Generalnie państwo, jego instytucje, politycy, zdali egzamin w tym trudnym momencie. Organizacja, spokój, odpowiedni nastrój i szacunek – to wszystko było, nie udało się tego nawet zepsuć mediom – poza niezawodną TVP1, Janem Pospieszalskim i jego „Warto rozmawiać", nadawanym sprzed Pałacu Namiestnikowskiego. Ot, taki urok telewizji „publicznej”.
REKLAMA
Żałoba miała wymiar państwowy, ale przez to, że położono w mediach nacisk na Lecha Kaczyńskiego i jego żonę, miała ona wydźwięk „prezydencki". Szkoda, wielka szkoda, ponieważ dokonania wielu ludzi z tych 96 poległych są wielkie, ogrom ich pracy i pustka po ich odejściu jest nie do zastąpienia. Można mieć takie, czy inne opinie na temat preferencji politycznych niektórych zmarłych w katastrofie, ale śmierć tak różniących się od siebie ludzi jak Andrzej Przewoźnik, Macie Płażyński czy Izabela Jaruga-Nowacka jest niepowetowana... Nie doceniano wielu za życia – i o wielu wkrótce się zapomni.
Czy obywatele zdali egzamin z żałoby? Tak, według mnie znakomicie, ale interpretuję to inaczej, niż większość komentatorów. Polacy gremialnie przyszli pożegnać prezydenta i jego żonę na Krakowskie Przedmieście, stojąc wiele godzin w kolejkach, składając kwiaty i zapalając znicze. Witali prezydenta w Warszawie po jego powrocie z Moskwy. Nie ulegli jednak iluzji, jaką próbowano narzucić, że oto śmierć Lecha Kaczyńskiego jest zaczynem jedności narodowej, tworzonej w oparciu o nowy mit założycielski Polski, jakim miała być katastrofa samolotu niemalże u bramy nekropolii polskich oficerów w Katyniu. Polacy są romantyczni w duchu, pragmatyczni i zdystansowani w życiu. Bardzo szybko odczytali, że mit i mitologia Lecha Kaczyńskiego jest tworzona na siłę. Świadczy o tym dużo mniejsze niż oczekiwano, uczestnictwo obywateli w ceremonii żałobnej w Warszawie i pogrzebie w Krakowie. To wyraźny sygnał, że rola Lecha Kaczyńskiego w III RP była duża, ale nie tak wielka, jakby chcieli to przedstawić jego apologeci.
Warto zwrócić uwagę na to, że nie udało się również narzucić w dyskusjach o katastrofie języka martyrologicznego i bohaterskiego. Próbowano wmówić Polakom, że Lech Kaczyński poległ na posterunku, a nie zginął w wypadku, a ten nie był tragicznym wypadkiem, ale od razu hekatombą, czyli wielką ofiarą. Tak, wypadek pod Smoleńskiem ma znaczenie symboliczne, pozwolił na znacznie większe upublicznienie informacji, wiedzy o mordach polskich oficerów na Wschodzie, a także otworzył wrota do porozumienia polsko-rosyjskiego. Czy to jednak zostanie odpowiednio wykorzystane, zależy do żywych, a nie zmarłych.
Wracamy do rzeczywistości. Nauczeni doświadczeniem sprzed pięciu lat, po śmierci Jana Pawła II wiemy, że słowa o pojednaniu narodowym, gesty pokoju w polityce wewnętrznej, zostaną szybko zapomniane. Wracamy do brutalnej polityki, może tylko język zostanie trochę stonowany. Ale po zdjęciu opasek żałobnych wszyscy wrócą do sprawdzonych wzorów i metod prowadzenia dyskursu politycznego. Nie będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, jedności i zgody narodowej. Nie będzie pokolenia LK I i jego spadkobierców. I tylko pojawi się w dyskusji nowy element, punkt odniesienia – stosunek do tego, co się zdarzyło pod Smoleńskiem i jakie ma to znaczenie i symbolikę.
Dla mnie osobiście śmierć Lecha Kaczyńskiego w tej katastrofie ma symbol ostatecznego pogrzebania idei IV RP.
Po żałobie
2010-04-19 11:56
Generalnie państwo, jego instytucje, politycy, zdali
egzamin w tym trudnym momencie. Organizacja, spokój, odpowiedni nastrój i
szacunek – to wszystko było, nie udało się tego nawet zepsuć mediom
– poza niezawodną TVP1, Janem Pospieszalskim i jego „Warto
rozmawiać", nadawanym sprzed Pałacu Namiestnikowskiego. Ot, taki urok
telewizji „publicznej”.
Żałoba miała wymiar państwowy,
ale przez to, że położono w mediach nacisk na Lecha Kaczyńskiego i jego żonę,
miała ona wydźwięk „prezydencki". Szkoda, wielka szkoda, ponieważ
dokonania wielu ludzi z tych 96 poległych są wielkie, ogrom ich pracy i pustka
po ich odejściu jest nie do zastąpienia. Można mieć takie, czy inne opinie na
temat preferencji politycznych niektórych zmarłych w katastrofie, ale śmierć tak
różniących się od siebie ludzi jak Andrzej Przewoźnik, Macie Płażyński czy
Izabela Jaruga-Nowacka jest niepowetowana... Nie doceniano wielu za życia
– i o wielu wkrótce się zapomni.
Czy obywatele zdali egzamin z
żałoby? Tak, według mnie znakomicie, ale interpretuję to inaczej, niż większość
komentatorów. Polacy gremialnie przyszli pożegnać prezydenta i jego żonę na
Krakowskie Przedmieście, stojąc wiele godzin w kolejkach, składając kwiaty i
zapalając znicze. Witali prezydenta w Warszawie po jego powrocie z Moskwy. Nie
ulegli jednak iluzji, jaką próbowano narzucić, że oto śmierć Lecha Kaczyńskiego
jest zaczynem jedności narodowej, tworzonej w oparciu o nowy mit założycielski
Polski, jakim miała być katastrofa samolotu niemalże u bramy nekropolii polskich
oficerów w Katyniu. Polacy są romantyczni w duchu, pragmatyczni i zdystansowani
w życiu. Bardzo szybko odczytali, że mit i mitologia Lecha Kaczyńskiego jest
tworzona na siłę. Świadczy o tym dużo mniejsze niż oczekiwano, uczestnictwo
obywateli w ceremonii żałobnej w Warszawie i pogrzebie w Krakowie. To wyraźny
sygnał, że rola Lecha Kaczyńskiego w III RP była duża, ale nie tak wielka, jakby
chcieli to przedstawić jego apologeci.
Warto zwrócić uwagę na to, że
nie udało się również narzucić w dyskusjach o katastrofie języka
martyrologicznego i bohaterskiego. Próbowano wmówić Polakom, że Lech Kaczyński
poległ na posterunku, a nie zginął w wypadku, a ten nie był tragicznym
wypadkiem, ale od razu hekatombą, czyli wielką ofiarą. Tak, wypadek pod
Smoleńskiem ma znaczenie symboliczne, pozwolił na znacznie większe
upublicznienie informacji, wiedzy o mordach polskich oficerów na Wschodzie, a
także otworzył wrota do porozumienia polsko-rosyjskiego. Czy to jednak zostanie
odpowiednio wykorzystane, zależy do żywych, a nie zmarłych.
Wracamy
do rzeczywistości. Nauczeni doświadczeniem sprzed pięciu lat, po śmierci Jana
Pawła II wiemy, że słowa o pojednaniu narodowym, gesty pokoju w polityce
wewnętrznej, zostaną szybko zapomniane. Wracamy do brutalnej polityki, może
tylko język zostanie trochę stonowany. Ale po zdjęciu opasek żałobnych wszyscy
wrócą do sprawdzonych wzorów i metod prowadzenia dyskursu politycznego. Nie
będzie żadnego porozumienia ponad podziałami, jedności i zgody narodowej. Nie
będzie pokolenia LK I i jego spadkobierców. I tylko pojawi się w dyskusji nowy
element, punkt odniesienia – stosunek do tego, co się zdarzyło pod
Smoleńskiem i jakie ma to znaczenie i symbolikę.
Dla mnie osobiście
śmierć Lecha Kaczyńskiego w tej katastrofie ma symbol ostatecznego pogrzebania
idei IV RP.