| Dyskretne promieniowanie lansem |
|
Bycie hipsterem proste nie jest. – Nie można nim być – stanowczo
stwierdza Maurycy, barman z warszawskiego klubu Plan B. Ale łaskawie
dodaje: – Nim można zostać ogłoszonym. Jan Sienczewski, właściciel klubu
Kamieniołomy, precyzuje: – Szanujący się hipster nie nazwałby się
hipsterem. Zobacz, Marcin, to jest hipster – wskazuje barmana. – Marcin,
jesteś hipsterem? – przekrzykuję polski hip-hop lecący z głośników. –
Nie – Marcin jest obyty, więc naturalnie zdaje test.
REKLAMA
Więc jest tak:
każdy o hipsterze słyszał, nawet potrafi go pokazać wśród swoich
znajomych, ale nie ma mowy, żeby sam się tak określił. To hipsterska
śmierć. Samobój. Autodiss (no, powiedzmy – wpadka). Weźmy Mariannę
Grzywaczewską (rocznik 1987), która – podkreślmy – nie jest hipsterką
(chociaż kolega twierdzi inaczej). – Mam poumawiane różne spotkania w
mieście. Teraz rozmawiam tu z tobą – mówi przy latte w papierowym kubku
w kawiarni przy placu Zbawiciela – potem z koleżanką w innej kawiarni,
potem posiedzę gdzieś z komputerem. W każdym z tych miejsc widzę tę samą
osobę i zastanawiam się: co ona tak całe dnie spędza po kawiarniach? Bo
ja jestem poumawiana, ale ona? Marianna zdaje sobie jednak sprawę, że
„tamta" może sobie pomyśleć dokładnie to samo. I dociera do sedna
hipsterstwa: – Hipster ubiera się w lumpeksach, nosi buty Nike z
limitowanej serii, słucha offowegozespołu z Islandii, spędza dni między
kawiarniami, parkami, brunchami, stara się być oryginalny i nagle mimo
tych wszystkich wysiłków go szufladkują. To jest uderzenie w jego
indywidualizm.
Slimy hipstera
Hipstera najbardziej boli, jak go szufladkują. Ale gdyby się uważnie
rozejrzał, zauważyłby sporo ludzi podobnych do siebie. Rozglądamy się po
przepełnionych ogródkach modnych wśród hipsterów Planu B i Charlotte na
pl. Zbawiciela. Znak charakterystyczny – zaparkowane kilkanaście
rowerów: amsterdamek, poprzerabianych górali, kolarzówek i – wreszcie –
najmodniejszych w tym sezonie ostrych kół – rowerów bez przerzutek i
hamulców (OK, może być ewentualnie przedni hamulec). Hipstera
zlokalizować łatwo. Po prostu stoi i promienieje lansem.
Dyskretne promieniowanie lansem
Bycie hipsterem proste nie jest. – Nie można nim
być – stanowczo
stwierdza Maurycy, barman z warszawskiego klubu Plan B. Ale łaskawie
dodaje: – Nim można zostać ogłoszonym.
Jan Sienczewski,
właściciel klubu
Kamieniołomy, precyzuje: – Szanujący się hipster nie nazwałby się
hipsterem. Zobacz, Marcin, to jest hipster – wskazuje barmana.
– Marcin,
jesteś hipsterem? – przekrzykuję polski hip-hop lecący z głośników.
–
Nie – Marcin jest obyty, więc naturalnie zdaje test.
Więc jest tak:
każdy o hipsterze słyszał, nawet potrafi go pokazać wśród swoich
znajomych, ale nie ma mowy, żeby sam się tak określił. To hipsterska
śmierć. Samobój. Autodiss (no, powiedzmy – wpadka).
Weźmy
Mariannę
Grzywaczewską (rocznik 1987), która – podkreślmy – nie jest
hipsterką
(chociaż kolega twierdzi inaczej). – Mam poumawiane różne spotkania w
mieście. Teraz rozmawiam tu z tobą – mówi przy latte w papierowym kubku
w kawiarni przy placu Zbawiciela – potem z koleżanką w innej kawiarni,
potem posiedzę gdzieś z komputerem. W każdym z tych miejsc widzę tę samą
osobę i zastanawiam się: co ona tak całe dnie spędza po kawiarniach? Bo
ja jestem poumawiana, ale ona?
Marianna zdaje sobie jednak sprawę,
że
„tamta" może sobie pomyśleć dokładnie to samo. I dociera do sedna
hipsterstwa: – Hipster ubiera się w lumpeksach, nosi buty Nike z
limitowanej serii, słucha offowegozespołu z Islandii, spędza dni między
kawiarniami, parkami, brunchami, stara się być oryginalny i nagle mimo
tych wszystkich wysiłków go szufladkują. To jest uderzenie w jego
indywidualizm.
Slimy hipstera
Hipstera najbardziej boli, jak go szufladkują. Ale gdyby się
uważnie
rozejrzał, zauważyłby sporo ludzi podobnych do siebie. Rozglądamy się po
przepełnionych ogródkach modnych wśród hipsterów Planu B i Charlotte na
pl. Zbawiciela. Znak charakterystyczny – zaparkowane kilkanaście
rowerów: amsterdamek, poprzerabianych górali, kolarzówek i – wreszcie
–
najmodniejszych w tym sezonie ostrych kół – rowerów bez przerzutek i
hamulców (OK, może być ewentualnie przedni hamulec).
Hipstera
zlokalizować łatwo. Po prostu stoi i promienieje lansem.
Nie
błyszczy
Pradą, Armanim czy Dolce & Gabbaną, choć mogą się gdzieś zawieruszyć
wśród ubrań z lumpeksów z ul. Puławskiej czy ubrań polskich projektantów
z Mokotowskiej, Kruczej i Wilczej albo, ostatecznie, z sieciówek typu
H&M i Zara. Chodzi o to, żeby był lans, lecz dyskretny. Żeby mieszać
drogie z tanim. Hipster ma na sobie rurki (inaczej slimy – bardzo wąskie
spodnie), buty bez skarpetek, luźny T-shirt z głębokim dekoltem.
Dziewczyna w takim upale ma zwiewną sukienkę niewinnie odsłaniającą uda,
oryginalną torebkę, kwiat we włosach. Ale niekoniecznie, bo hipsterzy są
trendsetterami – już noszą rzeczy, które dopiero za chwilę będą modne.
Buty z limitowanej serii Nike do stu sztuk najmodniej jest wystać przez
noc w kolejce w Berlinie. Bluzka za 70 euro z berlińskiego lumpeksu to
obiekt zazdrości, ale bluzka za 70 euro kupiona w firmowym sklepie to
ewidentny autodiss.
Można mieć tatuaż, zegarek z komunii, retro
Nintendo. iPhone i Macbook to oczywistość. Nosić się trzeba od
niechcenia, niedbale i być szczupłym. Gruby hipster to żaden hipster.
Tak samo jak hipster 40-letni – coś takiego nie istnieje. Hipster ma
16-30 lat. Liberalni obserwatorzy (bo przecież nie hipsterzy!)
rozszerzają granicę do 35. roku życia, konserwatywni zawężają do 25.
Głodny kawy
Hipster to zwierzę wielkomiejskie. W polskich warunkach oznacza to
Warszawę, Poznań, Kraków i Wrocław. Tyle. Kropka. Hipster musi mieć
miejsca, w których się lansuje. Jeśli nie ma kawiarni, klubów, concept
store’ów (autorskich butików), nie ma też buzzu – energii do
„tworzenia"
(o tym później) i lansu. A hipster musi się pokazywać, musi bywać, robić
szum, z angielska „fame” wokół siebie. Dlaczego? – Eee
– Marcin, student
polonistyki i barman, nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Musi i
już.
I to w odpowiednich lokalach. W Warszawie hipster nie pójdzie
do P.
albo do K., albo do modnego niegdyś U. Jedno to „kurwidół", w
drugim
napięte żele albo sekretarki i marketingowcy. Pójdzie nie do tego
miejsca, co ostatnio reklamowali w gazecie czy telewizji, ale do tego,
co rekomendował kolega.
Rekomendacja i szeptany marketing – to na hipstera działa.
Pierwszą kawę
wypije w Warszawie Powiślu – klubokawiarni na miejscu dawnej kasy
biletowej PKP albo teraz raczej w Charlotte, nowo otwartej śniadaniowni
w paryskim stylu. Potem tuż obok kawiarnia Karma, piknik w Skaryszaku
(park Skaryszewski na Pradze), odżywcza zupa pho w centrum, wieczorem
piwo w Planie B. Do tego są jeszcze zagłębia klubowe na Pradze i kluby w
centrum. Ale na pl. Zbawiciela można właściwie spędzić cały dzień,
oszczędzając energię, leniwie przechadzając się między lokalami,
gaworząc o afterparty przy wódce cytrynówce albo orzechówce,
niepasteryzowanym piwie. Rzygając potem pod mostem. Hipster lubi eventy
typu niedzielny wegański albo organiczny bufet. Ekologiczny fast food.
Tofu Attack. Lubi te same miejsca. Chodzi o to, żeby poczuć się jak w
rodzinie – bez prawdziwej rodziny. Jak na wsi – nie wyjeżdżając z
miasta. Jak w domu – siedząc w kawiarni.
Jest omnipotentny
Hipster interesuje się kulturą, popkulturą i sztuką. Bardzo szeroko
pojętą. – Charakteryzuje go omnipotencja – tłumaczy Hanka Maciąg
(rocznik 1990). – Może wszystko i nie bardzo potrafi się wcisnąć w jeden
kanał. Raczej oscyluje między różnymi dziedzinami jak film, teatr,
muzyka, literatura, sztuki plastyczne.
Hanka jest doskonałym
przykładem:
obecnie studentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Warszawskim,
wcześniej – mongolistyki z tybetologią oraz etnologii, myśli o
reżyserii. Zajmuje się teatrem. Ale Hanka nie powie, że jest hipsterką.
Powie, że hipsterzy to fotografowie, didżeje, filmowcy, ludzie teatru,
projektanci mody.
I kogokolwiek zapytasz: robi w teatrze, muzyce,
amatorsko didżejuje, rozkręca fajny projekt.
Jan, właściciel
Kamieniołomów, grywa amatorsko jako didżej, po trzech latach od
zakończenia studiów (zarządzanie) przymierza się do obrony pracy
magisterskiej, mówi po francusku, hiszpańsku i angielsku. Sprowadza z
Argentyny hipsterskie espadryle – paezy.
Marianna
zastanawiała się, czy
nie zostać stylistką. – Ale życie od sklepu do sklepu to nie dla mnie.
Mówienie o ubraniach, robienie zdjęć ubraniom, zakładanie ubrań – i robi
się nudno – stwierdza. Jak miała 20 lat, założyła Cloudmine.pl, sklep z
odzieżą vintage i ubraniami młodych projektantów. Nie rozkręciłaby tego
bez finansowego zastrzyku od rodziców. Ale nakłady – niewielkie na
biznes internetowy – zwróciły się i oddała. Za darmo miała fotografów i
modelki. Marzy jej się w Polsce paryskie Marais z malutkimi autorskimi
butikami.
Zdarzało jej się spędzać dzień na nicnierobieniu od
kawiarni
do kawiarni, ale broni takiego stylu życia, bo przynajmniej u części
jest owocny. – Po czterech godzinach gadania i nicnierobienia nagle
rodzi się inicjatywa – mówi Marianna.
A poza tym trzeba
bywać, żeby
poszła fama w miasto.
Nieistniejący kodeks hipstera
Mewa bezczelnie łamie nieistniejący i nigdy niespisany kodeks praw
i
obowiązków hipstera, a w szczególności jego pierwszą niepisaną zasadę:
hipster nie nazywa samego siebie hipsterem. – Tak, jestem hipsterką
–
rzuca od niechcenia.
Inni zaraz wdają się w emocjonalną dyskusję:
bo
skoro się określiła jako hipsterka, to już nie może nią być. – Mewa,
zastanów się, nie mów tak – sugerują. Bo przecież dobrze wiedzą, że
Mewie niewiele może zagrodzić drogę do bycia hipsterką. Jest
megawyluzowana, superautentyczna, bawi się do upadłego.
Mateusz
(didżej,
połowa duetu Viadrina) też się wyłamuje. – Czemu nie? Spełniam wszystkie
kryteria hipstera.
Rozmawiamy przez Skype’a, Mateusz jest w
Das Lokalu,
modnym klubie we Wrocławiu. Hipsterzy mają tutaj jeszcze Krakowską 180 i
Puzzle na Rynku. Mateusz dużo siedzi w sieci. – Mam kilka swoich linków,
blogów, które sprawdzam – z designem, muzyką, modą, grafiką. Do tego non
stop odświeżam Facebooka. Googluję. Chłonę.
Media spod znaku Web
2.0 –
blogi, fotoblogi, społeczności internetowe, grupy dyskusyjne, Facebook,
YouTube, Flikr, są z hipsterem nierozłączne. Mateusz ma 23 lata i
czasami czuje się już stary. – Młodsi o trzy- -cztery lata mają więcej
zapału, aby przegrzebywać się przez ten internetowy śmietnik. Jak masz
tysiąc znajomych na Facebooku, a tak mam, to mam niezły bałagan.
Po co
się grzebać w bałaganie? – To już przyzwyczajenie. Bez tego byśmy nie
żyli. A czasami jeszcze da się wyłowić jakąś ciekawą informację.
Mateusz studiuje w Berlinie. A tam eventów jest, o Jezu, masa. Całe
dzielnice pełne młodych. W Warszawie bardziej czuć pośpiech, w Berlinie
kupują w sklepie piwo, spacerują przez parki, wystawy, wieczorem
trafiają do klubu, bo weekend zaczyna się często w środę. – Młodzi
Niemcy lubią wychodzić z domu. W niedziele robi się brunche – płaci się
10 euro i przez kilka godzin się je i pije. Ale w ostatnie weekendy
przyjeżdżał grać do Polski.
Bycie dickheadem jest cool
– W mediach jest sporo śmiechu z hipsterki – zauważa Hania.
– Że to
nowobogacka młodzież, która siedzi w kawiarniach i nic nie robi – dodaje
Mewa.
Niech rozstrzygnie biblia hipsterów. Albo przynajmniej jej
polska
edycja. Na piątym piętrze na warszawskiej Woli mieści się redakcja
„Vice". Założone w Montrealu z siedzibą w Nowym Jorku pismo jest
odpowiedzialne za to, jak hipsterzy się ubierają, czego słuchają.
Wszyscy członkowie redakcji – hipsterskie głębokie dekolty, różańce,
kolorowe T-shirty – zarzekają się, że hipsterami nie są.
– To
najczęściej dzieci z klasy średniej dysponujące środkami niekoniecznie
swoimi – zauważa Łukasz Chomyn (rocznik 1984), redaktor polskiego
wydania online. – Są tacy, którzy żyją na minimalu – w sześć osób
w
jednym mieszkaniu, razem gotują. Ale jednocześnie mają Maca za 6 tys. Są
tacy, co pewnie do końca życia będą prowadzeni finansowo za rękę przez
rodziców.
Piotr Podłoga, zajmujący się w piśmie reklamą, podpowiada
niezaprzeczalną pozytywną wartość hipsterstwa. – To prawdopodobnie
ostatni romantyczny zryw w erze korporacji.
– Są
antysystemowi w ramach
systemu – dodaje Łukasz. – Punkowcy jeszcze wierzyli, że da się
wyjść z
systemu. Hipsterzy z systemem się pogodzili, ale wybierają z niego
konkretne rzeczy. Potrafią docenić pieniądze i je wydać.
Za swoich
prekursorów biorą Marka Hłaskę, Leopolda Tyrmanda, bitników z Jackiem
Kerouakiem. Dzięki nim miasto jest bardziej kolorowe.
A jeszcze do
tego
hipster charakteryzuje się kolejną cudowną cechą: potrafi być
autoironiczny. Redaktor „Vice" online przesyła mi link do teledysku
„Being a Dickhead’s Cool” (Bycie głąbem jest cool), który
bezlitośnie
nabija się z londyńskich hipsterskich stereotypów. Polski klip „Ja chcę
być vintage” Łukasza Stasiaka jest dla hipstera bardziej łaskawy. Cóż,
hipster wzruszy tylko ramionami. Antyhipsterzy w swoim szarym świecie po
prostu umierają z zazdrości.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|