Newsletter | Prenumerata | E-wydania | Mobile | RSS
Dołącz do nas:
    
Tutaj jesteś: Strona główna | Tygodnik  Archiwum  Polacy na Kremlu
AWR Wprost

Polacy na Kremlu

Dzięki atrakcyjności polskiego modelu demokratycznego Dymitr Samozwaniec 400 lat temu zasiadł na tronie carów Czterysta lat temu Polaków na Kremlu było wyjątkowo wielu. Była nawet polska caryca - wojewodzianka sandomierska Maryna z rodu Mniszchów. W lipcu mija czterechsetna rocznica wejścia na tron moskiewski jej wybranka cara Dymitra, który przeszedł do historii z przydomkiem Samozwaniec, a w świadomości kolejnych pokoleń Rosjan stał się symbolem "polskiej intrygi". Lubimy wspominać tamten czas jako moment wyjątkowego dynamizmu Rzeczypospolitej, jej zdolności do ekspansji względem sąsiada. Rosjanie pamiętają go jako okres "wielkiej smuty", zamętu, który miał zagrozić istnieniu nie tylko ich państwa, ale i tożsamości historycznej Rosji. W jednym i drugim wypadku jest to pamięć fałszywa. "Polska caryca" do Moskwy wybrała się uroczyście, z orszakiem liczącym prawie 4 tys. osób. Ślub per procura Maryna zawarła z Dymitrem wcześniej, w listopadzie 1605 r., na krakowskim Rynku w obecności króla Zygmunta III Wazy. Wiosną 1606 r. podążała na moskiewski tron. Polacy szli wraz z nią do Moskwy nie po to, by podbijać, ale w ślubnym orszaku. Na koronację i zaślubiny Maryny z carem biły dzwony wszystkich cerkwi stolicy. Na uczcie weselnej po uroczystej koronacji, która odbyła się 8 maja w Uspienskim Soborze (do dziś nie wiemy, czy Maryna odstąpiła od wiary katolickiej), car wystąpił w stroju husarskim, caryca - w sukni kroju polskiego.
Unia Polski z Moskwą
Kilka dni później posłowie reprezentujący króla Zygmunta rozpoczęli z carem rozmowy o "wiecznej lidze i wiecznej przyjaźni" między Rzeczpospolitą a Moskwą. Projekt, który przedstawili, był w istocie szkicem wstępu do nowej unii, takiej jak ta, która połączyła Polskę z Litwą. Wymieńmy jego postanowienia. Wspólna polityka zagraniczna i "wspólna obrona", wzajemne prawo poddanych obu stron do osiedlania się i nabywania majątków w obu państwach oraz do zawierania małżeństw mieszanych; dla kupców - swoboda handlu i przejazdu przez drugie państwo; otwarcie możliwości budowania kościołów katolickich w Moskwie (w Rzeczypospolitej "cerkwie ruskie są i kto chce, wolno każdemu nabożeństwa ruskiego używać") i posyłania dzieci moskiewskich "na naukę i oświecenie do szkół polskich i litewskich, gdzie się komu będzie podobało" (tu wzajemności nie było - bo "nauki i oświecenia" próżno było polsko-litewskim poddanym w Moskwie szukać). Znalazł się zapis o ujednoliceniu "formy, ceny i wagi" mennicy (jakby wstęp do wschodnioeuropejskiego "euro") i zapowiedź budowy wspólnej floty oraz propozycja obioru wspólnego monarchy w przyszłości.
Skocz do tekstu
REKLAMA

Unia od Warty po Jenisej? Nie. Dwa dni po inauguracji rozmów car Dymitr już nie żył, a popiół z jego spalonych zwłok nabito w armatę i wystrzelono tam, skąd przybył: na zachód. Wraz z Dymitrem zginęło prawie 500 polskich gości jego wesela (Maryna cudem ocalała i z resztą Polaków została wzięta na Kremlu pod straż). Nie było zgody - był ciąg dalszy "wielkiej smuty", a potem "polska interwencja". Dlaczego? Czy Polacy i Rosjanie mieli wtedy szansę, którą zmarnowali? Czy mogło być inaczej, lepiej? Żeby odpowiedzieć na te pytania, musimy spojrzeć nieco dalej w przeszłość.
Początek kryzysu państwa moskiewskiego wiąże się z wygaśnięciem w roku 1598 panującej na Rusi od 700 lat dynastii Rurykowiczów. Dla państwa o uformowanej strukturze władzy absolutnej podważenie legitymacji osoby cara, czyli centrum tego systemu, musiało być szokiem. Kiedy umarł syn Iwana Groźnego car Fiodor - ostatni z panujących Rurykowiczów - po władzę udało się sięgnąć Borysowi Godunowowi. W brutalnej walce pokonał rywali z rodzin bojarskich. Wcześniej w tajemniczych okolicznościach (najprawdopodobniej z inicjatywy Godunowa) w "nieszczęśliwym wypadku" zginął Dymitr, najmłodszy syn Iwana Groźnego. Wydawało się, że Godunow zainstaluje na dobre nową dynastię na tronie. Ale rywale - chwilowo pokonani przedstawiciele wielkich rodzin Szujskich, Romanowów, Mścisławskich, Bielskich - nie pogodzili się z przegraną. Wszystkie niższe stany moskiewskiego państwa - od drobnej szlachty po chłopów - wyniszczone straszliwym wysiłkiem, jakim było utrzymanie aparatu militarno-administracyjnego zdolnego od połowy XV wieku zbudować imperium większe od reszty Europy, wchodziły w okres skrajnego społeczno-ekonomicznego kryzysu. Walka o władzę nad Moskwą dopiero się zaczynała.
W Koronie tron stopniowo stawał się elekcyjny od wymarcia królewskiej linii Piastów, dlatego udało się uniknąć kryzysu państwa, kiedy zabrakło z kolei Jagiellonów. System współwładzy sejmujących stanów - Rzeczypospolitej - sprawdzał się wówczas znakomicie, spajając Polskę i Litwę w pełnym wolności eksperymencie ustrojowym. System ten sprawdzał się tak dobrze, że kiedy pojawiła się perspektywa pustego tronu w Moskwie, z którą od wieku toczyło państwo polsko-litewskie bój o panowanie nad dziedzictwem Rusi Kijowskiej, polska strona wysunęła inicjatywę zamknięcia konfliktu przez nową unię: tym razem z Moskwą.
Tak właśnie po raz pierwszy pojawili się Polacy na Kremlu. W 1600 r. stanęło w Moskwie poselstwo pod przewodnictwem kanclerza litewskiego Lwa Sapiehy, który w orszaku 1200 osób przybył złożyć Borysowi Godunowowi propozycję unii od Rzeczypospolitej - niemal dokładnie taką, jaką sześć lat później powtórzyli posłowie polscy Dymitrowi Samozwańcowi. Dzięki temu wiemy, o jakie warunki rozbijała się ta propozycja: o te, w których Moskwa widziała zagrożenie swej tożsamości. Na pierwszym miejscu dopuszczenie swobody wyznania katolickiego w jej państwie, potem nabywania w nim ziemi przez Polaków, możliwość małżeństw mieszanych, swoboda nauki dzieci moskiewskich w polskich szkołach. Moskwa tworzyła osobną, ufundowaną na prawosławiu cywilizację. Nie była gotowa do otwarcia na Zachód, czując się zbyt słabo w konfrontacji z idącymi stamtąd wzorami. A jednak, przynajmniej część bojarskich elit, kusiły one coraz bardziej. Na tym polegał dramat wydarzeń "wielkiej smuty" i na to też liczyli Polacy w ponawianych projektach. Nie mieliby szans wystąpić z nimi poważnie, stanąć znów na Kremlu, gdyby nie rozbicie wewnętrzne w Moskwie. Z niego właśnie, z intrygi rywalizującego z Godunowem o koronę rodu Romanowów, wyszedł pierwszy Dymitr Samozwaniec.

Podziel się














Polecamy

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Dodatek
Petelicki. Ostatni strzał
Polecamy
Prenumerata już od 59 zł !
Polecamy

Dodatkowe opcje wyszukiwania:
Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. zamknij
Więcej informacji w naszej Polityce prywatności