Kartka organizatorów festiwalu w Cannes więcej mówi
jednak o naszych
lękach niż o samym „Code Blue" (w polskich kinach od 5 stycznia).
Tytuł
to medyczny termin, oznaczający konieczność podjęcia natychmiastowej
akcji reanimacyjnej. To pierwsza scena filmu zakończona przykryciem
płótnem zwłok. Urszula Antoniak nie jest skandalistką, ale na pewno nie
jest letnia: od liryzmu bez trudu przechodzi do brutalności, śmiało
łamie tabu.
Jeśli jeszcze o niej nie słyszeliście, to tylko
dlatego, że
mieszka i pracuje w Holandii, od 15 lat ma holenderski paszport. Tu
nakręciła dwa filmy. Z Polski wyjechała pod koniec lat 80., gdy kończyła
studia (produkcja) na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego
w Katowicach.
Jej debiut, „Nic osobistego" (2009), zdobył
pięć nagród na
prestiżowym festiwalu w Locarno i cztery holenderskie nagrody filmowe (w
tym dla najlepszego filmu i reżysera). „Code Blue" (2011) nie tylko
w
Cannes wzbudził wielkie emocje. – „Nic osobistego” było z
serca,
następny film będzie z głowy – mówi reżyserka.
Zapach Zachodu
Podczas naszej rozmowy okazuje się, że Urszula Antoniak ma słabość do
perfum. Opowiada, jak w czasach, gdy zupełnie nie miała pieniędzy,
chodziła do perfumerii w Amsterdamie wąchać jeden z zapachów Serge’a
Lutensa (który był wcześniej filmowcem): – Perfumy są jak muzyka w
płynie, uruchamiają obszary mózgu, których na co dzień nie używamy.
Jedno z najsilniejszych wspomnień: z koleżanką z podstawówki w
Częstochowie obwąchują stary skórzany portfel, który należał do dziadka
koleżanki. – Zawsze mówiłyśmy wtedy: „Tak pachnie mężczyzna"
– śmieje
się Urszula Antoniak.
Papierosy bez filtra Giewonty – to był
zapach
taty. Płyn do płukania, proszek do prania – to był zapach lepszego
świata. – Gdy po raz pierwszy wyjechałam na Zachód, do Szwecji,
odkryłam, że czystość pachnie. I brak tego zapachu na całe lata
skojarzył mi się z biedą i – siłą rzeczy – z brudem. Marzyłam o
wyjeździe na Zachód, o tej klinicznej czystości. Marzenie spełnia w 1988
r., jedzie do Holandii, dostaje się do szkoły filmowej w Amsterdamie.
Tam poznaje „wulkan kreatywności", Jacka „Lutra"
Lenartowicza,poetę,
pisarza, scenarzystę, a przede wszystkim współzałożyciela i perkusistę
legendarnego Tiltu. Partnera zawodowego, przyjaciela, miłość życia. O
spędzonych razem 12 latach opowiada jak o najszczęśliwszym okresie: –
Nasz materialny status w ogóle nie był ważny, były zimy, że spaliśmy w
wyziębionym mieszkaniu niemal przytuleni do gazowego piecyka, ale bardzo
kochałam Jacka i nic poza tym się nie liczyło. Euforia związana z
wyjazdem do Holandii mija dość szybko, legendarny holenderski
liberalizm, którego symbolem są okna z prostytutkami i coffee shopy,
okazuje się zwykłym pragmatyzmem.
– Dziś wiem, że to nie jest
żadna
wolność, tylko kwestia ekonomii. Jeśli Holendrzy mogą coś opodatkować,
zrobią to z pewnością – tłumaczy Urszula Antoniak. Zakładają firmę,
składają projekty do telewizji i funduszu filmowego. – To, co robiliśmy,
podobało się, ale po wybuchu entuzjazmu następowało coś bardzo dziwnego:
jakbyśmy przestawali istnieć, jakby nas i tych scenariuszy nie było.
Stawaliśmy się niewidzialni. W pewnym momencie nie wiedziałam już, czy
problem leży w jakości projektów, czy w tym, że jesteśmy emigrantami.
Przez dziesięć lat Urszuli Antoniak i jej partnerowi nie udaje się
zrobić filmu.
Gdy nie starcza im pieniędzy, pracują – on na
lotnisku
Schiphol przy taśmie, ona kelneruje albo sprząta. Gdy dostają propozycję
zrobienia serii dokumentów, wierzą, że wreszcie los się odmieni, ale
zostają oszukani. Tracą pieniądze. – Byliśmy totalnie spłukani, ze
stertą rachunków do zapłacenia. Zaczęliśmy wyprzedawać książki, meble,
fantastyczną kolekcję płyt Jacka, który kolekcjonował country i jazz.
Wkrótce po tym Jacek zachorował.
Zmarł w lipcu 2004 r., chwilę przed
tym, gdy dostali pieniądze na pierwszy film. Niedługo po sprawie z
serialem i długami. – Może to głupia teoria, ale do dziś jestem
przekonana, że tamten koszmarny stres uruchomił raka. Gdy go
zdiagnozowano, od razu było wiadomo, że nie ma żadnych szans na
przeżycie – choroba rozwinęła się i rozsiała błyskawicznie, w
niesamowicie krótkim czasie. To było tak, jakby mu bomba w mózgu
wybuchła – opowiada Urszula Antoniak.
Pusty pokój
Wędrówka, wyobcowanie, zaczynanie na nowo, determinacja, by walczyć o
siebie. Czysta miłość, która otwiera na świat, od liryzmu łatwo
przechodzi do brutalności, łamie tabu. Bohaterka „Code Blue",
pielęgniarka, codziennie doświadcza intymności śmierci i sama jest
właściwie martwa za życia śmierć, która ją zabiera. To wszystko jest w
pierwszym filmie Antoniak – kameralnym, lirycznym „Nic
osobistego" (
jest dostępny w Polsce na DVD).
„Code Blue" ma w sobie
o wiele mniej
liryzmu, jest chłodny, brutalny, przejmuje do szpiku kości. Jego
bohaterka, pielęgniarka, pracuje na oddziale onkologicznym, codziennie
obcuje ze śmiercią. Ogląda i podgląda umieranie, doświadcza intymności
śmierci – i sama jest właściwie martwa za życia. Bohaterkę rozmrozi
dopiero brutalny wstrząs: gwałt, który będzie obserwować z okna swojego
mieszkania, razem z obcym mężczyzną.
To mieszkanie jest puste,
stoją w
nim nierozpakowane pudła. Niechęć do rzeczy łączy bohaterki „Code
Blue"
i „Nic osobistego" – ta druga wyrzuciła wszystko, co miała, na
ulicę, by
poczuć się wolna. – Jest taki piękny tekst, z którego Vanessa Redgrave
zrobiła monodram, rzecz o kobiecie, która straciła męża i jeszcze rok po
jego śmierci boi się wyrzucić jego buty, bo przecież kiedy on wróci, nie
będzie miał w czym chodzić – opowiada Urszula Antoniak. – Ja
odwrotnie:
wyrzuciłam rzeczy po moim mężu. Wszystko, czego dotykał. Moje życie było
pełne jego i mieszkanie było pełne jego do tego stopnia, że kiedy
wystawiłam to wszystko na ulicę, okazało się, że nie mam nic swojego. To
było niesamowite: patrzyłam przez okno, jak ludzie w tym grzebią.
Wystarczyło 20 minut, żeby ludzkie życie, które odłożyło się w
rzeczach,
zupełnie zniknęło. Po śmierci męża przeżyła załamanie. – Przez jakieś
pół roku piłam, do tego stopnia, że wyłączyli mi prąd, a ja nawet tego
nie zauważyłam, nie odróżniałam dnia od nocy. Nie jadłam, byłam
odwodniona, trzeba mnie było karmić kroplówką, ważyłam czterdzieści parę
kilogramów. To była totalna autodestrukcja.
Przy życiu trzymało ją
pisanie, niemal obsesyjne, jak sama dziś mówi: – Ocaliły mnie słowa.
Wymyślała nowe projekty, pisała scenariusze filmów animowanych, seriali,
komedii romantycznych. Scenariusz „Code Blue" zainspirował tekst
Jacka
„Lutra" Lenartowicza. Życie wygrało ze śmiercią, bo, jak mówi
Urszula
Antoniak i jak przekonuje się bohaterka filmu, „jest od niej
okrutniejsze”.
Trzymać się w
ryzach
– Wyszłam z tego sama, zapisałam się na odwyk, a przede wszystkim
zaczęłam pracować. A jak człowiek musi wstać rano, to nie może się
wieczorem upić, to był rodzaj dyscypliny, którą sobie narzuciłam.
Przestała palić, pięć razy w tygodniu ćwiczy w siłowni, nie pije,
odżywia się makrobiotycznie i nie słucha muzyki, która zbyt silnie
kojarzy się jej dziś z przeszłością. Choć od śmierci męża minęło tyle
lat, wciąż musi trzymać się w ryzach.
Pracuje nad kilkoma nowymi
projektami, do jednego z nich przyczyniła się książka Jeana Baudrillarda
„O uwodzeniu", to będzie historia kobiety, która postanawia uwieść
muzułmankę z tradycyjnej, religijnej rodziny. Została zaproszona na
Cinemart, targi podczas najbliższego festiwalu w Rotterdamie, gdzie
będzie szukać pieniędzy na film. Pracuje też nad „Towarzyszem
Jezusem" –
to już polska historia, rzecz o katolicyzmie i marksizmie, dwóch ideach,
które są dla współczesnych Polaków fundamentalne. Tytułową rolę zagra
Andrzej Chyra.
Urszula Antoniak wyrasta dziś na jedną z
najciekawszych
europejskich reżyserek. – Owszem, czuję się spełniona, kino stało się
moją prawdziwą pasją, ale bez wahania oddałabym to wszystko, żeby
siedzieć z nim na kanapie, oglądać telewizję, śmiać się. Jak ktoś
trafnie powiedział: każdemu, na czym mu mniej zależy – uśmiecha się
gorzko.
– Jacek był dla mnie bogiem, żyłam dla niego i tak
naprawdę
zaczęłam tworzyć dopiero po jego śmierci. Myślę, że gdyby nie umarł, te
filmy by nie powstały. Ale za to byłabym szczęśliwa.