Współczesne Niemcy osiągnęły to, co zakładali stratedzy III Rzeszy, wywołując wojnę
Niemcy nie przegrały II wojny światowej. To wniosek, jaki narzuca się po ekonomiczno-politycznej analizie wydarzeń z lat 1939-1945. Wojna, a następnie kontrolowany przez Berlin proces likwidacji jej skutków, były jedną z dróg, które doprowadziły RFN do klubu mocarstw dzisiejszego świata.
REKLAMA
Wersalska lekcja Wojna nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do osiągnięcia celu politycznego. Jak mawiał Carl von Clausewitz, niemiecki generał, stanowi ona przedłużenie dyplomacji. Również II wojna światowa, wbrew obiegowej opinii, nie była wywołana przez zbrodniczego szaleńca, ale była środkiem, który miał zapewnić Niemcom dobrobyt i światowe przywództwo. I stało się tak, aczkolwiek później niż zakładali stratedzy III Rzeszy. Ponad 60 lat po zakończeniu wojny Niemcy są znów podmiotem rozdającym karty w światowych grach i gospodarczą potęgą. Powojenny sukces zawdzięczają nie tylko planowi Marshalla czy zimnej wojnie, dzięki której z wroga stały się niezbędnym partnerem Zachodu w konfrontacji z Sowietami. Korzenie „cudu gospodarczego" tkwią bezpośrednio w wojnie, która umożliwiła Niemcom ekonomiczne wyssanie podbitych krajów. Po militarnej klęsce wystarczyło już tylko umiejętnie uciec od obowiązku odszkodowawczego. W Polsce dziś mało kto zdaje sobie z tego sprawę, że nawet obecnie budżet RFN osiąga wpływy bezpośrednio związane z wojną. W 1914 r. Niemcy były pierwszym mocarstwem gospodarczym w Europie. Prowadzenie wojny na własny koszt przekroczyło jednak ich możliwości. Na dodatek w Wersalu zwycięzcy nałożyli na Berlin ogromne reparacje i klęska militarna pociągnęła za sobą gospodarczą plajtę. Wojna w latach 1914-1918 w świadomości przeciętnego Niemca kojarzyła się z głodem i inflacją. Hitler dobrze odrobił lekcję Wersalu. Wiedział, że sukces polityczny zapewni mu dobrobyt obywateli. Poparcie społeczne na poziomie ponad 95 proc. zbudował na obietnicach ekonomicznych i socjalnych, które – co ważne – spełniał. Dlatego długo przed 1 września 1939 r. Berlin wydatkował pieniądze akonto przyszłego łupu. Potem na podbite kraje nakładano ogromne koszty okupacyjne, rabowano miliony ton artykułów spożywczych dla wojska, manipulowano wartością walut czy grabiono mienie państwowe i prywatne. W gospodarce zatrudniono robotników przymusowych. W efekcie Niemcy nagle się wzbogacili. Z ich perspektywy Rzesza stała się doskonałym państwem opiekuńczym. Nieważne, że działo się to kosztem zbrodni, jakich nie widział wcześniej świat.
Współczesne Niemcy osiągnęły to, co zakładali stratedzy
III Rzeszy, wywołując wojnę
Niemcy nie przegrały II wojny światowej. To wniosek,
jaki narzuca się po ekonomiczno-politycznej analizie wydarzeń z lat 1939-1945.
Wojna, a następnie kontrolowany przez Berlin proces likwidacji jej skutków, były
jedną z dróg, które doprowadziły RFN do klubu mocarstw dzisiejszego świata.
Wersalska
lekcja Wojna nie jest celem samym w sobie, ale środkiem do
osiągnięcia celu politycznego. Jak mawiał Carl von Clausewitz, niemiecki
generał, stanowi ona przedłużenie dyplomacji. Również II wojna światowa, wbrew
obiegowej opinii, nie była wywołana przez zbrodniczego szaleńca, ale była
środkiem, który miał zapewnić Niemcom dobrobyt i światowe przywództwo. I stało
się tak, aczkolwiek później niż zakładali stratedzy III Rzeszy. Ponad 60
lat po zakończeniu wojny Niemcy są znów podmiotem rozdającym karty w światowych
grach i gospodarczą potęgą. Powojenny sukces zawdzięczają nie tylko planowi
Marshalla czy zimnej wojnie, dzięki której z wroga stały się niezbędnym
partnerem Zachodu w konfrontacji z Sowietami. Korzenie „cudu
gospodarczego" tkwią bezpośrednio w wojnie, która umożliwiła Niemcom
ekonomiczne wyssanie podbitych krajów. Po militarnej klęsce wystarczyło już
tylko umiejętnie uciec od obowiązku odszkodowawczego. W Polsce dziś mało kto
zdaje sobie z tego sprawę, że nawet obecnie budżet RFN osiąga wpływy
bezpośrednio związane z wojną. W 1914 r. Niemcy były pierwszym mocarstwem
gospodarczym w Europie. Prowadzenie wojny na własny koszt przekroczyło jednak
ich możliwości. Na dodatek w Wersalu zwycięzcy nałożyli na Berlin ogromne
reparacje i klęska militarna pociągnęła za sobą gospodarczą plajtę. Wojna w
latach 1914-1918 w świadomości przeciętnego Niemca kojarzyła się z głodem i
inflacją. Hitler dobrze odrobił lekcję Wersalu. Wiedział, że sukces
polityczny zapewni mu dobrobyt obywateli. Poparcie społeczne na poziomie ponad
95 proc. zbudował na obietnicach ekonomicznych i socjalnych, które – co
ważne – spełniał. Dlatego długo przed 1 września 1939 r. Berlin wydatkował
pieniądze akonto przyszłego łupu. Potem na podbite kraje nakładano ogromne
koszty okupacyjne, rabowano miliony ton artykułów spożywczych dla wojska,
manipulowano wartością walut czy grabiono mienie państwowe i prywatne. W
gospodarce zatrudniono robotników przymusowych. W efekcie Niemcy nagle się
wzbogacili. Z ich perspektywy Rzesza stała się doskonałym państwem opiekuńczym.
Nieważne, że działo się to kosztem zbrodni, jakich nie widział wcześniej
świat.
Mit Poczdamu Zasady obowiązku reparacyjnego dla Niemiec
ustalono w Jałcie i Poczdamie. Wysokość odszkodowania określono na poziomie 20
mld USD. Znikomość tej sumy wychodzi na jaw, gdy zacytujemy najnowsze badania
niemieckiego historyka prof. Götza Aly’ego. W książce „Państwo
Hitlera" udowadnia on, że w latach 1939-1945 Rzesza uzyskała minimum 2
biliony euro z grabieży krajów okupowanych. Doskonałość zbrodni polegała na
braku możliwości odzyskania tego łupu. Znaczna jego część sfinansowała działania
militarne, a reszta była redystrybuowana do odbiorcy indywidualnego –
niemieckiego obywatela – w postaci zwolnień podatkowych, świadczeń
socjalnych, podwyżek, wczasów pracowniczych, sztucznie utrzymywanych cen towarów
itp. Dziś dzięki zręcznej propagandzie wytworzył się fałszywy obraz
znacznych odszkodowań wypłaconych po wojnie przez pokonane Niemcy. Nic bardziej
mylącego. Byli alianci nie chcieli nawet wyegzekwować tych 20 mld dolarów.
Wybuchła zimna wojna, a w jej konsekwencji geopolityka po raz kolejny zniweczyła
dziejową sprawiedliwość. Niemcy były bowiem kluczem do zwycięstwa w tych
zmaganiach. Alianci zachodni pobierali reparacje tylko przez dwa lata. Z
kolei w 1950 r. Moskwa obniżyła o połowę wysokość reparacji z obszaru NRD, a
trzy lata później całkowicie je wstrzymała. Decyzji tej musiała się
podporządkować także Polska, która wyszła na tym najgorzej. Przypomnijmy, że w
Poczdamie uzgodniono, iż nasze roszczenia będą zaspokojone za pośrednictwem
ZSRR. I tak się działo. Armia Czerwona wywoziła niemieckie mienie nie tylko ze
swojej strefy okupacyjnej, ale i z nabytego przez Polskę terytorium, z tzw. ziem
zachodnich. W zamian w ramach procesu reparacyjnego Moskwa przysyłała nam wagony
dzieł Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina, a także – w lutym 1947 r. –
pociąg sadzonek drzewek owocowych. W rozliczeniu jako wyrównanie z tytułu
rzekomej nadpłaty reparacyjnej Polska sprzedawała Moskwie na podstawie tajnej
umowy węgiel kamienny za cenę dziesięciokrotnie niższą od tej na rynku
światowym. W 1952 r. w tzw. umowie londyńskiej Niemcy uzyskały całkowite
zawieszenie spłaty swoich zobowiązań finansowych wynikających nie tylko z II
wojny światowej, ale i głównych długów pochodzących jeszcze z I wojny światowej.
Kwestię finansowej odpowiedzialności za wojnę odłożono do czasu ostatecznej
regulacji, czyli traktatu pokojowego.
Sędzia we własnej sprawie Kiedy w 1990 r. dochodziło do
zjednoczenia Niemiec, dawny agresor był już silnym ekonomicznie i politycznie
państwem, które nie zamierzało być tylko „przedmiotem regulacji
pokojowej", lecz stało się sędzią we własnej sprawie (iudex sine causa).
Zawarto tzw. traktat 2+4, który był niezgodny z założeniami umowy poczdamskiej.
Po pierwsze, nie stanowił zapowiadanej ostatecznej regulacji pokojowej (peace
settlement), w której można byłoby jeszcze podnieść sprawę roszczeń
reparacyjnych. Kiedy Grecja próbowała negocjować kwestię szkód za II wojnę
światową, została politycznie spacyfikowana. Po drugie, stronami traktatu są
tylko dwa państwa niemieckie i cztery mocarstwa (USA, ZSRR, Wielka Brytania i
Francja). A umowa poczdamska nakazywała mocarstwom przygotowanie ostatecznego
traktatu, który powinien być zawarty przez wszystkich aliantów. Niemcy miały go
przyjąć, a nie negocjować. Jednak w tym procesie Polskę i innych zwycięzców
wojny udało się Berlinowi odsunąć na polityczny margines. Dzięki temu efekt jest
zgodny interesem RFN. Traktat – poza nakazaniem Niemcom zawarcia z
Polską umowy o granicy na Odrze – praktycznie nie odnosi się do spraw
wojny. Pozwoliło to Berlinowi na stworzenie doktryny uznającej za zamknięte
wszystkie kwestie z II wojny światowej, których traktat ten nie porusza. Taka
wykładnia obowiązuje do dziś, mimo że nie jest zgodna z prawem
międzynarodowym. Skazą na tym ładnym obrazku Niemiec były tylko żydowskie
skargi przed sądami w USA pod koniec lat 90. XX wieku. Ale i tę chwilową opresję
Niemcy przekuli w sukces. Udało im się przenieść sprawę z sali sądowej na
dyplomatyczne salony. W wyniku negocjacji rząd niemiecki powołał Fundację
Pamięć, Odpowiedzialność i Przyszłość, której majątek przeznaczony na wypłaty
dla żyjących robotników przymusowych wynosił 5 mld euro. I bilans z niewolnictwa
wojennego znów wyszedł na plus. Z badań przywołanego już prof. Aly’ego
wynika, że na robotach przymusowych w trakcie wojny Niemcy zarobiły 130 mld
euro. Wypłacona suma stanowi więc jedynie 3,7 proc. tego dochodu. Pozostałe 125
mld euro wzmocniło niemiecką gospodarkę. Najbardziej kuriozalne jest jednak
to, że wojna przeciwko Polsce do dziś przynosi wpływy niemieckiemu budżetowi.
Chodzi tu o sprawę majątków przesiedleńców niemieckich z lat 1945-1989. W
polskim systemie prawnym majątki te były uznane za masę reparacyjną,
zaspokajającą niewielką część prawdziwych strat Polski. Z kolei wszystkim
osobom, które czując się Niemcami wyjechały z Polski do 1989 r., państwo
niemieckie wypłacało zadośćuczynienie. Jego wielkość była uzależniona od
wysokości utraconego majątku. Prawna formuła niemieckiego ustawodawstwa
przewiduje obowiązek zwrotu tego świadczenia, jeżeli przesiedleniec odzyska
pozostawione mienie. Dziś część z tych osób swoje dawne mienie odzyskuje. W
efekcie zwraca niemieckiemu skarbowi państwa otrzymane przed laty
zadośćuczynienie. Faktycznie oznacza to zwrot przez Polskę reparacji wojennych
Niemcom.
Rachunek za wojnę II wojnę światową przegrało niemieckie państwo, ale nie niemiecka gospodarka.
Rzesza toczyła bowiem wojnę na koszt podbitych krajów, a jej prawny sukcesor nie
rozliczył się z tego rzetelnie do dziś. I pewnie nikt nie wyciągałby teraz
ekonomicznego bilansu II wojny światowej na światło dzienne, gdyby nie brak
umiaru i taktu części niemieckich elit politycznych, które z niezrozumiałą
dezynwolturą wystawiają rachunki pomordowanym i ograbionym. Żądają zwrotu
majątków lub odszkodowań za pozostawione dobra. Jeśli niemieccy politycy
nie podejmą odważnych decyzji, jeśli nie zamkną kwestii roszczeń niemieckich,
czyniąc za nie odpowiedzialnym własny kraj, to siłą rzeczy w polityce
europejskiej pojawi się w końcu kwestia dziejowej sprawiedliwości. Wystawiony
zostanie rzeczywisty rachunek za ludobójstwo, grabieże i świadome niszczenie
kultur wielu narodów. Decyzja należy do Berlina.