Zanim udowodnimy, że polscy politycy bez sensu boją się sprawowania
władzy, zobaczmy, jaka jest sytuacja. Oto Donald Tusk ze swoim gabinetem
obawiają się, że cokolwiek zrobią w walce z kryzysem, efekt będzie
mizerny, a wyborcy wykoszą ich przy urnie w 2011 r. Strach
przed skutkami kryzysu sprawia, że działa się na ćwierć gwizdka, a to
powoduje, że zjawiska kryzysowe narastają, przez co jeszcze bardziej
słabnie wola energicznego rządzenia i wzmaga się lęk przed popełnieniem
błędu. Czyli mamy korkociąg, w którym promień drogi spadania jest coraz
mniejszy, a czas do zderzenia z ziemią coraz krótszy. To, co się zatem
nazywa ostrożnością i przezornością, jest działaniem ryzykanckim do
granic wariactwa (zderzenia z ziemią). Nic dziwnego, że bycie w takim
czasie premierem nie wydaje się atrakcją.
REKLAMA
O wiele lepiej jest być prezydentem i albo umiejętnie sterować własnym
rządem (vide: Kwaśniewski za Belki i Kaczyński za Kaczyńskiego), albo do
rządu strzelać (vide: Kwaśniewski za Buzka i Kaczyński za Tuska). Stąd
takie branie ma w Polsce prezydentura. Bo łatwo jest ją przestawić na
rezydenturę, czyli naprawdę fajne zajęcie. Aleksander Kwaśniewski nigdy
wcześniej niż podczas pobytu w pałacu nie miał tyle czasu na oglądanie
ukochanego Eurosportu i przyjemności osłabiające goleń.
Opozycja boi się przejęcia władzy w czasie kryzysu, bo albo już rządziła
i się przekonała, że potem przez lata słyszy się tylko przykre słowa,
albo nie chce obrywać za poprzedników, bo zwykle skutki sprawowania
władzy są odłożone w czasie. Poza tym rządzenie w trudnym okresie to
nieustanne konfrontowanie pomysłów z brutalną rzeczywistością. A skoro
zarówno rządzący, jak i opozycja mają puste szuflady, zaś zdolność
kreowania wielkich idei jest mniej więcej tak wysoka jak poziom
wzniesień w Holandii, sprawowanie władzy musi budzić lęk. W opozycji
jest fajnie i w pełni nieodpowiedzialnie, więc po co się wyrywać. Tym
bardziej że polska scena partyjna wydaje się zabetonowana na amen, więc
PO i PiS mają zapewniony spokój – najlepiej w opozycji właśnie.
Owszem, rządzenie jest cool, ale w czasach prosperity. Wtedy nawet
ewidentnie głupie decyzje są neutralizowane. Wtedy też zamiast rządzenia
można snuć narodowi narracje o rządzeniu, co nie jest zajęciem
przesadnie trudnym. Tym bardziej że może być całkowicie oderwane od
rzeczywistości. Ale nawet w czasie
kryzysu rządzenie może być fajne i nie ma się czego bać. Ze sprawowaniem
władzy jest bowiem podobnie jak z pewnym szympansem. Na chybił trafił
wskazywał on spółki, których akcje warto było kupować. Jego wynik niczym
się nie różnił (a czasem różnił się na korzyść) od uzyskanego przez
maklerów, w tym tych określanych jako geniusze finansów. Chodzi więc o
to, by robić cokolwiek, byle dużo, płytko i głośno, a przedstawiać to
jako wielką pracę intelektualną oraz faktyczną dla dobra narodu i jako
wielkie poświęcenie.
Strategia „dużo, płytko i głośno" jest ze wszech
miar słuszna. Mało i głęboko to droga do wyborczej porażki i
niepotrzebnych stresów. Bo statystycznie rzecz biorąc, suma błędów
popełnianych przez rządzących jest w skutkach gorsza od korzyści z ich
dobrych decyzji. Tak jak w życiu przeciętnego człowieka błędy popełnia
się nagminnie, a dobre decyzje podejmowane są rzadko. Jeśli więc robi
się mało a głęboko, skutki błędów są, niestety, widoczne. Zamiast lękać
się sprawowania władzy, powinno się tylko zmienić strategię. Tym
bardziej że rządzenie to w istocie najbardziej bezkarna forma
eksperymentowania na żywym organizmie. Ktoś ucierpiał z powodu głupoty i
niefrasobliwości? Nikt. A z nadgorliwości – owszem. Zatem: dużo, płytko
i głośno!
Na stronie - Rząd pod prąd
Zanim udowodnimy, że polscy politycy bez sensu boją
się sprawowania
władzy, zobaczmy, jaka jest sytuacja. Oto Donald Tusk ze swoim gabinetem
obawiają się, że cokolwiek zrobią w walce z kryzysem, efekt będzie
mizerny, a wyborcy wykoszą ich przy urnie w 2011 r. Strach
przed skutkami kryzysu sprawia, że działa się na ćwierć gwizdka, a to
powoduje, że zjawiska kryzysowe narastają, przez co jeszcze bardziej
słabnie wola energicznego rządzenia i wzmaga się lęk przed popełnieniem
błędu. Czyli mamy korkociąg, w którym promień drogi spadania jest coraz
mniejszy, a czas do zderzenia z ziemią coraz krótszy. To, co się zatem
nazywa ostrożnością i przezornością, jest działaniem ryzykanckim do
granic wariactwa (zderzenia z ziemią). Nic dziwnego, że bycie w takim
czasie premierem nie wydaje się atrakcją.
O wiele lepiej jest być
prezydentem i albo umiejętnie sterować własnym
rządem (vide: Kwaśniewski za Belki i Kaczyński za Kaczyńskiego), albo do
rządu strzelać (vide: Kwaśniewski za Buzka i Kaczyński za Tuska). Stąd
takie branie ma w Polsce prezydentura. Bo łatwo jest ją przestawić na
rezydenturę, czyli naprawdę fajne zajęcie. Aleksander Kwaśniewski nigdy
wcześniej niż podczas pobytu w pałacu nie miał tyle czasu na oglądanie
ukochanego Eurosportu i przyjemności osłabiające goleń.
Opozycja
boi się przejęcia władzy w czasie kryzysu, bo albo już rządziła
i się przekonała, że potem przez lata słyszy się tylko przykre słowa,
albo nie chce obrywać za poprzedników, bo zwykle skutki sprawowania
władzy są odłożone w czasie. Poza tym rządzenie w trudnym okresie to
nieustanne konfrontowanie pomysłów z brutalną rzeczywistością. A skoro
zarówno rządzący, jak i opozycja mają puste szuflady, zaś zdolność
kreowania wielkich idei jest mniej więcej tak wysoka jak poziom
wzniesień w Holandii, sprawowanie władzy musi budzić lęk. W opozycji
jest fajnie i w pełni nieodpowiedzialnie, więc po co się wyrywać. Tym
bardziej że polska scena partyjna wydaje się zabetonowana na amen, więc
PO i PiS mają zapewniony spokój – najlepiej w opozycji właśnie.
Owszem, rządzenie jest cool, ale w czasach prosperity. Wtedy nawet
ewidentnie głupie decyzje są neutralizowane. Wtedy też zamiast rządzenia
można snuć narodowi narracje o rządzeniu, co nie jest zajęciem
przesadnie trudnym. Tym bardziej że może być całkowicie oderwane od
rzeczywistości. Ale nawet w czasie
kryzysu rządzenie może być fajne i nie ma się czego bać. Ze sprawowaniem
władzy jest bowiem podobnie jak z pewnym szympansem. Na chybił trafił
wskazywał on spółki, których akcje warto było kupować. Jego wynik niczym
się nie różnił (a czasem różnił się na korzyść) od uzyskanego przez
maklerów, w tym tych określanych jako geniusze finansów. Chodzi więc o
to, by robić cokolwiek, byle dużo, płytko i głośno, a przedstawiać to
jako wielką pracę intelektualną oraz faktyczną dla dobra narodu i jako
wielkie poświęcenie.
Strategia „dużo, płytko i głośno" jest
ze wszech
miar słuszna. Mało i głęboko to droga do wyborczej porażki i
niepotrzebnych stresów. Bo statystycznie rzecz biorąc, suma błędów
popełnianych przez rządzących jest w skutkach gorsza od korzyści z ich
dobrych decyzji. Tak jak w życiu przeciętnego człowieka błędy popełnia
się nagminnie, a dobre decyzje podejmowane są rzadko. Jeśli więc robi
się mało a głęboko, skutki błędów są, niestety, widoczne. Zamiast lękać
się sprawowania władzy, powinno się tylko zmienić strategię. Tym
bardziej że rządzenie to w istocie najbardziej bezkarna forma
eksperymentowania na żywym organizmie. Ktoś ucierpiał z powodu głupoty i
niefrasobliwości? Nikt. A z nadgorliwości – owszem. Zatem: dużo, płytko
i głośno!