o to zapewne chodzi. Pomorski łączy swe
problemy z tym, że jest prezesem Nowego Związku Polaków w Niemczech.
Martin Schröder z hamburskiego Jugendamt, który prowadzi jego
sprawę, ucina rozmowę. - Nie mam nic do dodania. Decyzję wydałem, opierając się
na odpowiednim orzeczeniu. Pan Pomorski jej nie akceptuje, złożył odwołanie i
dowie się o postanowieniu w stosownym terminie - oświadczył "Wprost".
Na udzielenie odpowiedzi Jugendamt rezerwuje sobie sześć miesięcy. Polska małpa Mirosław Kraszewski, 52-letni lekarz
radiolog, pochodzi z Łodzi. W Niemczech żyje od 1981 r., ale nie przyjął
niemieckiego obywatelstwa. Niemka Andrea, jego była żona, pracowała jako
pielęgniarka w tym samym szpitalu w Gütersloh. Małżeństwo rozpadło się w
2000 r. Ich siedmioletni syn Filip ma dwa paszporty. Kraszewskiemu przyznano
prawo widywania chłopca raz na dwa tygodnie, z zastrzeżeniem, że musi rozmawiać
z nim po niemiecku. - Zdaniem sędzi, język polski odbije się negatywnie na
wychowaniu chłopca - mówi zdesperowany ojciec. Kraszewski nie zastosował
się do jej zakazu i odmówił podpisania zobowiązania. - Niestety, moja
żona uległa presji rodziny, żeby "nie robiła z Filipa polskiej małpy".
Gdy syn jej oświadczył, że nadal będzie ze mną rozmawiał po polsku, uderzyła go
w twarz. Ona ma za sobą niemiecki sąd i Jugendamt, ja jestem sam. Gehenna
Kraszewskiego trwa cztery lata. Przed pierwszym spotkaniem z dzieckiem pouczono
go, że nie może pytać syna o wyniki w szkole ani nawet o samopoczucie.
Kraszewski szukał pomocy w Kościele, redakcjach gazet oraz ministerstwach
sprawiedliwości i oświaty. Bezskutecznie. Matka pod różnymi pretekstami
odwoływała spotkania. W 2000 r. Kraszewski spędził z synem 25 godzin, w 2001 r.
- 4 godziny, w 2002 r. - 3 godziny, a w ubiegłym roku już tylko 5 minut, w dniu
urodzin Filipa. "Niekooperatywna postawa" Kraszewskiego spowodowała,
że półtora roku temu sąd zakazał mu spotkań z dzieckiem. Jak orzeczono,
ojciec przyczynił się do "konfliktu lojalności syna wobec matki". Na
wołający o pomoc list do federalnej minister sprawiedliwości Niemiec Brigitte
Zypries Kraszewski otrzymał odpowiedź podpisaną przez dr. Schomburga, że
"rozumie jego trudną sytuację", ale "nie może nic zrobić, bo
zgodnie z konstytucjonalnym porządkiem prawnym sądy w Niemczech są
niezależne". Mirosław Kraszewski nie wie, czy kiedykolwiek jeszcze
zobaczy syna. - Ostatni raz spotkaliśmy się osiem miesięcy temu, w obecności
psycholog Christy Klitschmüller. Filip oświadczył jej wtedy, że chce się ze
mną widywać i chce rozmawiać po polsku. Potem dowiedziałem się z jej protokołu,
jakoby syn przedstawił taką prośbę pod moją presją. Innymi słowy, syn ma być
Niemcem i ma się odciąć od wszystkiego, co polskie, ze mną włącznie. Cóż
to byłby za skandal, gdyby polskim Niemcom na Śląsku zabroniono rozmawiać z
dziećmi po niemiecku - mówi z rezygnacją Kraszewski. Polak Polakowi Niemcem Dr Piotr Borowiec pracował w
szpitalu w Schwedt. Był ordynatorem. Kilka miesięcy temu zrezygnował i wyjechał
do Francji. - Miałem wrażenie, że tam historia zatrzymała się w 1933 r. Niemcom
trzeba zmiany kilku pokoleń, by zyskali stopień tolerancji innych narodów
- komentuje. Już po wyjeździe Borowca z RFN administracja jego szpitala dała
polskim lekarzom do podpisania nakaz rozmawiania wyłącznie po niemiecku. Jak
przypomniano, "klinika jest niemiecka", "językiem obowiązującym
jest niemiecki", a "wszystkich pracowników zobowiązuje się do
meldowania kierownictwu o ewentualnych wykroczeniach". "Zarządzenie ma
również moc obowiązującą wobec kontaktów między pracownikami.
Niezależnie od ich języka ojczystego również podczas nieobecności
pacjentów zobowiązani są rozmawiać między sobą po niemiecku".
Wybuchł skandal. Dr Janusz Rudziński, szef Kliniki Ginekologii w Schwedt, gdzie
sześciu z siedmiu pracujących lekarzy to Polacy, "dla dobra szpitala"
nie chce o tym mówić. W chwili przygotowywania tego tekstu do druku
dyrekcja uznała swe rozporządzenie za niebyłe. Nie zmienia to jednak faktu, że
zapis polsko-niemieckiego traktatu, zakazujący "jakiejkolwiek próby
asymilacji wbrew woli", jest w wielu wypadkach martwą literą.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|