Jeszcze parę lat temu świat polskiej powieści
kryminalnej był wyraźnie
zmaskulinizowany. Teraz wdarły się do niego delikatne blondynki i
zaczęły go zmieniać. Po swojemu. Rodzime morderczynie niespecjalnie
przystają do profilu stworzonego przez amerykańskich speców od
przestępczości. Jakie są i dlaczego z zabijania uczyniły sens swego
życia? Kim są Joanna Jodełka, Gaja Grzegorzewska i Anna Fryczkowska?
Pierwsze ofiary i radosna patologia
Gdyby ktoś je spotkał na
ulicy, nie pomyślałby, że patrzy na kobiety,
które pozbawiły życia kilkadziesiąt osób i planują kolejne zbrodnie.
Anna Fryczkowska inicjację w zabijaniu przeszła już jako dorosła
kobieta. Miała 38 lat, gdy zaliczyła pierwszego trupa.
Marta Bratkowska: Późno
zaczęłaś.
Anna Fryczkowska: No tak, musiałam
nazbierać doświadczeń, nażyć się,
nasłuchać, zaobserwować, by móc robić to z sensem. Ale się rozkręcam. Za
drugim razem straciły życie już cztery osoby. Jedno samobójstwo i trzy
morderstwa.
Jej pierwsze zabójstwo było nietypowe. Dopiero się wprawiała,
przymierzała do kryminalnego kostiumu.
Anna: Pierwsza śmierć pojawiła się w
moim debiucie „Straszne historie o
otyłości i pożądaniu". Mój pierwszy trup, zanim stał się trupem, był
dość paskudnym mężem 50-letniej gospodyni domowej, pani Janiny. Zabiłam
go cholesterolem. Trwało to rok, ale w końcu udało się zatuczyć drania
na śmierć. Umarł na balkonie, gruby i szczęśliwy, a jego żona w końcu
była wolna. Po 30 latach pozbyła się tyrana, który nieustannie nią
pomiatał.
Marta: Straszna perfidia. Feministyczna
zemsta przez zatykanie naczyń
krwionośnych.
Anna: Daj
spokój, przecież gdyby Janina wykończyła go jakąś bronią
falliczną, nożem, karabinem, kijem, od razu poszłaby siedzieć. Większość
kobiet zabójczyń, które siedzą w polskich więzieniach, to te, które
zabiły męża w afekcie. Chwyciły nóż kuchenny, gdy już nie mogły
wytrzymać. A ja chciałam zwrócić Janinie wolność, a nie zamykać ją do
kolejnego więzienia.
Joanna Jodełka: O matko, ależ subtelna
zbrodnia. Powinnaś jeszcze
załączyć jakąś książkę kucharską. Sto obiadów, które pozwolą się pozbyć
wrednego męża.
Anna: W
książce zamieściłam parę sugestii kulinarnych...
Joanna woli
prostsze sposoby usuwania ludzi. Pierwszego, opisanego w
„Polichromii",
udusiła. To był stary konserwator zabytków. Jego nagie ciało porzuciła w
jego mieszkaniu okryte tylko czerwoną tkaniną, na której zapisała pewne
łacińskie zdanie. Dwa kolejne ciała ofiar przyozdobiła podobnymi
napisami. Jeden też został uduszony, drugi zginął przez rozszarpanie żył.
Joanna: Ale ja też nie zabijam
hurtowo. Do tej pory w sumie sześć razy.
Doprowadzenia do samobójstwa nie licząc. I też późno zaczęłam. Miałam
już 35 albo 36 lat. Za to teraz nie mogę przestać. Planuję kolejne.
Gaja
zabijała już jako dziecko, choć w innej formie niż teraz. Gdy miała 12
lat, dostała od mamy książkę „Najsłynniejsze morderstwa w afekcie" i
najbardziej zainspirowała ją postać Ruth Ellis – ostatniej kobiety
powieszonej w Wielkiej Brytanii.
Gaja Grzegorzewska: Narysowałam o niej
komiks z finałem na szubienicy.
Potem próbowałam zabijać w filmie. Z koleżankami nakręciłyśmy
trzyminutowy horror, w którym giną wszyscy bohaterowie. Za kamerą stał
mój tata.
Marta: I to nie zaniepokoiło twoich
rodziców? Że mają córkę o
morderczych skłonnościach?
Gaja: Coś ty! Byli dumni. Jak zrobiłam
rysunkową adaptację „Tytusa
Andronicusa", z naciskiem na krwawe sceny, mama drukowała ją sobie i
pokazywała znajomym. Też się dziwię, że moi rodzice nie dość, że się nie
niepokoili, to nawet brali czynny udział w tej radosnej patologii.
Matematyczka, mężobójczyni i
obcinaczka głów
Nie mają jednego, stałego modus operandi. Anna zabija głównie
wykorzystujących kobiety. Mówi, że tak mści się za całe pokolenia kobiet
bezbronnych i poniżanych.
Marta: Masz świetnego męża, mądre i
fajne dzieci, więc skąd ta
mężobójcza obsesja?
Anna: Z głowy. Życie moich bohaterów
nie ma nic wspólnego z moim.
Także
Joanna morduje przede wszystkim mężczyzn. Choć jak podkreśla, płeć ofiar
nie ma dla niej aż takiego znaczenia.
Joanna: Ważna jest matematyczna precyzja. W
„Polichromii" wszystko
zostało podporządkowane liczbie trzy. Są trzy malowidła ścienne, trzy
trupy i trzy łacińskie sentencje – zostawiane przez zabójcę. To wszystko
było w mojej pracy magisterskiej z historii sztuki. Z wyjątkiem trupów,
rzecz jasna. Ale system wzięłam stamtąd.
Polichromię, jej podział na trzy, trzy sentencje łacińskie. Wszystko
według precyzyjnego schematu.
Marta: To takie wypreparowane, wykoncypowane. Żadnej wściekłości,
która
każe ci zabić, by odreagować? Mordując, tylko liczysz? Nic nie czujesz?
Joanna: Żadnych emocji. To bardziej
matematyka. Wiesz, wymyślam jakiś
schemat działania i w ten schemat coś wpisuję. Mnie strasznie ciężko
zdenerwować, nie miewam odruchów zemsty. Wiesz, jakie jest motto
seryjnej morderczyni Joanny Jodełki?
Marta: Powiedz.
Joanna: Wykańczam każdy szczegół i bywam wykończona. Interesują
mnie
tylko precyzyjny model myślenia i zagadki do rozwikłania. Umysł
przestępcy jest zawikłany, to z kolei przenosi się na fabułę, która też
jest pokręcona, i teraz muszę to wszystko zapętlić i rozsupłać.
Marta: Takie precyzyjne
planowanie jest typowe dla seryjnego mordercy.
Joanna: Fakt, jest. Ale bez tego to
wszystko nie miałoby sensu. Trup
zagadka musi się pojawić w odpowiednim momencie. I muszą być ślady,
mozolnie prowadzone śledztwo i rozwiązanie, czyli znalezienie
zbrodniarza i ukaranie go. Przywrócenie porządku w świecie. Zgodnie z
konwencją.
Marta: Zabawa
konwencją to domena Ani. Wrzucasz swych bohaterów w
sielankową przestrzeń tylko po to, by za chwilę rzucić im pod nogi
rozkładające się zwłoki.
Anna: U Jodełki zaczęło się od pracy magisterskiej, u mnie od
„Domu nad
rozlewiskiem". Przeczytałam, a potem pomyślałam, że to powinno napisać
się zupełnie inaczej. Nie w formie bajki dla pań, tylko kompletnie
odwracając schemat. Idylla w ogóle mnie nie kręci. Wymyśliłam więc, że
bohaterka jedzie na tę sielską prowincję w poszukiwaniu raju
dzieciństwa, ale nie doznaje tam spełnienia, nie realizuje się, smażąc
konfitury i wiążąc z miejscowym przystojniakiem, tylko wpada w jeszcze
większe bagno, niż miała w mieście. Jak bohaterka mojej „Kobiety bez
twarzy". Już myśli, że się udało, a tu trach – trup. A potem
kolejne.
Wiejska idylla zmienia się w horror. I co ma robić? Szukać winnych czy
uciekać? Zostaje, bo to dzielna kobieta.
Marta: Pierwszego zabójstwa Gaja
dokonała, gdy miała jakieś 20 lat. Też
wśród falujących łanów zbóż. Jej „Żniwiarz" zaczyna się
od znalezienia zwłok młodej kobiety z odciętą głową w takiej właśnie
przestrzeni.
Gaja: Lubię zabijać efektownie, lubię
krew i bliska jest mi estetyzacja
przemocy w klimacie Quentina Tarantino. Pojawiają się więc tortury,
poderżnięte gardła, wyprute flaki, obcięte głowy, ale także eleganckie
zabójstwa spod znaku Agathy Christie, czyli trucizny, sztylety i
pistolety. W „Topielicy", mojej trzeciej książce, była śmierć przez
wodę. W najnowszej używam broni palnej i trup ściele się wyjątkowo gęsto.
Marta: Skończyłaś ją już?
Gaja: Prawie. Jeszcze tylko
parę stron i napiszę „Koniec".
Oswajanie śmierci przez
zabijanie
Jodełka przed każdą kolejną zbrodnią wykonuje operacje matematyczne.
Teraz zabawia się liczbami dwa i jeden. W jej najnowszej powieści, którą
jesienią wyda Świat Książki, są dwa trupy i jeden świadek – 12-letnia
niewidoma dziewczynka.
Fryczkowska konsekwentnie czyści świat ze
złych
ludzi i bierze w obronę bezbronnych. Grzegorzewska zmusza ładną
blondynkę detektyw, by oglądała zdekapitowane zwłoki, krążyła po
infernalnym krakowskim klubie. Zabija niezwykle chętnie i często.
Nie
tylko nie sposób odnaleźć wspólnego mianownika sposobów uśmiercania przez
nie ofiar, ale też trudno nie zauważyć, że same morderczynie ewoluują.
Fryczkowska w „Starsza pani wnika" do świata zbrodni wprowadza
kobiety
zaawansowane wiekowo, potocznie zwane babciami od kotów lub moherami. To
prawda, dokarmiają podwórzowe futrzaki, ale od poglądów reprezentowanych
przez radio na „M" są dalekie.
Anna: Ale jeśli ktoś je bardzo
zdenerwuje, potrafią wyśledzić winnego i
się zemścić.
Marta:
Odkryłaś w sobie sadystyczne skłonności?
Anna: Chodzi ci o te tortury?
Marta: Yhm. Strasznie dużo krwi
zostawiłaś po ostatniej zbrodni.
Wcześniej mordowałaś bardziej estetycznie.
Anna: On naprawdę sobie na to zasłużył. Ale
nie, nie bawi mnie przemoc.
Raczej interesuje, co musi się wydarzyć, by ktoś stał się zabójcą.
Marta: W klasycznej typologii
seryjnego mordercy są opisane cztery typy:
wizjoner,
Nie wstydzą się, nie mają poczucia winy. Swoje zbrodnie wystawiają na
widok publiczny. Ba, dostają za to nagrody misjonarz, hedonista,
maniak władzy i mocy. Do którego typu należycie?
Joanna: Hedonistyczny wizjoner matematyk.
Marta: Ej, taki nie istnieje.
Joanna: To trzeba zmienić
klasyfikację.
Anna: Wpisuję
się w typ czwarty. Uwielbiam to, że jestem boginią mego
świata, że mogę go tworzyć i niszczyć, odbierać życie i przywracać
porządek przez tropienie i karanie winnych. Że mogę oswoić śmierć.
Wyśmiać ją. Każde zniekształcone, gnijące zwłoki odsuwają śmierć na
teren wyobraźni i literatury, mitu, czynią ją mniej realną. Coś jak
średniowieczne danse macabre.
Gaja: Hedonista. Chyba. Lubię to.
Tworzę swój świat, w którym mogę się
ukryć. Gdy miałam w życiu ciężki okres, to on stał się miejscem
ucieczki. Tam nareszcie miałam poczucie, że kontroluję wszystko i że
jest to tylko moje i mogę z tym zrobić, co zechcę.
Kryminał kobiecy
Nie wstydzą się, nie mają poczucia winy. Swe zbrodnie wystawiają na
widok publiczny. Ba, dostają za to nagrody. Jodełka dwa lata temu jako
pierwsza kobieta została laureatką Wielkiego Kalibru dla najlepszej
polskiej powieści kryminalnej. Dostała ją za debiutancką
„Polichromię",
którą popełniła trochę niechcący. Pracowała wtedy jako menedżerka
poznańskiej restauracji. Wcześniej jedyne, co pisała, to
jakieś oferty w pracy i menu. Nie sądziła, że zacznie zabijać seryjnie.
Zrobiła to z nudów. Gdy powieść była prawie skończona, pokazała ją
koleżance.
Joanna: Tak jej się spodobała
„Polichromia", że postanowiła ją wydać.
Nominacja do Wielkiego Kalibru to dla nas obu był totalny szok. Nie
tylko dla nas. Wszyscy znajomi i rodzina byli zaskoczeni. „Ona? Książkę?
I to jeszcze kryminał napisała?".
Marta: To był najbardziej spektakularny
debiut w historii.
Joanna:
No tak. Od pomysłu do nagrody nie minął nawet rok.
Gaja była
bardziej znana w kryminalnej branży. Nagrodzona w zeszłym roku
„Topielica" była jej trzecią powieścią. Miała za sobą też jedną
napisaną
do spółki z Marcinem Świetlickim i Irkiem Grinem. „Kobieta bez
twarzy"
Fryczkowskiej zostanie zgłoszona do nagrody w roku 2012. Odebrała już
pierwsze egzemplarze „Starszej pani…”.
Mają na
koncie tysiące
sprzedanych egzemplarzy i wiernych czytelników. Każda zaczęła już pisać
kolejne powieści. A i tak są traktowane przez mężczyzn rządzących w
polskim krymiświatku jak gadżety. Wkurza je, że wciąż muszą się
tłumaczyć z tego, że potrafią zabijać, torturować i karać nie gorzej niż
faceci.
Anna: Faceci podczas spotkań dostają
normalne pytania. O książkę, o
bohatera, o rozwój gatunku. A my? O kryminał kobiecy. Wieczne
zadziwienie: taka miła pani? I pisze? O takich brzydkich rzeczach?
Joanna: I co masz na to
odpowiedzieć? Jestem stuprocentową kobietą. No
jestem i nie mam problemu z płcią. Mam biust, nigdy nie będę miała
wzwodu.
Anna: A potem padają pytania typu:
zastanawiająca jest obecność dzieci w
waszych książkach, a dlaczego męscy bohaterowie są tacy niemęscy, a
kobiety takie agresywne? W klasycznych kryminałach kobieta była ofiarą,
facet detektywem, to wszystko opisywał jakiś pan i było w porządku. A ty
coś napiszesz i zdziwienie.
Gaja: Pytającym proponuję zwykle pójście dalej w kategoryzowaniu i
badanie, w jakim momencie cyklu miesięcznego autorka napisała taki czy
inny fragment książki.
Marta: Macie jakąś własną systematykę kryminału?
Anna: Jodełka ma. Doskonałą.
Joanna: Jeśli my robimy
kryminał kobiecy, to oni ch…owy.
Napisały do tej pory między
innymi: Anna Fryczkowska „Kobieta bez
twarzy" i „Trafiona-zatopiona", Joanna Jodełka
„Grzechotka” i
„Polichromia”, Gaja Grzegorzewska „Żniwiarz” i
„Noc z czwartku na
niedzielę”