Czarnobylska strefa mitów

Czarnobylska strefa mitów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Trzydziestokilometrową zonę wokół czarnobylskiej elektrowni atomowej, otoczoną płotem i drutem kolczastym, często opisuje się jako poatomowe piekło, gdzie człowiek może tylko krótko przebywać, a żyjące tam zwierzęta pod wpływem promieniowania dawno już przekształciły się w potworne mutanty. W rzeczywistości w strefie pracuje i ma się całkiem dobrze 10 tys. ludzi, a zwierząt, które nie wyglądają na mutanty, jest tak dużo, że kłusownicy z całej Ukrainy próbują sforsować druty kolczaste oddzielające zonę od reszty świata. Dlatego dopiero podróżując po "zakazanej strefie", można na własne oczy zobaczyć, jak zmitologizowana została katastrofa czarnobylska. Zdemaskowaliśmy ten mit we "Wprost" w styczniu 2001 r. w tekście "Czarnobyl - największy blef XX wieku", w którym powołaliśmy się między innymi na najnowszy raport Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego. Sensacja, jaką wzbudziły przytoczone przez nas dane, najlepiej świadczy o tym, ile bzdur napisano na temat czarnobylskiej katastrofy w ostatnich piętnastu latach.

Promieniowanie jak w samolocie
- Nie liczcie państwo na to, że uda się wam zobaczyć ludzi z dwiema głowami albo zmutowane dziki wielkości słoni - powitał nas Siergiej Pawłowski, naczelnik oddziału spraw wewnętrznych czarnobylskiej Elektrowni Atomowej im. W. I. Lenina, nasz przewodnik po zonie. - Nie martwcie się również, że przebywanie w zamkniętej strefie może być dla waszych organizmów szkodliwe. Będziecie narażeni na taką dawkę promieniowania jonizującego, jaką pochłaniają pasażerowie samolotu lecącego z Warszawy do Kijowa na wysokości dziesięciu kilometrów, gdzie dociera trochę więcej promieniowania kosmicznego niż do powierzchni ziemi - oświadczył na wstępie Pawłowski. - Każdy otrzyma zresztą na czas pobytu w elektrowni dozymetr, a po jego odczytaniu wyślemy zaświadczenia informujące, jaką pochłonął dawkę promieniowania.
Jak silne jest promieniowanie w zamkniętej strefie, mogliśmy się przekonać już znacznie wcześniej. Naukowcy z Politechniki Warszawskiej, z którymi wjechałem do zony, zabrali bowiem z sobą własne aparaty pomiarowe. Pierwszy raz użyli ich jeszcze w Warszawie przed Instytutem Techniki Cieplnej Politechniki Warszawskiej przy ulicy Nowowiejskiej. Wynik - 0,25 mGy/h (mikrogreja na godzinę). Kolejny raz badamy dawkę promieniowania przed hotelem w Kijowie - 0,6 mGy/h. Co zaskakujące, licznik tyle samo wskazuje na terenie elektrowni, natomiast nieznacznie promieniowanie rośnie w pobliżu wyłączonych reaktorów. Najciekawiej pomiar przebiega na tarasie widokowym znajdującym się około 200 metrów od zniszczonego wybuchem czwartego reaktora (tzw. sarkofag). Przyrząd wyraźnie pokazuje 1,3 mGy/h. To dawka trzy razy mniejsza od tej, w jakiej może pracować personel elektrowni atomowej. O zagrożeniu dla zdrowia nie ma w ogóle mowy - niebezpieczne dawki zaczynają się od 2 Gy/h, a więc poziomu 1500 razy większego od tego, który zarejestrowaliśmy w pobliżu "sarkofagu".

Życie w zakazanej strefie
Najlepszy dowód na to, że w rejonie elektrowni nie ma zagrożenia dla życia, stanowi 10 tys. ludzi pracujących na co dzień w zonie. Ich zadaniem jest zabezpieczenie wyłączonej w grudniu ubiegłego roku siłowni oraz zamkniętego terenu. Część z nich żyje nawet w mieszkaniach wysiedlonych ludzi w znajdującym się 10 kilometrów od elektrowni miasteczku Czarnobyl. Nikt nie stwierdził, żeby chorowali bardziej niż na przykład mieszkańcy Krymu. To samo dotyczy tysiąca ludzi, głównie starszych osób, którzy wbrew zakazom wrócili do swoich opuszczonych wsi w zonie. Żyją tam normalnie, a nawet uprawiają przydomowe ogródki.
Gdzie w takim razie podziało się zabójcze promieniowanie? Bardzo silnie skażonych jest tylko kilka plam w zonie - w sumie jest to niewiele ponad pół kilometra kwadratowego. Nie można więc mówić o tym, że cała zamknięta strefa o powierzchni 30 km2 jest silnie skażona. W większej jej części mogliby spokojnie mieszkać ludzie. Zresztą tuż po katastrofie naukowcy rosyjscy przestrzegali, że akcja wysiedlenia 130 tys. osób została podjęta pochopnie i spowodowała większe nieszczęścia niż promieniowanie ze zniszczonego reaktora. Mieszkańcy, którzy musieli się spakować w ciągu 24 godzin, utracili dorobek swojego życia. Związany z tym stres, a w jego następstwie choroby nerwowe są jedynym oprócz zwiększonej liczby zachorowań na raka tarczycy skutkiem zdrowotnym czarnobylskiej katastrofy.

Prypeć, czyli rozkradzione miasto
Jak wielką tragedią było przymusowe wysiedlenie ludzi, zdaliśmy sobie sprawę, przejeżdżając przez wymarłe miasto Prypeć, położone trzy kilometry od siłowni jądrowej. Zbudowano je w 1970 r. na potrzeby tworzonej wtedy elektrowni. Przed katastrofą mieszkało w nim 50 tys. ludzi. Teraz miasto robi przygnębiające wrażenie - puste domy z powybijanymi szybami i chodniki pozarastane drzewami. - Zniszczeń nie dokonało tu promieniowanie, ale ludzie, którzy mimo zamknięcia strefy w ciągu kilku lat rozszabrowali dobytek pozostawiony przez wysiedlonych - opowiada Siergiej Pawłowski. W domach pozostało mnóstwo sprzętów, a w garażach - samochody. Teraz pewnie jeszcze wiele z nich jeździ po drogach Ukrainy. Poziom promieniowania w Prypeci jest co prawda mniejszy niż na przykład w niektórych rejonach Szwecji (gdzie skały zawierają większą ilość pierwiastków promieniotwórczych, ale normalnie żyją tam ludzie), lecz budynki nie były konserwowane, należałoby więc je wyburzyć i zbudować miasto od nowa. Na to nikt się raczej nie zdecyduje. Podtrzymywanie mitu czarnobylskiego zapewnia Ukrainie i Białorusi międzynarodową pomoc. Poza tym nikt nie odważy się odebrać prawie trzech milionów rent przyznanych "ofiarom katastrofy". Ludzie wierzą, że to promieniowanie zniszczyło im życie, a nie błędne decyzje.
Pewien postęp udało się jednak odnotować. Na kwietniowej sesji Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego, która odbyła się w Wiedniu, pojawili się przedstawiciele Rosji i Białorusi. Zgodzili się oni z szokującymi dla wyznawców czarnobylskiego mitu ustaleniami zawartymi w raporcie UNSCEAR 2000, które zaprezentowaliśmy w naszym tekście "Czarnobyl - największy blef XX wieku".

Dochodowy mit
W wypowiedziach polityków ukraińskich w piętnastą rocznicę katastrofy nadal można było jednak znaleźć informacje o tym, że wśród likwidatorów jej skutków obserwuje się więcej zachorowań na różne odmiany raka złośliwego, a stan zdrowotny ludności z terenów skażonych ciągle się pogarsza. Także niektórzy białoruscy "eksperci" twierdzili, że jeszcze wnuki dzisiejszych mieszkańców Białorusi będą umierać z powodu zmian genetycznych.
- Trudno się dziwić tym bredniom - mówi dr Marek Rabiński z Instytutu Problemów Jądrowych, który do zakazanej strefy wjechał już po raz drugi. - Pomoc zagraniczna związana z katastrofą czarnobylską stanowi kilka procent dochodu narodowego Białorusi, dlatego mit Czarnobyla będzie w tym kraju za wszelką cenę podtrzymywany. Robiono to zresztą niemal od początku. Jedna z pierwszych międzynarodowych delegacji udająca się na tereny skażone, w której znaleźli się polscy naukowcy, musiała wysłuchać opowieści o pojawieniu się na skutek promieniowania kur półtorametrowej wysokości.
O tym, co napędza czarnobylski mit, można się przekonać, przejeżdżając przez ukraińskie wsie i miasteczka położone z dala od wielkich miast - Kijowa, Lwowa czy Odessy. Nie jest to wcale antyatomowe lobby, ale wyzierająca z szarych blokowisk i drewnianych wiejskich domków bieda i beznadzieja.


Więcej możesz przeczytać w 20/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.