Przyjaciel: – Jeśli piszecie o Przemku, to
koniecznie wspomnijcie o Wiplerjugend. Jak to, nie wiecie, co to jest? Za
Wiplerem od lat ciągnie się czereda młodych ludzi pozbieranych w różnych
oszołomsko-patriotycznych środowiskach zbliżonych do UPR. Mówię tak, bo sam
jestem jednym z nich. Gdziekolwiek pojawia się Wipler, tam jest i jego
Wiplerjugend. To maszyna. Nagle wyskakują i organizują całą przestrzeń wokół
niego. Młodzi, dobrze wykształceni i karni niczym wojsko.
Przemysław Wipler, 33 lata. Sejmowy debiutant, wybrany z warszawskiej listy
PiS. Gospodarczy liberał i obyczajowy konserwatysta. Pod koniec lat 90. był
rzecznikiem prasowym UPR, należy do Opus Dei. Pewny siebie, egocentryczny i
trochę zarozumiały. Chętnie używa zaimka „ja": to znam, tamto
czytałem, z tym się przyjaźnię, a tamtego ściągnąłem do rządu. Gra w squasha i
– jak każdy prawdziwy prawicowiec – czyta powieści fantasy. Boi się
uzależnienia od gier RPG. Jego ulubiona strategia to „Europa
Universalis", w której jako władca Polski prowadzi ekspansję terytorialną.
Raz dotarł aż do Mongolii.
– O co chodzi z tym Wiplerjugend?
– pytamy. Wipler bez zastanowienia odpowiada: – Na drugim roku
studiów prowadziłem zajęcia formacyjne z uczniami jednego z warszawskich liceów.
Potem założyłem Stowarzyszenie KoLiber i Akademię Młodych. No i zaczęto mówić:
młodzież Wiplera to, młodzież Wiplera tamto. Aż wreszcie ktoś wymyślił: młodzież
Wiplera, czyli Wiplerjugend.
Czas Wiplerjugend nadszedł w 2005 r.,
gdy władzę zdobyło PiS. Piotr Woźniak, ówczesny minister gospodarki, postanowił
powołać departament dywersyfi kacji dostaw nośników energii i na jego czele
postawił Wiplera. Za nim do resortu przyszła grupa młodych, karnych,
wykształconych. Był wśród nich Janusz Batko – informatyk, miał ofertę
dobrze płatnej pracy w Google Engineering Centre w Zurychu, ale wybrał
stanowisko specjalisty u Wiplera. I Krzysztof Rogala – prawnik i
ekonomista, zrezygnował z dyrektorskiego stanowiska w Fiat Banku. – Takich
jak oni było więcej. Starałem się ściągnąć ludzi z doświadczeniem w biznesie
– mówi Wipler.
Poseł PiS lubi się chwalić, ale – trzeba to
przyznać – jak na 33 lat CV ma już całkiem pękate. Zaczynał jako redaktor
w „Najwyższym Czasie!", potem był asystentem zarządu w Centrum im.
Adama Smitha, wreszcie trafi ł do międzynarodowej korporacji Deloitte, gdzie
został doradcą podatkowym. Po dwóch latach – akurat kiedy w fi rmie
pojawił się gen. Gromosław Czempiński – przeszedł do Ernst & Young.
– Czempiński pana zwolnił? – dopytujemy. Wipler kręci głową: –
On tam nie był od zwalniania, sam się zwodowałem. W tzw. wielkiej czwórce
[Deloitte, Ernst & Young, KPMG, PwC] zmiana firmy jest jednym ze sposobów na
podwyższenie wynagrodzenia. Coś jak gra w Wielkim Szlemie.
Po
odejściu z Ministerstwa Gospodarki Wipler wszedł do spółki zajmującej się budową
biogazowni – z danych KRS wynika, że zasiadał we zarządach i radach
nadzorczych 27 firm. Równolegle zajął się pracą w think tankach: był dyrektorem
Instytutu Jagiellońskiego, założył Fundację Republikańską. Jeszcze w czasie
kampanii wyborczej, gdy wydawało się, że PiS ma szansę na przejęcie władzy,
mówiło się, że Wipler mógłby zostać ministrem gospodarki. Poseł PiS powątpiewa:
– Nie sądzę. Gdyby przyszło co do czego, na biurko prezesa zapewne
trafiłoby kilka donosów dotyczących jego biznesowej przeszłości i byłoby po
sprawie.
Wipler zresztą średnio pasuje do PiS. Kluczy w sprawie kary
śmierci („Kiedyś byłem za, ale widząc, jak działa polski wymiar
sprawiedliwości, dziś jestem wstrzemięźliwy"), przyznaje się do palenia
marihuany („Próbowałem trzy razy, ale to było dawno temu, mój organizm źle
na to reagował") i gustuje w liberalnych lekturach („Śmieszy mnie,
jak doświadczeni posłowie PO polecają sobie »Wolny wybór« Friedmana.
Klasykę to się czyta na studiach”). – W takich sprawach jak
deregulacja, otwieranie zawodów czy gaz łupkowy Przemek pewnie będzie szukać
współpracy z Platformą, ale to kaczysta z krwi i kości – twierdzi Marek
Wróbel, członek zarządu Fundacji Republikańskiej.
Wipler: –
Wiem, że w PiS część osób traktuje mnie nieufnie, ale to normalne. Jestem kotem,
dla mnie to czas pró… Przepraszam, muszę kończyć, Radio Maryja dzwoni.
Pupil Urbana
Znajomy dziennikarz:
– Jakby go gdzieś szkolili. Zero emocji i po trupach do celu. Typ zimnego
sukinsyna.
Przemysław Ćwikliński, wicenaczelny „Nie":
– Bardzo konkretny. Jak rozstawał się z pierwszą żoną, zrobił to szybko i
porządnie. Zostawił jej dom, umówił terminy spotkań z dziećmi, nawet alimenty
ustalił wyższe od tych, które zasądził sąd. Gdyby ktoś chciał napisać poradnik
„Jak rozstać się z klasą", powinien zgłosić się do Roziego.
Andrzej Rozenek, 42 lata. Po raz pierwszy w Sejmie, wybrany z
katowickiej listy Ruchu Palikota. Opanowany, ale zdecydowany. Były dziennikarz
śledczy „Nie" i wicenaczelny pisma. Zwolennik niskich podatków i
redystrybucji dóbr wśród najuboższych. Że taki budżet się nigdy nie zepnie?
Zepnie, zepnie, zobaczycie. Niech no tylko Ruch dojdzie do władzy. Kiedyś w ZSP,
a dziś w Ordynackiej.
Są ludzie, którym wszystko wychodzi niby
przypadkiem. Rozenek jest jednym z nich. Miał kandydować z SLD, z ostatniego
miejsca w okręgu podwarszawskim. Tuż przed rejestracją listy partyjny aparat
zrobił jednak małe szacher-macher: ostatnie miejsce zgarnął dla siebie, a
Rozenka przesunął oczko wyżej, pozbawiając szans na mandat. – W
międzyczasie dowiedziałem się, że wycięto Włodka Czarzastego, wylecieli też Jan
Widacki i Sergiusz Najar. Wkurzyłem się i poprosiłem, żeby mnie wykreślono.
Musiało się to rozejść, bo zaraz dostałem propozycję z Ruchu Palikota.
Powiedziałem: „Dobrze, ale poproszę jedynkę". Zgodzili się, no i
jestem. Dostałem 15 tys. głosów – opowiada Rozenek. Pierwsze posiedzenie
klubu parlamentarnego Ruchu i kolejna niespodzianka. – Na rzecznika
prasowego klubu rekomenduję Andrzeja – ogłasza Palikot. Rozenek (twierdzi,
że nic nie wiedział) się zgadza. Przechodzi medialne szkolenie i dziś –
zaraz po Palikocie – jest główną twarzą Ruchu.
Rozenek miał w życiu
szczęście także i wcześniej. W 2010 r. był w trójce Polaków – obok Leszka
Millera i Adama Michnika – uczestniczących w sesji Klubu Wałdajskiego.
Spotkanie odbyło się w Soczi, jego gospodarzem był Władimir Putin. Jakim cudem
wicenaczelny niszowego pisma trafił do letniej rezydencji premiera Rosji?
Rozenek rozkłada ręce – mówi, że nie wie.
Przypadku w tym
wszystkim jest niewiele. Każda z tych historii ma to samo wyjaśnienie. Brzmi
ono: Jerzy Urban. Rozenek był w „Nie" jego pupilkiem. To Urban go
wypromował, polecił Palikotowi, dał swoje kontakty. – Andrzej był nim
zafascynowany. Znał jego poglądy, czytał wszystkie książki, felietony. Zawsze
liczył się z jego zdaniem – mówi Przemysław Ćwikliński.
I
dodaje: – U Roziego nie ma miejsca na chaos. Porządek na biurku, przegląd
samochodu zrobiony z wyprzedzeniem. Chyba nie chciałbym pojechać z nim na
wakacje. Bałbym się, że mnie też uporządkuje.
Żuczek tylko udaje
Znajomy: – Pierwsze wrażenie
z rozmowy z nim jest takie, że facet nie umie policzyć do trzech. Cedzi słowa,
jakby mówienie sprawiało mu ból. Ciągle mruży oczy i wygląda na śpiącego, ale to
tylko maska cwanego gapy. Udaje, że nic nie wie, a tak naprawdę jest piekielnie
inteligentny i rozumie wszystko. „Przepraszam, ale ja się na tym nie znam,
czy mógłby mi pan to wyjaśnić?", „Przyznaję, nie jestem w tej
dziedzinie specjalistą, zresztą w ogóle niewiele z tego wszystkiego
rozumiem" – to jego typowe chwyty.
Pracownica
Ministerstwa Gospodarki: – Gonią nas terminy, totalna nerwówka, wszyscy
uwijają się jak w ukropie. Zdyszana wpadam z dokumentami do Korolca, a ten
spokojnie mości się w fotelu: „Jeszcze raz i bez pośpiechu. Zastanówmy
się, przejrzyjmy papiery. Jeśli wszystko jest w porządku, to puszczamy pismo i
idziemy dalej". Wprowadza spokój i dystans. To, co my, urzędnicy, lubimy
najbardziej.
Marcin Korolec, 44 lata. Poglądy ma konserwatywno-liberalne,
ale to bez znaczenia, bo pracował już dla wszystkich ekip: począwszy od Unii
Wolności, poprzez SLD i PiS, a skończywszy na PO. Dziś to lojalny żołnierz
Donalda Tuska, wzorem polityków Platformy nazywa go nawet kierownikiem. Z
wykształcenia jest historykiem i prawnikiem, ale skończył też słynną francuską
École Nationale d’Administration, w której kształcą się polityczne elity
Paryża. Specjalizuje się w negocjacjach międzynarodowych, biegle włada
francuskim i angielskim. Ze względu na flegmatyczny sposób bycia został przez
urzędników Ministerstwa Gospodarki nazwany „żuczkiem". Jest
pracoholikiem – podczas negocjacji gazowych z Gazpromem był tak
przemęczony, że zasłabł. Lekarze podejrzewali atak serca. Jego hobby to biegi i
narciarstwo. Dziś ani na jedno, ani na drugie nie ma czasu, więc o kondycję dba
tak, jak może: unika wind, a do kancelarii premiera stara się chodzić piechotą.
Ma czworo dzieci.
Korolec to jak na ministerstwo środowiska postać
nietypowa. Jego stosunek do ekologii jest, delikatnie mówiąc, zdystansowany. Od
perspektywy przyrodników znacznie bliższe są mu interesy przemysłu i
bezpieczeństwo energetyczne. Widać to po jego pierwszych decyzjach kadrowych. Do
resortu ściągnął już Piotra Woźniaka, Macieja Woźniaka (zbieżność nazwisk
przypadkowa) i Beatę Jaczewską. Duży Woźniak, czyli Piotr, w czasie rządów PiS
był ministrem gospodarki, a w środowisku będzie podsekretarzem stanu
odpowiedzialnym za gaz łupkowy. Mały Woźniak, czyli Maciej, to były szef
departamentu ropy i gazu w resorcie gospodarki i były doradca Tuska ds.
bezpieczeństwa energetycznego, który zajmował się m.in. kontraktem gazowym. Z
kolei Jaczewska, która ma być wiceministrem odpowiedzialnym za klimat i ochronę
atmosfery, do tej pory zajmowała się… inwestycjami zagranicznymi i rynkiem
wewnętrznym. Przyszła prosto z resortu gospodarki. Ten skład zapewne jest daleki
od marzeń Zielonych, ale Korolec się tym nie przejmuje. Na razie ma wsparcie
premiera, który, powołując rząd, zapowiedział, że „minister środowiska nie
będzie rzecznikiem Greenpeace".
Początek w ekipie Tuska
Korolec miał jednak trudny. Został odziedziczony po rządzie Jarosława
Kaczyńskiego, więc przyklejono mu łatkę pisowca. Tusk przekonał się do niego
dopiero pod koniec 2008 r., kiedy Korolec negocjował pakiet klimatyczny. Po
zakończeniu obrad premier publicznie go pochwalił („wspiął się na wyżyny
profesjonalizmu") i przyznał mu nagrodę finansową.