Jeśli ktoś chciałby zobaczyć polską piłkę nożną w
prawdziwym świetle, powinien się wybrać do Madrytu. Nie, wcale nie na Estadio
Bernabeu i mecz naszpikowanego gwiazdami Realu. Powinien się wybrać do muzeum
Prado. Tam pośród arcydzieł Velasqueza i Goi znajduje się
"Ogród ziemskich rozkoszy" Hieronima Boscha. Prawa część tego
tryptyku to "Piekło": alegoria grzechu, występku i wszelkiego zła. To
zgnilizna, robactwo i ciemność. Hazard, świńskie ryje i piekielne ognie. Dno,
upadek i nicość. Taka sama jest wizja polskiej piłki Piotra Dziurowicza,
skruszonego grzesznika, byłego prezesa i przekrętacza, który świadomie
został konfidentem. - Faktycznie tak o mnie mówią. A nawet trochę
zabawniej: "konfitura" - przyznaje w rozmowie z "Wprost".
Ciężkie grzechy swoje i innych ludzi polskiej piłki Dziurowicz wyznał najpierw
prokuratorowi, a kilka dni temu dziennikarzom "Gazety Wyborczej".
Otwarcie mówi, że jest skruszonym przestępcą. Z racji popularności
futbolu Dziurowicz przebił u nas sławą tak znanego informatora policji jak Masa
z mafii pruszkowskiej. Oby stał się polskim Tommaso Buscettą, który
zaprowadził do więzienia 475 gangsterów Camorry i Cosa Nostry. 29-letni
Piotr Dziurowicz, prezes GKS Katowice, od wielu lat kupował mecze u
sędziów i piłkarzy innych drużyn. Żeby awansować, żeby nie spaść, żeby
wygrywać. Kupował jak wszyscy. Opowiada, że tylko w sezonie 1999-2000 w drugiej
lidze (GKS Katowice awansował wtedy do ekstraklasy) suma łapówek wyniosła
5-6 mln zł. Jeśli tak, to w pierwszej lidze ta suma musiała być co najmniej
dwukrotnie wyższa. Oznacza to, że polska mafia futbolowa kasuje co roku 22 mln
zł. Od pięciu miesięcy Dziurowicz współpracuje z policją i prokuraturą.
To on wziął udział w policyjnej prowokacji, w której arbiter Antoni
Fijarczyk przyjął 100 tys. zł łapówki za ustawienie wyników
dwóch spotkań w końcówce ubiegłego sezonu. To za sprawą jego
zeznań do aresztu trafili również sędzia Krzysztof Zdunek oraz obserwator
Marian Dusza.
Opcja zerowa Tak naprawdę to
nie Dziurowicz pierwszy zaczął demaskować bagno polskiej piłki, ale Jan
Tomaszewski, bohaterski bramkarz z Wembley, człowiek o niewyparzonej gębie i
ostrym piórze. To on wymyślił określenia "dziuroland" i
"dziuroludki" (na system panujący w naszym futbolu, gdy prezesem PZPN
był Marian Dziurowicz, ojciec Piotra). Od lat opisywał oszustwa w i wokół
PZPN na łamach "Przeglądu Sportowego". Ale uważano go za niegroźnego
szaleńca, a w końcu z "PS" wyrzucono. Jeszcze kilka miesięcy temu
wydawca "PS" mówił dla branżowego miesięcznika
"Press", że trzeba było wyrzucić Tomka m.in. za tak skandaliczne
sformułowania, jak "PZPN - Przestępcy Zrzeszeni Przeciwko Nam".
Dziś Tomaszewski, ze swym bolszewicko-jakobińskim zacięciem do stanowienia
nowych porządków, jest szefem Komisji Etyki PZPN. Wciągnął go tam prezes
Michał Listkiewicz. To bardzo chytre posunięcie prezesa, bo wcześniej Tomek
sikał na PZPN, a teraz, gdy już jest w środku, sika na zewnątrz - mówi
się o tej zaskakującej wolcie. Dyżurny etyk Tomaszewski zaczął bardzo ostro,
m.in. od kuriozalnego zanegowania całego rzymskiego systemu prawnego. Twierdził,
że przestępcy wcale nie trzeba udowadniać winy, bo to on musi udowodnić swoją
niewinność. Rychło jednak swój rewolucyjny zapał ostudził. Głośno dziś
powiada, że wobec gigantycznej skali korupcji w polskiej piłce, gdzie zapewne
ani jeden klub ani sędzia nie ma czystych rąk, należałoby pomyśleć o abolicji. O
piłkarskiej "grubej kresce". Pomysł trafia na podatny grunt, bo coraz
więcej ludzi futbolu chciałoby opcji zerowej, zanim ich samych wyzeruje
prokuratura.
Tak naprawdę smród jest wszędzie, co przyznają nawet
najpoważniejsi ludzie naszej piłki. Zbigniew Drzymała z Groclinu nie wypiera
się, że w jego klubie sędziowie zjedli niejeden wystawny obiad. Bogusław Cupiał,
który jedną ręką zlikwidował fabrykę kabli w Ożarowie, drugą przytulił do
serca i dał pracę w Krakowie jednemu ze zredukowanych robotników -
Leszkowi Saksowi, tak się składa, że szefowi obsady sędziów itd., itp.
Charakterystyczna jest w tym kontekście wypowiedź 84-letniego Kazimierza
Górskiego, honorowego prezesa PZPN. - Kiedy jakiś czas temu
wróciłem z Grecji i zostałem szefem związku, zapytałem, z czym jest
największy problem. Sędziowie! Sędziowie! - krzyczą mi wszyscy na zarządzie. To
ja wtedy powiedziałem tak: "Panowie, niech wstanie każdy, kto nigdy nie
załatwiał meczu. I nie wstał nikt! - mówi Górski.
Bułgarskie pieniądze Piotr Dziurowicz nie powiedział
całej prawdy o korupcji w polskiej piłce. Oszczędził piłkarzy. Nie kupuje się
meczu tak prosto, że prezes bierze forsę z kasy i jedzie na jakąś stację
benzynową. Takie historie są łatwe do wykrycia przez pierwszą lepszą kontrolę
finansową, nie mówiąc o obowiązkowym w lidze audycie licencyjnym.
Meczów nie kupują prezesi, ale sami piłkarze. Składają się z premii,
które są celowo zawyżane. Nadwyżki trafiają do wspólnego wora na
"gwizdków", czyli na korumpowanie sędziów. Najtrudniej
ściąga się działkę od cudzoziemców, bo "nie kumają", o co
chodzi.
Prym w zbieraniu lewej kasy wiodą najstarsi zawodnicy (i to na
ogół jest ich jedyna racja bytu.) To dlatego wszelkie wypowiedzi
piłkarzy, że oni "nigdy, przenigdy", należy włożyć między bajki.
Obowiązuje zmowa milczenia, wymuszana - jeśli trzeba - groźbami i biciem. To
zapewne dlatego Franciszkowi Smudzie, trenerowi, który zdobył trzy razy
mistrzostwo, wyrwała się kiedyś smutna konstatacja: "Każda drużyna to
banda, a każdy piłkarz to kurwa".
Pieniądze na sędziów lub
rywali zwano dawniej "bułgarskimi" (bo lewe). Nielegalny obrót
korupcyjną forsą nie budzi najmniejszego zdziwienia w żadnym klubie, nie
mówiąc już o jakimkolwiek zażenowaniu. Rok temu wybuchł w Polsce skandal,
gdy senator SLD Grzegorz Lato (król strzelców mundialu z 1974 r.)
ujawnił, że Robert Gadocha wziął od Argentyńczyków 20 tys. dolarów
za to, żeby Polska nie odpuściła meczu - też za pieniądze - Włochom. Gadochę
skazano na infamię, ale nikt nie zwrócił uwagi na jedno: żal był do
Gadochy nie o to, że wziął, ale o to, że się nie podzielił!
Dlaczego Dziurowicz sypie? Piotr Dziurowicz jest synem
Mariana, nieżyjącego już twórcy katowickiego GKS, byłego prezesa PZPN.
Ojciec Piotra był postacią nietuzinkową: kadrowcem w katowickim zrzeszeniu
węglowym, doktorem nauk górniczych, ale też właścicielem prywatnej firmy
produkującej plastikowe gadżety (w ten ostatni biznes najzwyczajniej się
wżenił). Kiedy upadała PRL, zapomniał o wsparciu śląskich sekretarzy i zaczął
peregrynować do Gdańska, do kolebki "Solidarności". A partyjną
legitymację zastąpił książeczką do nabożeństwa. Honory zaczął oddawać śląskiemu
arcybiskupowi Damianowi Zimoniowi.
Jednak jako inżynier Marian Dziurowicz
potrafił dobrze liczyć. Natychmiast po zmianie systemu postanowił sprywatyzować
klub, którym jedynie zarządzał. Dla lepszego wrażenia ściągnął
szwajcarskiego wspólnika, ale większą część udziałów przydzielił
sobie. Nie zapłacił za nie złotówki. Jak twierdził - taki aport własny
należy mu się "za stworzenie silnego klubu, za zbudowanie stadionu, za
dziesięć lat gry w pucharach". Nikt nie protestował: ani kiedy Marian
przejmował prawem kaduka największy śląski klub, ani kiedy przepisywał udziały
na 22-letniego syna Piotra. Protesty zaczęły się dopiero teraz. Że to, co ojciec
zbudował, syn zrujnował.
Piotr, następca Mariana, w chwili objęcia władzy
był studentem drugiego roku prawa. O finansach nie miał pojęcia - jedynym
konsultantem była jego dziewczyna, znany śląski komornik. Ojciec rad mu nie
dawał, bo ciężko chorował na serce, a następnie wbrew synom (Piotr ma brata
Marka, nie przejawiającego, na szczęście, zainteresowania futbolem) związał się
po śmierci żony z pracownicą PZPN - swoją podwładną. Rodzina się rozpadła. Młody
Piotr zaczął działać sam. Początkowo mu szło. Z piłkarzami - na ogół dużo
starszymi od siebie - zajął nawet w lidze trzecie miejsce, wyrzucając z
pucharów Legię Warszawa. Ale sponsorów nie przybywało, a koszty
rosły. Sprzedawał więc zawodników, czyli osłabiał klub. Bronił się przed
spadkiem łapówkami. Długi rosły więc lawinowo. Żeby dostawać corocznie
jedyny pewny zastrzyk finansowy - wielomilionową dotację z Canal+ za prawa do
telewizyjnych transmisji - musiał za wszelką cenę grać w pierwszej lidze.
Kupował więc mecze. Nie pamięta ile: - Tak pomiędzy 50 a 80 - opowiada.
Dziurowicz miał pecha albo raczej za niski budżet. GKS mimo rozlicznych
kombinacji i fałszerstw z hukiem spadł z ligi. I to nie do drugiej, lecz od razu
do czwartej - za długi. To były nie tylko długi wobec ZUS, urzędu skarbowego czy
PZPN. Dziurowicz miał pożyczać także od ludzi z miasta i nie miał z czego oddać.
Wystraszył się i w maju, w najgorętszym okresie walki o utrzymanie, zgłosił się
na policję.
- Kupowałem mecze, ale nie mogłem patrzeć, jak zawodnicy,
zamiast wdzięczności, sprzedawali mnie i klub, bo ktoś dawał więcej -
mówi Dziurowicz. I dodaje, że nie potrafił znieść szlochu piłkarzy po
przehandlowanym meczu. - Nie, oni nie płakali z powodu przegranej! Oni płakali,
że mają takiego beznadziejnego prezesa, co nawet dobrze kupić nie potrafi! -
mówi "Wprost" nawrócony oszust.
W piłkarskim
światku już wiedzą, co jest przyczyną nagłego nawrócenia Dziurowicza
juniora. Zemsta - za stracone pieniądze i absolutna niemożność ich oddania.
Dziurowicz przedstawia to inaczej. - Miałem dość. Bałem się odpowiedzialności
karnej za to, co robiłem. Chcę zacząć swoje życie na nowo. Wsiadać w tramwaj, w
szóstkę lub szesnastkę, jeździć na zajęcia, skończyć przerwane studia -
opowiada "Wprost".
Sędzia sp. z o.o. Choć zeznania Dziurowicza są dla futbolowego środowiska wstrząsem, tak
naprawdę nie stało się nic nowego. Pierwsza afera korupcyjna wybuchła w polskiej
lidze już w 1936 r., też w Katowicach. Walczący o utrzymanie w lidze Dąb
przekupił grającego w Świętochłowicach bramkarza Mroza. Ale choć wygrał 2:0,
został zdegradowany. Lista kolejnych afer jest tak długa, że do ich wyliczenia
trzeba by parusetstronicowej księgi. Na potęgę handlowali meczami sędziowie, co
Janusz Zaorski dobrze pokazał w filmie "Piłkarski poker". Grający
arbitra Henryk Bista mówi: "Ja jestem uczciwym sędzią. Zapłacili mi
za 3:0 i będzie 3:0!". Większość sędziów założyła własne firmy, by
przez nie przepuszczać łapówki. Legendarna jest już historia byłego
arbitra międzynarodowego, który osobie przekazującej łapówkę
formalnie sprzedawał garnitury - chyba najdroższe wówczas w Europie. Te
firmy sędziów to były zwyczajne pralnie pieniędzy. I sędziowie nadal
swoje firmy prowadzą.
Dziurowicz twierdzi, że kantują niemal wszyscy
uczestnicy futbolowej zabawy. Wymienia nazwiska arbitrów - m.in. Tomasza
Mikulskiego, bratanka kapelana sportu. I prezesa PZPN Michała Listkiewicza,
którego rzekomo skorumpował już Dziurowicz senior. Faktycznie Listkiewicz
często mecze GKS Katowice sędziował. Nawet w tak kuriozalnych okolicznościach,
że Marian Dziurowicz był prezesem GKS i PZPN, a Michał Listkiewicz w tymże PZPN
był sekretarzem generalnym, czyli pracownikiem. Gdy wytykano ewidentny konflikt
interesów, Listkiewicz mówił: "To żadne przestępstwo. Tak
samo jest na... Białorusi".
Listkiewicz to twardy i zręczny gracz. Ma
to w genach. Jego babka Maria Koszutska, pseudonim Wera Kostrzewa, była przed
wojną jedną z najsłynniejszych polskich komunistek - zanim nie rozstrzelano jej
na rozkaz Stalina. Ojciec Michała był dobrym aktorem. On sam kształcił się na
hungarystę, potem parał się dziennikarstwem i sędziowaniem. Miał szczęście: nad
morzem w Polsce w czasie wakacji poznał turystę ze Szwajcarii. Znalazł mu żonę.
Ten turysta nazywał się Joseph Blatter i jest dziś prezydentem FIFA - światowej
federacji piłkarskiej. Michał Listkiewicz dzięki niemu niemal całą karierę miał
z górki. To jedyny Polak, który wystąpił w finale mistrzostw
świata: sędziował mecz Argentyna - Niemcy w 1990 r.
"Odejdę od
koryta!" - radzi Listkiewiczowi "Super Express". Ale on nic sobie
z tego nie robi, bo PZPN jest niezależnym stowarzyszeniem, w dodatku wybory
wygrał przytłaczającą przewagą. - Brednie pana Dziurowicza mnie śmieszą -
mówi Listkiewicz. I dodaje to, co na podobną okoliczność przewidział
przedwojenny pisarz Tadeusz Dołęga- Mostowicz. Gdy w "Karierze Nikodema
Dyzmy" hrabia Ponimirski dyskredytuje i obnaża głównego bohatera,
pada prosta odpowiedź: "To wariat".
Wyznania Dziurowicza mają
walor przeczyszczający, ale też feler. Dotyczą na ogół spraw przeszłych i
mają znikomą wartość dowodową. Grozi mu zatem cała seria procesów o
zniesławienie. Prokuratorsko-policyjny parasol w tym mu nie pomoże.
Zwyczajna nieuczciwość Czy korupcja w polskim futbolu
to jakiś ewenement? Nic podobnego. Żyjemy w kraju, w którym 80 proc.
uczniów akceptuje ściąganie, gdzie płaci się za egzaminy na studia i za
prawo jazdy, gdzie wędliny i paliwo w znacznej części składają się z wody,
wódka jest "kręcona", a pogotowie ratunkowe pomaga
niektórym pacjentom... odejść z tego świata. Na takim tle kupienie
kilkudziesięciu meczów przez śląskiego studenta to normalka.
A
zarazem polski futbol jest na fali: reprezentacja w eliminacjach mistrzostw
świata wyprzedza w grupie Anglię i może awansować na mundial. Polska zajmuje 21.
miejsce w świecie (w czym innym jesteśmy równie dobrzy?), liga ma
poważnych sponsorów (Canal+, Idea, ITI, KGHM, Kompania Piwowarska, Orlen,
Comarch etc.), rozgrywki wreszcie wychodzą z PZPN - będzie nimi kierować
spółka klubów Ekstraklasa SA. Afera Dziurowicza paradoksalnie jest
traktowana jako wielka szansa. Tak to tłumaczy Jarosław Kołakowski, czołowy
menedżer na naszym futbolowym rynku: - Po wyznaniach Dziurowicza i po kolejnych
aresztowaniach nasze kluby muszą wreszcie totalnie zmienić kurs i działać jak w
Europie. A to oznacza po prostu zatrudnianie coraz lepszych zawodników.
Bo odnoszenie sukcesów innymi sposobami już się skończyło.
Być może
piłki całkowicie się nie uleczy nigdy, bo przewały są jej cechą immanentną i
trafiają się wszędzie. W Anglii, w Niemczech, w Hiszpanii, a nawet w USA. Media
kreują magów, takich jak Mourinho, ale najwyżej małymi literami
informują, że FC Porto, w którym osiągnął sławę, na potęgę kupowało mecze
- całkiem jak GKS. Media nie podają też, że i nam zdarzało się odnosić sukcesy
dzięki przychylności arbitrów. Najbardziej znany przykład to mecz z roku
1995, gdy Legia jako pierwszy polski klub awansowała do Ligi Mistrzów. W
rywalizacji z Goeteborgiem sędzia wyrzucił z boiska dwóch Szwedów
i nie uznał im prawidłowego gola. Nad obserwatorem tamtego meczu czuwał...
Marian Dusza, ostatnio pensjonariusz wrocławskiego aresztu. A po ostatnim meczu
reprezentacji Polski w Azerbejdżanie na boisku szalał trener rywali Carlos
Alberto. Bo sędzia pomagał biało-czerwonym. Bał się koneksji Listkiewicza w
FIFA? To właśnie druga strona medalu: na oszustwach korzysta każdy. Przypomina
się maksyma dobrego wojaka Szwejka: "Nie ma takiego chłopa, któremu
by jaja nie śmierdziały".
Będzie drożej! Czy kibice się odwrócą od futbolu? Już wiadomo, że nie. Czy sponsorzy
się wycofają? Też nie - ogłosił to Canal+, mimo że liga strzela sobie ostatnio
samobója za samobójem. Ale jest wreszcie szansa na uczciwszą grę i
bardziej przejrzyste reguły. Ale gwarancji nie ma. W czasie stanu wojennego,
kiedy w każdym sklepie były puste półki i padał nawet system kartkowy,
wicepremier rządu od gospodarki wybrał się z tajną misją do więzienia w
Barczewie. Odsiadywał tam dożywocie hitlerowski bonza - szef od
kontyngentów i aprowizacji w czasie wojny. "Jak sobie radziliście z
dystrybucją mięsa? - pytał Polak. "W ogóle sobie nie radziliśmy. Za
nielegalny obrót mięsem wprowadziliśmy nawet karę śmierci. Nie pomogło.
Handlowaliście dalej" - odpowiedział Niemiec. Chyba już wiemy, co będzie
dalej - po prostu będzie drożej.
| Futbol skopany |
|---|
Piłkarskie afery - Polska
W 1936 r.
bramkarz Śląska Świętochłowice Mróz wziął 300 zł od działaczy Dębu
Katowice za wpuszczenie bramek. Gdy sprawa wyszła na jaw, katowiczanie zostali
usunięci z I ligi.
W sezonie 1980/1981 Widzew Łódź grał z
Zawiszą Bydgoszcz o mistrzostwo ligi. Po spotkaniu pojawiła się plotka, że
trzech piłkarzy Zawiszy wzięło łapówkę. Adam Kensy, piłkarz Zawiszy,
przyznał, że Andrzej Grębosz z Widzewa zaproponował mu 150 tys. zł do podziału
na drużynę za przegraną. Kensy trafił do aresztu. Podczas przesłuchań
oświadczył, że chodziło o 300 tys. zł łapówki, ale przed Wydziałem
Dyscypliny PZPN stwierdził, że wszystko wymyślił. Nikogo nie ukarano.
W sezonie 1986/1987 PZPN unieważnił mecze Lecha Poznań z Polonią Bytom (1:1),
Zagłębia Lubin z Ruchem Chorzów (0:2) i Olimpii Poznań ze Stalą Mielec
(1:3). Powodem był "brak zaangażowania w grę zawodników".
Nakazano powtórzenie meczu Górnik Wałbrzych - Motor Lublin (4:0).
Podczas baraży w sezonie 1986/1987 w meczu Ruch Chorzów -
Lechia Gdańsk, bramkę dla gdańszczan zdobył... bramkarz Ruchu Janusz Jojko.
Sprzątaczka znalazła w szatni Ruchu reklamówkę z pieniędzmi.
W sezonie 1992/1993 Legia Warszawa w ostatniej kolejce grała w Krakowie z
Wisłą, a pretendujący również do mistrzostwa ŁKS Łódź z Olimpią
Poznań. O tytule mistrzowskim decydowały strzelone bramki: Legia wygrała 6:0, a
ŁKS - 7:1. Mistrzostwo zdobyła Legia, ale PZPN unieważnił wyniki obu spotkań,
odebrał Legii mistrzostwo i przyznał je Lechowi Poznań. Na Legię, Wisłę, ŁKS i
Olimpię nałożono kary finansowe, a kolejny sezon te kluby rozpoczęły z minus
trzema punktami. UEFA wykluczyła Legię i ŁKS z europejskich pucharów.
W sezonie 1993/1994 zwycięstwo Górnika Zabrze z Legią w Warszawie
dawało zabrzanom tytuł mistrza Polski. Sędzia Sławomir Redziński wyrzucił z
boiska trzech piłkarzy Górnika. Legia zremisowała i zdobyła tytuł. Sędzia
Redziński zakończył po tym meczu karierę.
W sezonie 2001/2002
wybuchła tzw. afera barażowa. W meczach Garbarnia Szczakowianka Jaworzno - RKS
Radomsko lepsi byli jaworznianie, ale rywale zakwestionowali prawo do gry Branko
Rasicia, wypożyczonego z Victorii Jaworzno. Efektem śledztwa PZPN było ukaranie
działaczy śląskiego ZPN i Victorii Jaworzno.
W sezonie 2002/2003 w
barażach Garbarnia Szczakowianka Jaworzno grała ze Świtem Nowy Dwór
Mazowiecki. Po informacjach prezesa Świtu, że Szczakowianka przekupiła jego
piłkarzy, PZPN zweryfikował wynik drugiego meczu jako walkower dla Świtu.
Szczakowiankę zdegradowano i ukarano dziesięcioma punktami karnymi.
Zdyskwalifikowano też kilku piłkarzy Świtu.
Wiceprezes Polaru
Wrocław Tomasz Szypuła poinformował, że mecz jego drużyny z Zagłębiem Lubin (w
sezonie 2003/2004) został sprzedany. Sprawa trafiła do prokuratury. Zarzuty
postawiono pięciu zawodnikom. PZPN wszczął postępowanie przeciwko kilku innym
zawodnikom oraz klubom Zagłębie Lubin, Cracovia i Piast Gliwice. Sprawa jest w
toku.
Piłkarskie afery - Europa
W
sezonie 1914/1915 czterech piłkarzy Manchesteru United i Liverpoolu ukarano
dożywotnią dyskwalifikacją za zaaranżowanie zwycięstwa 2:0 dla zagrożonego
spadkiem Manchesteru.
W styczniu 1965 r. za ustawienie meczu za
łapówkę skazano Jimmy'ego Gaulda, piłkarza Charltonu i Evertonu.
Zamieszani w tę aferę Tony Kay i Peter Swan, którzy byli reprezentantami
Anglii, również zostali skazani na więzienie i dożywotnio
zdyskwalifikowani.
W sezonie 1970/1971 w ustawianie meczów
była zamieszana połowa zespołów Bundesligi. Oskarżano tak znanych wtedy
piłkarzy jak zawodnicy Schalke 04 Klaus Fischer, Klaus Fichtel i Rolf Ressmann.
Udowodniono, że w kwietniu 1971 r. Schalke kupiło mecz z Arminią Bielefeld.
W 1981 r. w meczu ligi niemieckiej Jugosłowianin Vlado Kasalo strzelił
dwa samobójcze gole w zamian za pokrycie jego hazardowych długów.
W 1980 r. włoskie kluby AC Milan i Lazio zostały zdegradowane do
Serie B (drugiej ligi włoskiej) - za kupowanie meczów. W tym samym roku
reprezentant Włoch Paolo Rossi znalazł się w grupie 20 piłkarzy zawieszonych za
ustawianie meczów. Karę zmniejszono z trzech do dwóch lat i Rossi
zagrał w mistrzostwach świata w 1982 r., gdzie został królem
strzelców, przyczyniając się do zdobycia przez Włochy tytułu
mistrzów świata.
We Francji w 1993 r. mistrzem kraju został
Olympique Marsylia. Tytuł odebrano marsylczykom po zeznaniach obrońcy
Valenciennes - Jacquesa Glassmana. Ujawnił on, że działacze Marsylii proponowali
mu pieniądze za przegranie meczu decydującego o mistrzostwie. Olympique został
pozbawiony tytułu, a prezesa klubu Bernarda Tapiego ukarano pięcioletnim zakazem
działalności w futbolu. Klub zdegradowano do drugiej ligi.
W 1994 r.
bramkarze: Liverpoolu Bruce Grobbelaar i Wimbledonu Hans Segers, oraz napastnik
John Fashanu zostali aresztowani pod zarzutem ustawiania spotkań. Ostatecznie
przed sądem zostali uniewinnieni.
W połowie lat 90. szwajcarski
sędzia Kurt Roethlisberger został dożywotnio zdyskwalifikowany, po tym jak
obiecał (za 100 tys. franków szwajcarskich), że nakłoni innego sędziego
do stronniczego sędziowania.
W 2004 r. 25-letni niemiecki sędzia
Robert Hoyzer ustawił siedem meczów. Potem został świadkiem koronnym i
przekazał prokuratorowi listę nazwisk osób zamieszanych w sprzedawanie
meczów. Za ustawienie wyniku meczu przekazywano mu kilkadziesiąt tysięcy
euro oraz sprzęt, na przykład telewizor plazmowy.
|