PIOTR NAJSZTUB: Nie
wydaje się pani, że od czerwca, kiedy wydała pani „Magmę", ta
tytułowa magma złożona z polskiego katolicyzmu państwowego, przaśnego
patriarchatu i kultu „naszości” jeszcze bardziej się spulchniła i
wpadamy w nią coraz głębiej? Że nie do kostek, a do kolan już ją mamy? AGNIESZKA GRAFF:
Owszem. Ale pisząc „Magmę" i licząc na to, że będę w
awangardzie antyklerykalnej, nie przewidziałam ostrej dyskusji wokół przywilejów
ekonomicznych Kościoła i tego wybuchu młodzieżowego zniecierpliwienia wobec
Kościoła.
Jednorazowego. Ale dość niezwykłego jak na polskie warunki. Ale znowu żyjemy w magmie, teraz
1maja będziemy świętować cud, świętość papieża i rozumiem, że każdy następny 1
maja będzie rocznicą tego cudu, więc jesteśmy „ugotowani".
Wcześniej będzie 10 kwietnia, czyli pierwsza
rocznica katastrofy pod Smoleńskiem… „Odpadłam" od
tego tematu, przestało mnie to zupełnie ciekawić.
Wynarodowiła się pani? Całkowicie. Na użytek naszej rozmowy zaczęłam przebijać się przez zwały
komentarzy, raportów i czuję się bardzo obco wobec tej histerii. I podejrzewam,
że znaczna część społeczeństwa tak się czuje. W mojej rodzinie nazywamy to
paraliżem smoleńskim, to, co zawładnęło mediami, które właściwie nie mówią na
żaden inny temat. Tak było po śmierci papieża. Wydawało się, że media grają w
grę pod tytułem „Kto pierwszy wypowie słowo na inny temat niż śmierć
papieża, ten przegrał". Coś takiego dzieje się ze Smoleńskiem. Ten paraliż
dotyczy klasy politycznej i klasy dziennikarsko-publicystycznej. Natomiast
– moim zdaniem – większość ludzi ma to głęboko w nosie.
To czemu nie słyszymy, że oni mają to w
nosie?Polskie społeczeństwo niewiele mówi, zajmuje się spłacaniem
kredytów. W moim środowisku, czyli ludzi, którzy mają małe dzieci, tematem
rozmów jest poszukiwanie przedszkola i zastanawianie się, gdzie wydać pieniądze,
jeżeli ktoś je ma, i gdzie pojechać na wakacje albo jak przetrwać, jeżeli ktoś
tych pieniędzy nie ma. Dla iluś tysięcy Polaków dużo bardziej emocjonujące są
skoki wartości franka szwajcarskiego. Polacy w ogóle nic nie mówią swojej klasie
politycznej, czasem coś szepną, kiedy 30 proc. z nich wybierze się na wybory.
Ale żeby coś głośniej powiedzieć, jak to mówią Grecy czy Francuzi, wychodząc
masowo na ulice, to nie, w Polsce tego nie ma.
Może nie wychodzimy na ulice też dlatego, że władza
sprytnie nigdy nie dotyka boleśnie, głęboko jakichś dużych grup, tylko zawsze to
jest takie odcinanie po plasterku?
Na przykład na uniwersytecie
wrze w tej chwili podskórnie. Uniwersytet właściwie przestał być miejscem, gdzie
się dyskutuje, stał się jakąś zardzewiałą maszynką do zarabiania pieniędzy.
Ludzie są potwornie sfrustrowani, mają poczucie, że instytucja, w której się
zatrudniali dziesięć, dwadzieścia lat temu, przestała istnieć.
Może to już jest koniec polskiego uniwersytetu?
Tak mówi wielu moich znajomych. W jakimś sensie to jest koniec, to
przestało być miejsce, gdzie jest aura wolności i takiej bezinteresowności
myślenia. Inwazja tak zwanej nowoczesności rozumianej jako podporządkowanie
myśli regułom biurokracji i rynku niszczy to, co zaczęło być fajne i ciekawe.
Życie naukowe zatraciło swoją spontaniczność, bo wszystko trzeba opakować w
grant i zaplanować dwa lata wcześniej. Jak ja mam zaplanować, wymyślić projekt
badawczy trzy lata wcześniej, jeżeli pisanie książki naukowej jest pewną
przygodą intelektualną, która może mnie w różne strony zaprowadzić? Myślę, że
przy takim kryzysie francuscy czy angielscy intelektualiści wyszliby na ulice
razem ze studentami! Więc to nie jest tak, że nikt w nas nie uderza, tylko
Polacy po różnych krzywdach, które im się dzieją ze strony klasy politycznej,
zamiast negocjować z władzą, szukają innych sposobów, jak załatwić sprawę.Tak
było z prawem do aborcji – zamiast dobrego prawa mamy nieźle funkcjonujące
podziemie. Tak jest w dużej mierze z brakiem przedszkoli i żłobków, Polki to
sobie załatwiają przy pomocy swoich babć, teściowych i Ukrainek. Pomysł, że
państwo w ogóle ma nam coś wartościowego zorganizować, jest pomysłem w
dojrzałych demokracjach, Polska nigdy ani przez moment taką demokracją nie była.
Skoro
tacy jesteśmy i władza jest, jaka jest, to może państwo nam jest niepotrzebne,
wypiszmy się z niego...
Państwo jest potrzebne i różne grupy w
pojedynczych sprawach coraz bardziej zdają sobie z tego sprawę, myślę np. o
ruchu „alimenciar", które wychodziły na ulicę. Teraz są postulaty
ZNP, przedszkole w każdej gminie, to też jest dość masowy ruch. Podobnie było z
parytetami. Czekam na moment, kiedy z tych różnych ruchów wyklaruje się coś
masowego, co będzie miało szerszą wizję społeczną tego, co winne nam jest
państwo.
Ale być może nam, dziennikarzom, i im, politykom, uda się dalej tak ogłuszająco
kręcić tym młynkiem smoleńskim, że nikt o takim ruchu nawet nie usłyszy?
Nie. Jest jakieś 20 proc. społeczeństwa, które sprawa smoleńska
ekscytuje w stopniu najwyższym, to elektorat Jarosława Kaczyńskiego. Myślę o
nich, o ich gniewie i teoriach spiskowych jako o smutnym efekcie całego procesu
transformacji, w którym ekonomicznie wykluczeni posługują się wyłącznie językiem
narodowej krzywdy. Myślę, że PiS na tym nie wygra wyborów, natomiast Smoleńsk
bardzo skutecznie będzie organizował debatę publiczną przez następny rok. I to
jest dla mnie przerażające, bo widzę kilka naprawdę dużo ważniejszych tematów.
Ale one nie mają szans, bo co może być piękniejszego niż zdrada 30 stycznia 2011
| wprost i katastrofa lotnicza, którą chyba część tych ludzi uważa za zamach,
jako metafora własnego poczucia zdrady i krzywd?
I ta mniejszość, wraz z elitami politycznymi, może
zahipnotyzować państwo, zatrzymując je w rozwoju?
To jest pewne
złudzenie elit, że wszyscy rozmawiają tylko na ten temat co elity. Zastanawiałam
się z grupą znajomych, co by było, gdyby tego krzyża nie zlikwidowano i nie
zmuszono tych ludzi do rozejścia się.
Rozeszłoby się po kościach, a ludzie – po domach.
Tak,
już by tego nie było. Natomiast elity polityczne nadal są na tym najwyższym
poziomie rozemocjonowania. Może zresztą nie są, może tylko udają?
Pani akceptuje postępowanie pana premiera w
tej sprawie? Jest pani z niego dumna, wstydzi się za niego?
Nie mam
do niego żadnego emocjonalnego stosunku. Myślę, że gigantyczny sukces PO polega
na tym, że alternatywą dla nich są szaleńcy, takie jest chyba dość powszechne
mniemanie, że oni są uosobieniem polskiej normy, trochę gnuśniej, trochę
kolesiowatej, w miarę racjonalnej, a alternatywą jest nieustająca histeria i
agresja, która płynie z ust Kaczyńskiego. Mnie jest niezwykle żal Kaczyńskiego,
on ciągle jeszcze przeżywa żałobę po swoim bracie, z tej śmierci uczynił treść
nie tylko swojego życia, ale także życia całej formacji politycznej. Ale to już
nie jest nasza sprawa, milionów Polaków.
To był jednak nasz prezydent.
Nasza żałoba już się
skończyła. Teraz się zapisujemy do żłobków i przedszkoli, przegłosowaliśmy
ustawę parytetową, zastanawiamy się nad tym, czy rynek jest jedynym lekarstwem
na emerytury. Jest ileś ważnych tematów, którymi polityka powinna się zajmować,
a zajmujemy się wyłącznie tym, czy Rosjanie dali nam w twarz i czy Tusk powinien
był trzy godziny krócej jeździć na nartach. Ja na przykład bardzo chciałabym
mieć do końca wyrobiony pogląd na temat OFE. Nie mam. To wymaga wiedzy.
Natomiast wyrobienie sobie zdania na temat tego, czy Tusk zhańbił Polskę, wymaga
wypicia kawy i podrapania się w głowę.
Pani ma to w nosie po prostu?
Uważam, że są ważniejsze
sprawy. Natomiast my w ogóle nie rozmawiamy o stanie państwa, my rozmawiamy o
stanie psychiki Kaczyńskiego i okolic.
Latem zacznie się kampania wyborcza, panowie
założą doskonale znane nam zbroje, wciągną proporce...
Myślałam, że
pan powie: świetnie skrojone garnitury.
Nienawiść zamienia garnitury w zbroje. I znowu ci sami, w tych samych
rolach, prawdopodobnie z tym samym stosunkiem sił zakończą bój o władzę i znowu
nie będzie miejsca na rozmawianie o modelu społecznym.
Tak właśnie
będzie, to jest wojna czysto symboliczna. Można sobie zadać pytanie: czy tak już
gdzieś kiedyś było, że zamiast rozmawiać o sprawach konkretnych, rozmawiano
wyłącznie na poziomie symboli, emocji i tego, kto kogo zdradził? Jako
amerykanistka mogę panu powiedzieć, że przez ostatnich 10 lat trochę tak było w
Stanach. Podział na Amerykę tak zwaną czerwoną i tak zwaną niebieską był głęboko
kulturowy i mocno osadzony w metaforach. Mówiło się źle o liberałach, czyli
lewicowcach pijących kawę latte na Wschodnim Wybrzeżu, a z drugiej strony o tych
przaśnych konserwatystach ze środkowych stanów. Wzajemne wymyślanie sobie i
alienowanie się do niczego nie prowadziło, tylko narastała wzajemna wrogość. I
do tej pory w jakimś stopniu tak jest, ale coś się wydarzyło. Służba zdrowia,
temat ważny i bolesny dla milionów ludzi, stała się tematem nośnym również w
sferze wartości, emocji. Jeżeli sobie uświadomimy, że spór o żłobki to nie jest
praktyczny spór o to, ile pieniędzy z kasy państwowej, a ile z gminnej…
Że to jest spór o model społeczny.
Właśnie! To jest spór o to, jak ma wyglądać życie milionów młodych
kobiet w Polsce, nie tylko te trzy lata, które Polki w trzech piątych spędzają
ze swoimi dziećmi zamknięte w domu, ale całe ich życie zawodowe! Bo powrót z tej
przerwy trzy- lub więcej letniej jest właściwie powrotem donikąd, kobiety masowo
rezygnują z pracy zawodowej jako projektu życiowego. Państwo wymaga od Polek,
żeby wykonywały za nie całą pracę opiekuńczą. I to jest z mojej dzisiejszej
perspektywy kluczowy spór i mnie dużo bardziej ciekawi, jak będzie wyglądała po
poprawkach ustawa żłobkowa, niż to, co Kaczyński powie, kiedy Tusk powie, co
myśli o poprawkach do raportu MAK...
I te miliony matek i inne grupy społeczne ze swoimi problemami będą
musiały poczekać, aż kilkuset mężczyzn ustali, kto jest zdrajcą, a kto nie. A
potem – kto może rządzić krajem, a kto nie. I być może wtedy, jak już ten,
co może, będzie rządził, to wtedy może zacznie się nimi zajmować…
Tak, ale po to mamy ustawę parytetową, a właściwie kwotową, żeby
wejście w politykę szeregu kobiet wprowadziło inny zestaw tematów, inny zestaw
wartości. Tak było w Skandynawii, w ciągu ostatnich 30 lat zmieniła się tam
tematyka.
Im nie spadł samolot z
prezydentem i stoma ważnymi...
Ale zamordowano premiera Olofa
Palmego i też można było z tego zrobić opowieść na następne 10 lat. Ale chciałam
jeszcze wrócić do ustawy żłobkowej, niezwykle ważnego tematu jako części
dyskusji o roli kobiet, podziału na sektor prywatny i publiczny, elementu debaty
na temat kształtu edukacji wPolsce. Obawiam się, że ta gęba, którą się wPolsce
przyprawia żłobkom, ten stereotyp, którym posługują się oponenci tej ustawy, że
„to jest to straszne miejsce, w którym dzieci oderwane od czułych rąk
matki dostają po prostu masowej schizofrenii", może być decydujący. A jest
pytanie: czy uda się w tych żłobkach, które powstaną, stworzyć realną bazę
edukacyjną dla malutkich dzieci? To będzie ogromny wysiłek, tylko musimy sobie
uświadomić jako społeczeństwo, że edukacja jest ważna, a jakoś w ogóle na ten
temat nie umiemy rozmawiać.
Bo
jesteśmy narodem.
A nie społeczeństwem.
A to naród doznał ogromnej straty 10 kwietnia zeszłego roku i
naród teraz musi z tym się uporać i znowu się nie stanie społeczeństwem przez
kilka lat.
Tak pan myśli?
Tego się obawiam.
Widzę ten naród w miejscach, gdzie się
zbierają rodzice i organizują spotkania, teatrzyki, żeby obronić ogródek w
lokalnym przedszkolu, który ma przejąć deweloper, i to są fajni ludzie, związani
z okolicą, w której mieszkają. I którym nawet do głowy nie przyjdzie, żeby
rozmawiać o Smoleńsku albo o papieżu. Czy ten naród nie jest jakąś wizją, którą
wytworzyły w swojej wyobraźni elity? Problem mamy taki, że państwo jest emanacją
fikcji zwanej narodem, a nie przestrzenią, w której można podebatować na temat
tego, co nurtuje społeczeństwo. A powinno być emanacją społeczeństwa. I mamy
niekończące się dyskusje o Smoleńsku i np. właściwie wymiecioną z przestrzeni
publicznej dyskusję o 1 proc. na kulturę. Paraliż smoleński trwa. Ta żałoba jest
w tej chwili sztucznie nakręcana, bo już tej zbiorowej żałoby nie ma jako
autentycznej emocji.
Ale umiejętnie
ją podsycamy, pytamy wdowy, zaczynamy już pytać dzieci, co czują...
Jakbyśmy chcieli uczestniczyć w ich prywatnej żałobie, która jest jak
najbardziej autentyczna, prawomocna i naturalna. Czy tej żałobie pomoże zapis z
rozmów z wieży? To mi się wydaje jakimś absurdem.
Pani zawsze krytykowała zrośnięcie się w Polsce
państwa i Kościoła. Mamy świeżą dyskusję o oddawaniu majątku Kościołowi, o
krzyżach w szkołach. Pani patrzy na to z nadzieją, że Kościół zacznie się trochę
wycofywać z państwa?
Uroczystości żałobne po katastrofie
smoleńskiej pewnie się zapiszą w polskiej historii jako apogeum kościelnego
królestwa w demokratycznej Polsce. Wtedy Polska stała się jednym wielkim
kościołem, w którym śpiewano religijne pieśni. Oglądając niedawno rewelacyjny
zapis tych chwil – film Artura Żmijewskiego „Katastrofa"
– zastanawiałam się, czy nie powinnam stąd wyjechać, bo polskość i
katolicyzm się zlały w jedno. Ale to był moment, wygasł i równolegle z jego
wygasaniem toczyła się intensywna dyskusja na temat finansów Kościoła. To były
dość szokujące liczby hektarów… I to przez moment stało się prawomocną
formą krytyki Kościoła i stosunku państwa do Kościoła. Dla mnie było
interesujące i smutne, że takiego wpływu na debatę o Kościele nie miały
rewelacje o wykorzystywaniu seksualnym dzieci przez księży, czyli to, co stało
się źródłem kłopotów Kościoła w Irlandii. Empatia wobec pokrzywdzonych przez
Kościół dzieci w Polsce nie miała znaczenia.
Może skala tego pokrzywdzenia była mniejsza?
Nie, myślę, że skala była podobna, natomiast tabuizacja jest
większa, te małe wioski czy miasteczka w Polsce są bardziej zamkniętymi
społecznościami niż analogiczne miejscowości w Irlandii i ludzie się bardziej
boją. Na razie polski antyklerykalizm najlepiej się karmi wkurzeniem na bogatego
księdza, który jeździ mercedesem i ma wielki brzuch. Niejako przy okazji był
bunt licealistów przeciwko krzyżom, a ja czekam, aż się zaczną rodzice
przedszkolaków buntować! Przecież w większości polskich przedszkoli publicznych
jest nauka religii! Tu już nie można mówić o jakiejś alternatywie, bo
przedszkolaka się nie wysadzi poza salę, w której urzędują zakonnica czy ksiądz.
W Polsce się indoktrynuje dzieci trzy-, czteroletnie!
Jakie miałaby pani trzy główne postulaty w tej
sprawie wobec państwa i dzisiejszego Kościoła?
Boże jedyny…
– powiedziała ateistka… Świeckości szkoły! Rzeczywista alternatywa
wobec religii, rzeczywiste wprowadzenie etyki do szkół w takim zakresie i w
takiej formie…
A nie
wyprowadzenie Kościoła ze szkół?
To byłby program maksimum, w tej
chwili nie do wykonania. Drugi postulat to całkowite wycofanie się Kościoła,
niedopuszczanie Kościoła do ustaw dotyczących praw reprodukcyjnych. Uważam, że w
oczywisty sposób należy renegocjować ustawę antyaborcyjną, ale ona jest też o
edukacji seksualnej i dotyczy to również leczenia niepłodności. To jest kolejny
temat, który Smoleńsk wymiótł, a który dotyczy przecież kilku milionów ludzi w
Polsce. I po trzecie, ja bym chciała żyć w państwie, w którym instytucje
religijne czy kościelne niezależne od wyznania są w jakiś klarowny i równy
sposób opodatkowane. Być może to powinno polegać, tak jak w Niemczech, na tym,
żeby opodatkowywano wiernych, wtedy byśmy się przekonali, ile w Polsce jest
realnie katolików.
A np. zakaz
święcenia budynków państwowych, które budujemy za wspólne pieniądze, czyli też
niewierzących, a potem przychodzi ksiądz, święci i mówi: to jest już boskie,
nasze?
Szczerze mówiąc, dla mnie święcenie to są takie czary-mary,
ani mnie to grzeje, ani ziębi... Mnie w tej chwili bardziej interesuje
mikropoziom, który poddaje przedszkolaka edukacji katolickiej wbrew woli jego
rodziców.
Wróćmy do opozycji między narodem a społeczeństwem. Żeby wygrało
społeczeństwo, trzeba „zabić" naród?
To się przedstawia
jako różnice pomiędzy wykluczającymi się ideologiami: z jednej strony
nowoczesne, liberalne myślenie w kategoriach praw jednostek i ludzi, wobec
których żywimy szacunek jako do osób mających jakieś prawa i planujących swoje
indywidualne życie, a z drugiej strony naród jako całość, zbiorowość. Po stronie
społeczeństwa są racjonalne spory dotyczące projektów społecznych i tego, jak
sobie zorganizujemy życie jako zbiorowość, a po stronie narodu są wielkie
emocje, właśnie zdrada, hańba, że oszukali nas. I każdy, kto się wyłamuje z tych
priorytetów, z tej wizji podmiotu jako całości, staje się za chwilę obcym. Mnie
się marzy inny krajobraz: emocje po stronie wielkich projektów społecznej
zmiany. Projekty społeczne, które mówią na przykład o równości szans czy
organizowaniu systemu opieki, też powinny budzić emocje. Bo to projekty mówiące
o tym, kim jesteśmy, jakim jesteśmy społeczeństwem.
Więc pani mówi: niech te spory wokół społeczeństwa
nabiorą rumieńców, to wtedy i ten naród trochę rumieńców straci?
Tak. Albo naród zacznie sam siebie postrzegać jako społeczeństwo. W Stanach to
się udało w debacie o służbie zdrowia, bo przez długie lata nie można było jej
zreformować, ponieważ konserwatyści, przeciwni powszechnym ubezpieczeniom,
ubierali to w język wielkich wartości, wolności jednostki. Dopiero Obama zaczął
mówić językiem emocji o tym, że Stany Zjednoczone jako najbogatszy kraj świata
powinno być stać na to, żeby wszystkie dzieci miały dostęp do dobrej opieki
medycznej. Dlaczego np. lewica o żłobkach mówi językiem chłodnym i pozbawionym
symboli, zostawiając te wielkie, zbiorowe emocje wyłącznie nacjonalistom? Trzeba
odwołać się w racjonalnych sprawach do języka emocji.
U nas żłobki chyba zawsze przegrają z cmentarzami.
To wyjdźmy z cmentarza.
Krzykiem, gniewem, tupaniem nóżkami i chodzeniem z pochodniami nic nie wyjaśnią. Część osób wierzy w PRZEWRÓT, ale nie rozumieją, że państwo demokratyczne przewrotów nie potrzebuje. Rządzi partia z największym poparciem lub koalicja z największym poparciem.
Załóżmy przewrót PiS i co dalej? Najbliższe wyboru przywróciłyby stan sprzed wyborów. To wprowadzamy autokrację na 10-20 lat? Izolacja Białorusi to by nas czekało, a z wysoko ciężko się spada.
Dzisiejszy przewrót PiS, jutro zmieciony byłby przez kolejny, a to oznaczałoby wojnę domową, na to żadna partia się nie zdecyduje.rozwiń komentarz
Na decyzje chorych ludzi ikt inny nie miał najmniejszego wpływu.Kto mimo zabiegów na tej liscie sie nie znalazł niech dziękuje opaczności że chodzi po tej ukochanej ziemi.rozwiń komentarz
Swołocz bolszewicką z Poslki trzeba przepędzić!rozwiń komentarz