O , prezes leci – mówią w recepcji. Parkuje
mercedesa przed biurowcem w
Krakowie, podbiega kilka schodków do wejścia i jednym susem dopada
windy. – Taki jest ten Sobek, wiecznie w biegu – mówią znajomi.
A jak go
spytać, kiedy zwolni, może odpowiedzieć bon motem: „Jestem człowiekiem
bardzo starym i bardzo zajętym". Za dwa tygodnie kończy 82 lata, ale na
emeryturę się nie wybiera. Mistrz kierownicy wciąż się ściga – tyle że w
tych wyścigach ważne są węzły, mile morskie i skala Beauforta.
10 w skali
Beauforta
– Gdy wracałem z Karaibów, to między
Bermudami a Azorami dopadły mnie
straszliwe niże. Wichura taka, że wiatr wypłaszczył fale, które jeszcze
przed chwilą miały 9-10 metrów wysokości. Powinienem wyjść na pokład,
żeby zwinąć żagle sztormowe, ale się bałem – Sobiesław Zasada
relacjonuje wrażenia z rejsu. – Po godzinie, kiedy huragan zmalał do
sztormu, pomyślałem: „No, teraz to już przeżyję". Ustawiłem łódkę
na
kurs z wiatrem. Maszt i takielunek aż jęczały, jacht wpadł w niesamowite
wibracje, bo wciąż było 9-10 w skali Beauforta, ale po dwóch dobach
byliśmy dobre 700 mil dalej – opowiada z ogniem w oczach. I dodaje:
– W
zupełnie innym miejscu, niż planowałem, ale przynajmniej pobiłem swój
rekord prędkości na morzu!
Ten rekord to 27 węzłów, czyli ponad
50 km/h.
Zdawałoby się, że dla doświadczonego rajdowca to tyle, co nic. Ale
Zasada mówi, że czuł się tak jak w 1967 r., kiedy to swym porsche 911
ustanowił rekord ( już chyba nie do pobicia) jazdy z centrum Krakowa do
warszawskiego hotelu Victoria. Niecała godzina i 40 minut.
Ponad
180
km/h, po szosie praktycznie pustej w czasach PRL. W biznesie jest z
Zasadą trochę podobnie. Spółki grupy kapitałowej Sobiesław Zasada SA – z
branży hotelarskiej, motoryzacyjnej czy nieruchomości (budowa m.in.
warszawskiego osiedla Eko Park czy Atrium Residence w Krakowie),
podobnie jak spółka importująca wino – po sztormach, chwilowej flaucie i
smętnym dryfowaniu – znowu nabrały wiatru w żagle. Producent autobusów
Autosan ma nowe zamówienia.
Z kolei Daimler nie chciał już dłużej
ciągnąć układu z Zasadą jako generalnym importerem i opiekunem marki
Mercedes w Polsce i „zdegradował" go do roli ważnego, ale jednak
tylko
sprzedawcy samochodów. No i jest te 120 mln zł, które Zasada
zainwestował w najnowocześniejszy w Polsce ośrodek narciarski. Może
kiedyś się zwróci. Byle tylko śnieg spadł wreszcie…
Biegał, skakał, rzucał
Wiele, wiele lat temu… Zanim jeszcze poznaliśmy Zasadę jako rajdowca i
biznesmena. Na początku triumfował jako szef harcerskiej drużyny tenisa
stołowego. Potem była przygoda z lekką atletyką, biegał sprinty, skakał
w dal. Oszczepem rzucał tylko trochę gorzej od Janusza Sidły, później
olimpijczyka i rekordzisty świata. Zimą jeździł na nartach – w 1953 r.
szusując na zboczach Kasprowego Wierchu, wypadł z trasy i doznał
otwartego złamania kości piszczelowej. Groziła mu amputacja nogi. Ponad
rok spędził w gipsie. Powrotu do lekkiej atletyki już nie miał. – O
rajdach na poważnie mogłem zacząć myśleć dopiero na przełomie lat 50. i
60., gdy sprowadzono do Polski nowe samochody: simki i fiaty 600.
Tysiące młodych ludzi siadło wtedy za kółkiem, a posiadanie własnego
sportowego auta było największym marzeniem. Wszystko to wbrew partii,
wbrew Gomułce, który uważał ten sport za wyjątkowo burżuazyjny –
wspomina Zasada. Za pieniądze od rodziny kupił wiekową „dekawkę".
Potem
zmienił na bmw. Po otrzaskaniu się w krajowych rajdach ruszył na
europejskie trasy. Na początku wypuszczano go tylko do krajów bloku
demokracji ludowej. Podczas rajdu w Monte Carlo Zasadę wypatrzył Johann
Puch, szef austriackiego zespołu fabrycznego Steyr-Puch. – Wpadnij do
Grazu, pożyczę ci nasze auto i zobaczymy, jak ci pójdzie – zaproponował.
Jadąc pożyczonym puchem (autem na licencji Fiata 500, ale z
austriackim
silnikiem), Zasada wygrał jeden z niemieckich rajdów, potem
czechosłowacki Rajd Wełtawy i Rajd Adriatyku w Jugosławii. Na
zagranicznych konkurentach robił takie wrażenie, jakby był czymś w
rodzaju dwugłowego cielęcia. No bo jakże to? Jakiś Polak z tego ubogiego
rolniczego kraju ośmiela się wygrywać w pożyczonym samochodzie? Media
darzyły go sympatią – szczególnie po tym, jak podczas jednego z rajdów
zatrzymał się, by wyciągnąć z rowu konkurentów z zespołu Saab.
Steyr-Puch zaproponował mu, aby wystartował w mistrzostwach Europy jako
kierowca fabryczny. Zasada zdobył tytuł, ale wkrótce potem Austriacy
zrezygnowali z rajdów. Za to polecili szybkiego Polaka rodzinie Porsche.
Tyle że szef firmy Ferdinand Anton Ernst Porsche, zwany pieszczotliwie
Ferrym, nie miał wielkiej ochoty na wydawanie fortuny na udział w
rajdach. – Herr Zasada, nasze samochody mają być luksusowe. One nie
nadają się do rajdów, tylko do jazdy po asfalcie – tłumaczył. Zasada
jednak przekonał go do użyczenia dwóch aut. Tak wyekwipowany pojawił się
na Gran Premio de Argentina, który w 1967 r. był jednym z najbardziej
znanych rajdów na świecie, choć cieszył się złą sławą z powodu wielu
wypadków śmiertelnych wśród uczestników.
I wygrał – bo kluczowy,
400-kilometrowy górski odcinek, który w trakcie przejazdu spowiła gęsta
mgła, miał opisany w zeszycie zakręt po zakręcie. – Swe wyniki
zawdzięcza wrodzonemu talentowi, uprawianiu wielu sportów, ale także
gigantycznej pracy – tłumaczy Jan Żdżarski, wówczas dziennikarz
„Słowa
Powszechnego", jeden z nielicznych obdarzonych przez władzę ludową
przywilejem relacjonowania sportu uprawianego przez „prywaciarzy" i
„dorobkiewiczów”.
Dodaje: – Zasada trenował na
odcinkach specjalnych, z
krótkimi przerwami na sen. Myślał o wszystkim, co może zdarzyć się w
czasie rajdu – o rozstawieniu serwisów, o tym, kiedy zmienić ogumienie,
kiedy tankować paliwo...
I to też sprawiało, iż wielka partia
szachów,
za jaką uważał każdy rajd, kończyła się przeważnie sukcesem.
Pomysł na biznes
Zwycięstwo w Argentynie umożliwiło Zasadzie karierę w międzynarodowym
sporcie motorowym. A kontakty z zagranicznych wojaży przełożyły się na
biznes. Pewnie by się nie przełożyły, gdyby nie to, że nie był
biznesowym naturszczykiem. Jego ojciec przed wojną miał w Bielsku
niewielką wytwórnię tekstyliów. W 1948 r. została znacjonalizowana, a
Zasada senior wyszedł z niej, zabierając jedynie kapelusz z wieszaka.
–
Od młodości ciągnęło mnie do biznesu. Jeszcze podczas rajdów założyłem
firmę produkującą sztuczną biżuterię z aluminium – rajdowiec śmieje się
na wspomnienie spinek do mankietów z wizerunkiem końskiego łba, broszek
w kształcie motyla czy odpustowych łańcuszków. Gdy w latach 70. władza
zezwoliła na zakładanie spółek polonijnych, Zasada miał już pomysł na
biznes. Akurat europejski rynek zamków błyskawicznych podbijała japońska
firma YKK. W Niemczech splajtowały 33 zakłady produkujące takie zamki.
Wraz z zaprzyjaźnionymi Polonusami z Austrii odkupił część maszyn po
firmie Ruhrmann ze Stuttgartu.
Firma pod nazwą Alpha
zainstalowała się w
Krakowie. Interes szedł jak burza, a Zasada co chwila wchodził w kolejne
specjalności, takie jak odlewy ciśnieniowe z cynku czy produkcja
podzespołów do słynnych odkurzaczy Kärchera. – A współpraca z
Mercedesem? – pytamy.
– Zbieg okoliczności i... wyrzuty
sumienia –
odpowiada. A było tak – w 1977 r. był bliski wygrania wyścigu Londyn
–
Sydney w ostrej walce z kierowcami Mercedesa.
Na jednym z
odcinków
dojazdowych jechał powoli, oszczędzając swoje porsche – i wówczas
samochód serwisowy ekipy Mercedesa wyprzedził go, zajechał drogę i dał
po gazie, sypiąc spod kół kamieniami, które stłukły lampy w aucie
Zasady. Gdy zapadł mrok, Polak musiał wycofać się z wyścigu. Za
niesportowe zachowanie serwisantów wielokrotnie go przepraszano. „Na
zgodę" został kierowcą fabrycznym Mercedesa. Gdy 12 lat później upadła
PRL, miał już komplet kontaktów, dzięki którym zdobył to, co było poza
zasięgiem innych biznesmenów znad Wisły.
Został przedstawicielem
i
importerem Mercedesa. Zresztą podobnych karier było wówczas więcej –
Adam Smorawiński, ośmiokrotny mistrz Polski z lat 70., został wyłącznym
importerem BMW, a Longin Bielak, który wsławił się startem syreną w
Rajdzie Monte Carlo, sprowadził nad Wisłę Peugeota.
Mercedesyzacja
– Jednak
handel zawsze był mi obcy. Wolałem produkcję, gdzie coś nowego
się tworzy, a nie tylko sprzedaje – zwierza się Sobiesław Zasada. Z
jego perspektywy najważniejsze było namówienie Niemców do inwestowania w
Polsce. Sam nazywa to „mercedesyzacją" polskiego przemysłu
samochodowego. Wierzył, że firmy transportowe będą kupowały polskie
autobusy i ciężarówki. Dlatego został strategicznym inwestorem zakładów
Star, Jelcz, Autosan i kieleckiej SHL. Początkowo szło nieźle.
–
Tak
trzymać, Sobku! – wołał w Jelczu prezydent Aleksander Kwaśniewski, gdy
otwierano tam montownię dostawczych mercedesów vito. Ale na spółkach
ciążyły udzielone przy prywatyzacji wieloletnie gwarancje zatrudnienia.
A Mercedes, pochłonięty fuzją z Chryslerem (po latach wiemy, że
nieudaną), niezbyt miał ochotę na większe zaangażowanie w Polsce.
– Za
bardzo chciałem udowodnić, że Polak potrafi. Powinienem pójść drogą
Krzysztofa Olszewskiego z Solarisa i zamiast bawić się w wielkiego
reformatora, zacząć od skromnej montowni – przyznaje dziś Zasada.
Okazało się, że łatwiej jest wygrać Rajd Monte Carlo, niż socjalistyczne
molochy zmienić w perły motoryzacji. Starachowicki Star został sprzedany
firmie MAN, Jelcz upadł ze 100-milionowym długiem, tylko Autosan
przetrwał i wiele wskazuje na to, że zacznie przynosić zyski. Znajomi
rajdowca mówią, że sport nauczył go wyciągania nauk z porażek.
Wierzy w
swój instynkt, choć czasem ponoszą go wielkie wizje. – Najbardziej
zdziwiło mnie, że kiedy wspólnie zakładaliśmy biznes, co chwila gdzieś
przepadał. Słyszałem, że pan Sobiesław wyjechał na rajd, popłynął w
rejs, odpoczywa na nartach. Pomyślałem: „Jak, do diabła, jest w stanie
pociągać za sznurki w swoich spółkach i do tego mieć czas na
odpoczynek?" – opowiada Witold Ferenc, który przekonał Zasadę do
założenia pierwszego w Polsce internetowego sklepu spożywczego
Frisco.pl.
Dziś Zasada inwestuje bardziej dla przyjemności niż z
konieczności. Wino importuje od rodziny Paredes z Chile, którą zna stąd,
że przed laty montowała autobusy na podwoziach Mercedesa. Skoro wino z
winnicy Paredesów najlepiej smakuje mu do obiadu, to czemu przy okazji
nie zarobić paru groszy? A w 2007 r. kupił za niewiele ponad 2 mln zł
upadającą spółkę ze Świeradowa Kolej Gondolowa – Stóg Izerski.
Żeby
stworzyć tam ośrodek „klasy de lux" ze szwajcarskimi wagonikami,
oświetlonym i naśnieżanym stokiem, musiał wyłożyć ponad 100 mln zł.
Nawet nie mrugnął okiem. W końcu warto wydać te parę groszy dla
przyjemności, skoro tak lubi jeździć na nartach.