Atmosfera strachu, która zaczęła wtedy
narastać, do dziś paraliżuje opinię publiczną.
Tymczasem w rzeczywistości
awaria reaktora atomowego w Czarnobylu nie była jedną z największych tragedii XX
wieku, wskutek wybuchu nie zginęły tysiące ludzi ani nie zostały ciężko skażone
na setki lat ogromne połacie ziemi. Dawki promieniowania, na jakie byli narażeni
mieszkańcy Rosji, Ukrainy i Białorusi, nie miały też prawie żadnego wpływu na
ich zdrowie - nie chorują oni częściej na białaczkę ani nie rodzi się więcej
dzieci z wadami genetycznymi. Takie wnioski można wyciągnąć z najnowszego
raportu Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Atomowego
(UNSCEAR), opracowanego przez 142 najwybitniejszych specjalistów z 21
krajów. Po 15 latach od awarii widać jednak doskonale, że została ona
znakomicie wykorzystana - przede wszystkim przez organizacje ekologiczne i
przeciwników energetyki jądrowej. "Dzięki" Czarnobylowi jej
rozwój został opóźniony o dziesięciolecia.
Śmierć ze strachu, czyli ilu ludzi
naprawdę ucierpiało z powodu wybuchu w Czarnobylu Zaledwie 134
pracowników elektrowni jądrowej i członków ekip ratowniczych było
narażonych na działanie bardzo wysokich dawek promieniowania jonizującego, po
których rozwinęła się ostra choroba popromienna - stwierdzają autorzy
raportu UNSCEAR. Dwudziestu ośmiu z nich zmarło w wyniku napromieniowania, a
dwóch od poparzeń. To jedyne ofiary śmiertelne.
Około 381 tys.
ludzi zaangażowanych w likwidację skutków katastrofy narażonych było
natomiast na promieniowanie wynoszące nieco ponad 100 mSv (milisiwertów).
Za niebezpieczną dla życia uznaje się jednorazową dawkę 1000 mSv. - Badania
przeprowadzone wśród pracujących przy usuwaniu skutków awarii
wskazują, że są oni nawet zdrowsi niż osoby, które nie były narażone na
promieniowanie - mówi prof. Zbigniew Jaworowski z Centralnego
Laboratorium Ochrony Radiologicznej, od 1973 r. reprezentujący w UNSCEAR Polskę,
jeden ze współautorów raportu.
"Czternaście lat po
wypadku w Czarnobylu nie ma żadnych naukowych dowodów, że wzrosła liczba
zachorowań na raka, zwiększyła się śmiertelność lub wystąpiły inne choroby
mogące mieć związek z promieniowaniem" - czytamy w raporcie UNSCEAR.
Odnotowano natomiast znaczny wzrost przypadków chorób
psychosomatycznych - zaburzeń układu oddechowego, trawiennego i nerwowego. Ich
przyczyną nie jest jednak promieniowanie, lecz strach. Ludzie boją się, że
zostali napromieniowani albo też, że żyją na skażonej ziemi i lada dzień
zachorują na raka. - Naukowcy nigdy nie publikowali takich bzdur, jakie na temat
skutków awarii w Czarnobylu ukazują się w mediach - mówi prof.
Leonid Andriejewicz Ilyin z Instytutu Biofizyki Ministerstwa Zdrowia Rosji,
który uczestniczył w akcji likwidowania skutków katastrofy i jest
przedstawicielem Rosji w UNSCEAR.
- Media wyolbrzymiały tragedię, dając
niekiedy posłuch różnym "specjalistom". Na przykład jeszcze
niedawno rosyjski dwutygodnik "Echo Planety" alarmował, że Czarnobyl
był największą katastrofą drugiej połowy XX w. W artykule można było znaleźć
oceny skutków awarii wyssane z palca, bo jak traktować informację, że
zginęło 300 tys. osób? Tak naprawdę najgroźniejsze są następstwa
psychologiczne, które zostały spowodowane strachem i wysiedleniami z
terenów uznanych, często pochopnie, za zagrożone - uważa prof. Ilyin.
Czarnobyl, czyli pełzająca paranoja Podobne
wnioski były formułowane wcześniej. W marcu 1996 r. tygodnik "The
Economist" opublikował artykuł pod wymownym tytułem "Czarnobyl, rak i
pełzająca paranoja", wskazując, że bezpośredni rezultat oddziaływania na
zdrowie promieniowania był niewielki. "O wiele gorsze są skutki strachu i
ignorancji - ludzie nie wiedzieli i nadal nie wiedzą, jakie jest prawdziwe
zagrożenie - to jest największy problem zdrowotny spowodowany katastrofą
czarnobylską" - napisano w "The Economist". Tuż po katastrofie
tysiące będących w ciąży Ukrainek i Białorusinek zdecydowało się lub zostało
namówionych przez lekarzy do przeprowadzenia aborcji. W latach 1986-1987
w obu republikach ZSRR usunięto liczbę ciąż równą jednej trzeciej liczby
wszystkich urodzonych w tym czasie dzieci w Europie Wschodniej. Na
niektórych terenach aż o 25 proc. wzrosła liczba naturalnych poronień.
Dlaczego? Kobiety bały się rodzić mutanty. Tymczasem na Ukrainie po katastrofie
nie zaczęło się rodzić więcej dzieci z ciężkimi wadami wrodzonymi - twierdzi dr
Herwig Paretzke z monachijskiego Instytutu Ochrony przed Promieniowaniem.
Wzrost liczby dzieci rodzących się z wadami genetycznymi był zresztą
niemożliwy - twierdzą eksperci UNSCEAR. Nawet bowiem po największych dawkach
promieniowania, jakie otrzymali ludzie na skutek wybuchów bomb atomowych
w Hiroszimie i Nagasaki (setki razy większych niż dawki czarnobylskie i
pochłoniętych w ciągu ułamka sekundy), u potomstwa Japończyków,
którzy przeżyli atak jądrowy, nie stwierdzono zaburzeń genetycznych.

Jedynym zdrowotnym następstwem
przedostania się do atmosfery substancji radioaktywnych może być odnotowane 1800
zachorowań dzieci z Ukrainy, Białorusi i Rosji na raka tarczycy. Dane te budzą
jednak pewne wątpliwości. Rak tarczycy spowodowany promieniowaniem rozwija się
bowiem w utaje-niu przez 6-9 lat. Tymczasem zwiększoną liczbę chorych odnotowano
już rok po katastrofie. Nie znaleziono również zależności pomiędzy
narażeniem dzieci na różne dawki promieniowania a występującymi
nowotworami tarczycy. Eksperci UNSCEAR sądzą, że mogą istnieć inne niż
promieniowanie przyczyny zwiększonej liczby zachorowań - na przykład tzw. nieme
raki. Nie dają one do końca życia objawów klinicznych. Do czasu wybuchu w
Czarnobylu nie prowadzono na Ukrainie, Białorusi i w Rosji takich badań, więc po
prostu ekipy medyczne z całego świata odkryły to, co istniało niezależnie od
katastrofy.
Także u Polaków mieszkających we wschodnich
województwach nie stwierdzono wzrostu zachorowań na raka tarczycy, co
mogłoby być skutkiem promieniowania.
- W nocy z 28 na 29 kwietnia 1986 r.
wezwano mnie do KC PZPR jako eksperta w dziedzinie skażeń
promieniotwórczych - wspomina prof. Zbigniew Jaworowski. - Trwała tajna
narada, ale nawet notable partyjni nie wiedzieli, co się dzieje w Czarnobylu.
ZSRR nałożył bowiem całkowitą blokadę informacyjną. Przedstawiłem więc, na
podstawie wiedzy, którą dysponowaliśmy dzięki naszym pomiarom, możliwe
scenariusze wydarzeń. Zaproponowałem również, by podać dzieciom płyn
Lugola, chroniący tarczycę przed pochłonięciem radioaktywnych izotopów
jodu. Za niezwykle sprawne przeprowadzenie tej akcji Amerykanie stawiają nas za
wzór, dziś uważam jednak, że była ona niepotrzebna. Wówczas, w
1986 r., w świetle danych, którymi dysponowaliśmy, ze względu na
napływające nad Polskę narastające fale skażonego powietrza była to słuszna
decyzja. Ale nasza obecna wiedza o skażeniu ludności Polski wskazuje, że
zagrożenie było znacznie mniejsze, niż sądziliśmy.
Bezpieczna strefa skażona, czyli ile ziemi naprawdę uległo degradacji
po wybuchu w Czarnobylu Silnie skażony obszar w okolicach
elektrowni ma powierzchnię zaledwie pół kilometra kwadratowego! - wynika
z map zamieszczonych w raporcie UNSCEAR. Natomiast większość terenu wokół
elektrowni nie jest już niebezpieczna dla zdrowia ludzi. Po co więc
trzydziestokilometrowa, nie zamieszkana strefa bezpieczeństwa? Dlaczego
wysiedlono ludzi z miasta Prypeć? Z jakiego powodu jest ono zamknięte do
dzisiaj?
Akcja przesiedlania została przeprowadzona bardzo szybko i na
dużą skalę. W ciągu 11 dni (od 27 kwietnia do 7 maja 1986 r.) miejsce
zamieszkania musiało zmienić 116 tys. ludzi. - Podejmując decyzję o wysiedlaniu,
nie brano pod uwagę opinii naukowców rosyjskich, którzy
sugerowali, by większość mieszkających wokół elektrowni zostawić w
spokoju - mówi doc. Michał Waligórski, kierownik Zakładu Fizyki
Medycznej Centrum Onkologii w Krakowie. - Wysiedlani nie umierali z powodu
zabójczych dawek promieniowania, ale na skutek silnego stresu. Podobne
reakcje na stres obserwowaliśmy również w Polsce podczas powodzi w 1997
r. Wielu ludzi zginęło wtedy nie na skutek utonięcia, ale na przykład z powodu
zawału serca - dodaje doc. Waligórski.
Miasto Prypeć i duża część
zamkniętej trzydziestokilometrowej tzw. zony nadają się do zamieszkania! Wyniki
pomiarów radiologicznych przeprowadzanych przez międzynarodowe ekipy
wyraźnie pokazują, że poziom promieniowania na tych terenach nie jest szkodliwy
dla ludzi. Średnia dawka na obszarach skażonych wynosi zaledwie 8 mSv rocznie, a
w miejscach najsilniej zanieczyszczonych substancjami radioaktywnymi - od 30 do
80 mSv. W 1999 r. każdy Polak pochłonął przeciętnie dawkę promieniowania o
wartości 3,3 mSv.
40 proc. tej dawki stanowi promieniowanie radonu,
szlachetnego gazu wydzielanego przez rad zawarty w ziemi i w materiałach
budowlanych. Z powodu wszystkich sztucznych radioizotopów pochodzących z
próbnych wybuchów broni jądrowej, funkcjonowania energetyki
jądrowej, a także na skutek wypadku w Czarnobylu itp. Polacy narażeni są na
promieniowanie o wartości 0,036 mSv rocznie.
Jak powstało
kłamstwo czarnobylskie Gdy w końcu 2000 r. władze Ukrainy
uroczyście wyłączały ostatnie reaktory czarnobylskiej elektrowni, prasa, radio i
telewizja na całym świecie nadal upowszechniały apokaliptyczną wizję katastrofy.
W depeszach Polskiej Agencji Prasowej można było przeczytać: "Na Ukrainie
liczba śmiertelnych ofiar wybuchu jądrowego przekroczyła 4 tys. osób, a
3,5 mln ludzi cierpi w różnym stopniu z powodu skażenia radioaktywnego.
(...) Do dziś nie ma danych na temat ofiar śmiertelnych katastrofy,
których liczbę różne źródła szacują na 15-30 tys. (...) W
reportażach telewizyjnych znów pokazywano oddalone o kilkanaście
kilometrów od elektrowni opustoszałe miasto Prypeć, dzieci, które
przyszły na świat potwornie zdeformowane, opowiadano o tragedii wysiedlonych z
"trzydziestokilometrowej strefy śmierci", cytowano tych, którzy
znaleźli się "wśród 3,5 mln osób dotkniętych skutkami
awarii": "Jak długo jeszcze będę żyć, czy za rok, a może już za
tydzień dowiem się od lekarza, że jestem chory na białaczkę?".
Tragiczny i wyolbrzymiony obraz katastrofy upowszechniany jest w mediach od
pierwszych dni po awarii. W maju 1986 r. w prasie amerykańskiej napisano, że po
wybuchu reaktora zginęło na miejscu 80 osób, a 2 tys. zmarło w drodze do
szpitala oraz że ich zwłoki nie są grzebane na cmentarzach, lecz w miejscowości
Pirogowo, gdzie znajduje się składowisko odpadów radioaktywnych. Dziennik
"New York Post" straszył ogromnym tytułem "Grób masowy -
15 tys. ludzi spychanych buldożerami do dołów na odpady w Kijowie",
zaś w "National Enquirer" opisano dwumetrowej wysokości zmutowanego
kurczaka, który został złapany przez myśliwych w lasach koło Czarnobyla.
Przy czym, co ciekawe, podobne absurdalne historie ukazywały się w prasie nie
tylko w czasach, gdy władze ZSRR uniemożliwiały zdobycie wiarygodnych informacji
na temat katastrofy, ale także później. I ukazują się do tej pory.
Najpoważniejszy norweski dziennik "Aften Posten" opublikował w 1990 r.
wielki artykuł zatytułowany "Czarnobyl - wieczny koszmar". Został on
zilustrowany zdjęciami polskiego fotoreportera Wojciecha Laskiego,
przedstawiającymi dwoje dzieci z poważnymi wadami wrodzonymi (jedno z nich było
bez ręki), które miały powstać na skutek promieniowania. Pięć lat
później, 13 października 1995 r., agencja Reutera donosiła o 800 tys.
dzieci dotkniętych skutkami czarnobylskiej awarii, która "była tak
straszna jak atak jądrowy".
W październiku 2000 r. telewizja
francuska wyemitowała film o katastrofie zatytułowany "Czarnobyl, autopsja
chmury". Przeciwko programowi protestowali francuscy naukowcy - pod listem
do prezesa telewizji podpisali się prezesi najważniejszych towarzystw naukowych
związanych z biofizyką, medycyną nuklearną i fizyką jądrową. Dwa lata wcześniej
podobny protest wystosowali do Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji polscy
naukowcy. Był on związany z emisją brytyjskiego filmu dokumentalnego "Igor
- dziecko Czarnobyla". "Film przedstawia przypadek niedorozwoju
kończyn chłopca urodzonego w pobliżu Mińska na Białorusi prawie dwa lata po
wypadku w Czarnobylu. W filmie wielokrotnie stwierdzono, że deformacja kończyn
tego chłopca jest skutkiem napromieniowania radioaktywnym pyłem. Według
autorów filmu, podobne anomalie rozwojowe powstały u miliona dzieci z
terenów skażonych. Wszystkie te informacje są nieprawdziwe" -
stwierdzili naukowcy.
Strach przed skutkami awarii trafił na podatny grunt
- można powiedzieć, że ludzie oczekiwali złych wiadomości. - Było to spowodowane
głównie strachem przed bombą atomową - tłumaczy prof. Kazimierz
Obuchowski z Instytutu Psychologii Akademii Bydgoskiej. - Katastrofa zdarzyła
się w czasach, kiedy jeszcze istniał konflikt pomiędzy mocarstwami atomowymi, a
rozmaite organizacje nagłaśniały, jak straszliwe będą skutki wojny atomowej.
Ludzie poszukiwali informacji mogących potwierdzić ich obawy i lęki - tylko
takie wiadomości uznawano za wiarygodne - uważa prof. Obuchowski.
Czarnobyl, czyli dochodowy mit Dlaczego mit Czarnobyla
jest tak skrzętnie podtrzymywany? Po pierwsze, chodzi o pieniądze, po drugie - o
pieniądze i po trzecie - o pieniądze.
Ukraina i Białoruś otrzymały w
spadku po ZSRR ciężki bagaż - władze Związku Radzieckiego przyznały bowiem 600
tys. ludzi (których uznano za ofiary wybuchu) kilkunastodolarowe (w
przeliczeniu) renty i przywileje socjalne. Oblicza się, że dziś ponad 3 mln
ludzi ma prawo do wielu ulg ze względu na "trwałą utratę zdrowia
spowodowaną promieniowaniem czarnobylskim". Żaden polityk nie odważy się
ich odebrać. Zubożona Białoruś do 2015 r. wyda na same "czarnobylskie
zapomogi" 86 mld USD. Do tego dochodzą koszty zabezpieczenia zniszczonego
reaktora. Budowa supersarkofagu (obecny betonowy jest w złym stanie) ma
pochłonąć 300 mln USD. Do tej pory USA i Europa Zachodnia przekazały na
likwidację skutków wybuchu 800 mln USD, a EBOR planuje wyłożyć na ten cel
kolejne 2,3 mld euro. Według Kijowa, aby się uporać ze skutkami awarii, w
najbliższych 20 latach trzeba będzie 5 mld USD! Na Ukrainie coraz częściej
pojawiają się opinie, że gorliwość polityków w apelowaniu o pomoc
finansową "na usuwanie skutków czarnobylskiej katastrofy"
bierze się głównie z tego, iż część pieniędzy przeznaczą oni na łatanie
dziur w budżecie państwa, a część być może przepadnie w kieszeniach
urzędników.
Czarnobyl jest więc ciągle przedstawiany w jak
najczarniejszych barwach. Ukraińskie Ministerstwo Zdrowia poinformowało w 1996
r. na wiedeńskim posiedzeniu Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, że na
choroby wywołane wybuchem w Czarnobylu zmarło do tej pory 2,5 tys. osób.
Przyczynami zgonów miały być choroby nowotworowe, choroby serca i układu
krążenia oraz zaburzenia układu nerwowego. W 1995 r. w komunikacie dla prasy to
samo ministerstwo podało, że w ciągu 9 lat zmarło 125 tys. osób wskutek
wypadku w Czarnobylu. Wywołało to ostry protest ekspertów WHO. Walerij
Piszczykow, który w ukraińskim Ministerstwie Zdrowia zajmuje się
następstwami katastrofy, stwierdził niedawno publicznie, że "najczęstsze
schorzenia, na jakie cierpią mieszkańcy Ukrainy z powodu wybuchu w elektrowni,
to rak i różnego rodzaju choroby krwi, układu oddechowego, trawiennego i
nerwowego". Z kolei Wladislaw Ostapienko, szef białoruskiego Instytutu
Medycyny Radiacyjnej, powiedział agencji Reutera, że z powodu wybuchu
czarnobylskiego jego krajowi grozi katastrofa demograficzna, gdyż od kilku lat
więcej jest tam zgonów niż urodzin, nadto co roku rodzi się 2,5 tys.
dzieci z wadami genetycznymi. Ostapienko nie wspomniał jednak, że prawie w całym
byłym ZSRR, łącznie z azjatycką częścią Rosji, notuje się w ostatnich latach niż
demograficzny. Poza tym, ze względu na liczbę mieszkańców Białorusi,
ciężkich zaburzeń genetycznych u noworodków powinno być pięć razy więcej.
Nie mają one jednak nic wspólnego z jakimkolwiek promieniowaniem, a
zwłaszcza z czarnobylskim. W każdej populacji jest ich bowiem około 6 proc.
Czarnobyl, czyli wielka mistyfikacja międzynarodówki
ekologicznej Katastrofa w Czarnobylu od początku była
główną bronią organizacji ekologicznych w walce z energetyką jądrową.
Awaria i jej rzekomo potworne skutki mają być przestrogą dla wszystkich
zamierzających budować elektrownie atomowe. Kampania się powiodła - i to jeszcze
jak! W Niemczech zdominowany przez socjaldemokratów i Zielonych parlament
podjął decyzję o zlikwidowaniu wszystkich siłowni nuklearnych. We Francji, gdzie
wcześniej nie było antyjądrowej fobii, ekologowie forsują podobny postulat.
Tymczasem z taką żarliwością walczący z elektrowniami jądrowymi obrońcy
środowiska naturalnego oskarżani są przez lobby atomowe o otrzymywanie pieniędzy
od koncernów naftowych i gazowych, zainteresowanych likwidacją
istniejących siłowni jądrowych i opóźnianiem budowy następnych.
-
Organizacja ekologiczna Greenpeace dysponu-je większymi pieniędzmi niż budżety
niektórych krajów Afryki. Skąd bio-rą się te fundusze? -
mówi prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN i Szkoły Nauk
Ścisłych w Warszawie. - Greenpeace jest jedną z organizacji najbardziej aktywnie
zwalczających energetykę jądrową - uważa prof. Ziemowid Sujkowski, dyrektor
Instytutu Problemów Jądrowych w Warszawie. - Organizacja ta jest znana z
wielu pozytywnych akcji w obronie środowiska, ale w sprawie elektrowni jądrowych
głęboko się myli. Być może są to ludzie manipulowani... Ludzie, którzy
mienią się ekologami, nie mogą być głusi na wszelkie racjonalne argumenty.
Energetyka jądrowa jest bowiem najmniej uciążliwa dla środowiska naturalnego, w
przeciwieństwie do energetyki opartej na spalaniu. Strach przed promieniowaniem
wynika głównie z niewiedzy. Promieniotwórczość kojarzy się z czymś
tajemniczym i wyjątkowo groźnym - podkreśla prof. Sujkowski.
Nagłaśniając
sprawę katastrofy na Ukrainie, organizacje ekologiczne niechętnie przy tym
wspominają o podobnym incydencie w elektrowni Three Mile Island w Pensylwanii w
marcu 1979 r., gdzie podobnie jak w Czarnobylu rdzeń reaktora całkowicie się
stopił. Dzięki odpowiednim zabezpieczeniom do atmosfery nie dostały się wtedy
substancje radioaktywne, nie ucierpiał nikt z okolicznych mieszkańców, a
kilkunastu pracowników elektrowni otrzymało nie zagrażające życiu dawki
promieniowania. Okazuje się więc, że problemem nie jest promieniotwórcze
paliwo, ale odpowiedni system zabezpieczeń.
- Nawet gdyby w wyniku wybuchu
w Czarnobylu zginęło kilka tysięcy ludzi, i tak nie byłaby to największa
katastrofa drugiej połowy XX wieku - uważa prof. Turski. - Czy ktoś nagłaśniał
skutki awarii, która zdarzyła się w 1984 r. w fabryce pestycydów w
Bhopalu w Indiach? W powietrze wyleciało wówczas bardzo dużo śmiertelnie
trujących substancji, które zabiły ponad 15 tys. ludzi - podkreśla prof.
Turski. Albo czy ktoś policzył, ile tysięcy ludzi umiera każdego roku wskutek
zanieczyszczeń emitowanych przez elektrownie spalające węgiel?
Czy zatem
elektrownie atomowe rzeczywiście stanowią śmiertelne zagrożenie dla środowiska i
ludzi? Dane przytaczane przez naukowców nie potwierdzają takich obaw.
Podczas spalania miliona ton węgla kamiennego (bez stosowania urządzeń
filtrujących) do atmosfery emitowane jest 20 tys. ton pyłów, 25 tys. ton
dwutlenku siarki, 6 tys. ton tlenków azotu, a także 2 mln ton dwutlenku
węgla. Nietrudno sobie wyobrazić, jak negatywne może to mieć skutki dla zdrowia
ludzi. W Polsce rocznie spala się w piecach domowych i lokalnych kotłowniach,
gdzie nie ma żadnych filtrów, 30 mln ton węgla kamiennego. Dla
porównania, elektrownia jądrowa o mocy 1000 MW (moc wszystkich
konwencjonalnych elektrowni w Polsce to 30 000 MW) wytwarza przez rok zaledwie
30 ton wysokoradioaktywnych odpadów promieniotwórczych.
-
Gdyby cała energia elektryczna i cieplna produkowana w Wielkiej Brytanii
pochodziła z elektrowni jądrowych, wytwarzane przez nie odpady
promieniotwórcze zmieściłyby się na boisku do piłki nożnej - mówi
prof. Turski. Jego zdaniem, problem z odpadami to kolejny mit mający przekonać,
że elektrownie atomowe są szkodliwe. Odpady te będziemy bowiem mogli całkowicie
zagospodarować.
- Jeżeli przestawimy się na pozyskiwanie energii wyłącznie
z konwencjonalnych źródeł, szybko je wyczerpiemy - uważa prof. Sujkowski.
- To wyjątkowo nieodpowiedzialne. Wyczerpanie zasobów ropy naftowej nie
oznacza przecież tylko braku paliwa dla kotłowni czy samochodów.
Z
czego będziemy produkować na przykład plastik i niektóre tekstylia? -
alarmuje prof. Sujkowski. - Jeżeli atmosfera wokół energetyki jądrowej,
spowodowana m.in. mitologizowaniem awarii w Czarnobylu, szybko się nie zmieni,
za kilkadziesiąt lat marznąca ludzkość zacznie na gwałt budować elektrownie
atomowe - podkreśla prof. Turski. - I wtedy rzeczywiście trzeba się będzie
zacząć bać, bo będą one wznoszone w pośpiechu i tandetnie.