O Asasynach przypomniała światu Al-Kaida. Czy Bin Laden był dzieckiem legendarnych wojowników?
W megahicie ze świata gier komputerowych „Assassin’s Creed” główny bohater – średniowieczny zabójca Altaïr ibn La-Ahad – dokonuje cudów zręczności. Doskonale strzela z łuku i kuszy, walczy mieczem, zabija przy użyciu wysuwanych z rękawa sztyletów, ale wszystko to fraszka przy jego umiejętnościach akrobatycznych, sprawności fizycznej i odwadze. Na jego drodze nie ma przeszkód. Wspina się po pionowych murach i jednym skokiem pokonuje przepaści. Bliższy jest w tym współczesnym amerykańskim superbohaterom niż postaciom ze średniowiecznych legend. Altaïr jest zabójcą doskonałym. Wzorcem przerażającego, groźnego asasyna. Członkiem sekty, która przeszła do legendy.
Czy miał realnych poprzedników? Vladimir Bartol, słoweński pisarz, autor pisanej jeszcze w latach 30. powieści „Alamut”, szczegółowo opisuje trening asasynów. Oto żyją w pełnej ascezie, ofiarnie ćwiczą od rana sztuki walki. Odwagi uczą się, pełzając po pionowej, zawieszonej nad przepaścią ścianie zamku. Wstrzymując oddech do utraty przytomności, trenują siłę woli. Jeszcze ważniejszy jest trening intelektualny, nauka sztuki fortelu, kamuflażu i skrytobójstwa. To wszystko ważne, ale ponad wszystkimi tymi umiejętnościami jest najważniejsze: fanatyczna wiara w sens celu, który określa mistrz, i przekonanie, że tylko dzięki ofierze z własnego życia można dokonać politycznego cudu.
Bartol nie był oczywiście ani świadkiem treningu, ani nawet nie widział Alamutu. Urodził się sześć i pół wieku po rzekomym upadku sekty. Budując powieściowy świat asasynów, opierał się na rzadkich źródłach i bogactwie wyobraźni, która jednak gonie zawiodła. Fedaini z jego powieści, by wykonać zadania, które postawiła im nie tyle wyobraźnia Bartola, ile historia, rzeczywiście musieli być prawie nadludźmi. W jednej chwili roku 1192, dokonując kilku indywidualnych mordów, oddalili od sekty widmo zagłady. Śmierć wielkiego wezyra Seldżuków Nizama al-Mulka i samego sułtana Malika-Szacha powstrzymała idące na zamki asasynów groźne armie. Ofiara kilku ludzi ocaliła religię, jej wyznawców i tajemniczego mistrza.
Kim byli asasyni? Niewątpliwie sekciarzami. Odszczepieńcami od rządzących w XI w. w Egipcie szyickich ismaelitów. Nazwa „asasyn” to dostosowane do języków europejskich pogardliwe arabskie „haszaszijun”, czyli „palący haszysz”. To właśnie on – haszysz – zdaniem przeciwników sekty służył do otumaniania wysyłanych na mordercze akcje fedainów. Sami nazywali się batynitami lub nizarytami, zwolennikami zamordowanego w nieznanych okolicznościach syna i prawowitego następcy jednego z fatymidzkich kalifów – Nizara. Ów Nizar, zanim zginął, podjął polityczny plan szyickiej dywersji w Iraku i Iranie, gdzie panowali sunnici. Plan miał zrealizować pewien Pers, niewątpliwy geniusz, Hasan as-Sabbah, założyciel sekty. Po ucieczce z Kairu Hasan wylądował w górach Elburs w Iranie. Stworzył całą formację misjonarzy szerzących batynickie idee i przejął niedostępne górskie zamki, z których pierwszym i najważniejszym było słynne „orle gniazdo”, czyli Alamut. Był rok 1090. Europa szykowała się do krucjat.
Tajemnice Asasynów
W megahicie ze świata gier komputerowych
„Assassin’s Creed” główny bohater – średniowieczny
zabójca Altaïr ibn La-Ahad – dokonuje cudów zręczności. Doskonale
strzela z łuku i kuszy, walczy mieczem, zabija przy użyciu wysuwanych z rękawa
sztyletów, ale wszystko to fraszka przy jego umiejętnościach akrobatycznych,
sprawności fizycznej i odwadze. Na jego drodze nie ma przeszkód. Wspina się po
pionowych murach i jednym skokiem pokonuje przepaści. Bliższy jest w tym
współczesnym amerykańskim superbohaterom niż postaciom ze średniowiecznych
legend. Altaïr jest zabójcą doskonałym. Wzorcem przerażającego, groźnego
asasyna. Członkiem sekty, która przeszła do legendy.
Czy miał realnych poprzedników? Vladimir Bartol, słoweński pisarz, autor pisanej
jeszcze w latach 30. powieści „Alamut”, szczegółowo opisuje trening
asasynów. Oto żyją w pełnej ascezie, ofiarnie ćwiczą od rana sztuki walki.
Odwagi uczą się, pełzając po pionowej, zawieszonej nad przepaścią ścianie zamku.
Wstrzymując oddech do utraty przytomności, trenują siłę woli. Jeszcze ważniejszy
jest trening intelektualny, nauka sztuki fortelu, kamuflażu i skrytobójstwa. To
wszystko ważne, ale ponad wszystkimi tymi umiejętnościami jest najważniejsze:
fanatyczna wiara w sens celu, który określa mistrz, i przekonanie, że tylko
dzięki ofierze z własnego życia można dokonać politycznego cudu.
Bartol nie był oczywiście ani świadkiem treningu, ani nawet
nie widział Alamutu. Urodził się sześć i pół wieku po rzekomym upadku sekty.
Budując powieściowy świat asasynów, opierał się na rzadkich źródłach i bogactwie
wyobraźni, która jednak gonie zawiodła. Fedaini z jego powieści, by wykonać
zadania, które postawiła im nie tyle wyobraźnia Bartola, ile historia,
rzeczywiście musieli być prawie nadludźmi. W jednej chwili roku 1192, dokonując
kilku indywidualnych mordów, oddalili od sekty widmo zagłady. Śmierć wielkiego
wezyra Seldżuków Nizama al-Mulka i samego sułtana Malika-Szacha powstrzymała
idące na zamki asasynów groźne armie. Ofiara kilku ludzi ocaliła religię, jej
wyznawców i tajemniczego mistrza.
Kim byli asasyni? Niewątpliwie sekciarzami. Odszczepieńcami od rządzących w XI
w. w Egipcie szyickich ismaelitów. Nazwa „asasyn” to dostosowane do
języków europejskich pogardliwe arabskie „haszaszijun”, czyli
„palący haszysz”. To właśnie on – haszysz – zdaniem
przeciwników sekty służył do otumaniania wysyłanych na mordercze akcje fedainów.
Sami nazywali się batynitami lub nizarytami, zwolennikami zamordowanego w
nieznanych okolicznościach syna i prawowitego następcy jednego z fatymidzkich
kalifów – Nizara. Ów Nizar, zanim zginął, podjął polityczny plan szyickiej
dywersji w Iraku i Iranie, gdzie panowali sunnici. Plan miał zrealizować pewien
Pers, niewątpliwy geniusz, Hasan as-Sabbah, założyciel sekty. Po ucieczce z
Kairu Hasan wylądował w górach Elburs w Iranie. Stworzył całą formację
misjonarzy szerzących batynickie idee i przejął niedostępne górskie zamki, z
których pierwszym i najważniejszym było słynne „orle gniazdo”, czyli
Alamut. Był rok 1090. Europa szykowała się do krucjat.
W świecie gry „Assassin’s Creed” i w powieści Bartola Alamut
to wielkie zamczysko zawieszone nad rozwidlającą się górską rzeką. Faktycznie to
maleńkie, choć niedostępne ruiny na szczycie kilkusetmetrowej stromej skały. To
niejako przedmurze masywu Elbursu. Do zamku wyrusza się z niewielkiej,
zaniedbanej wioski przy końcu doliny Alamutu. Maleńki hotelik u stóp skały tylko
o tyle przypomina europejskie, że w pokojach są łóżka. Marsz na wysokość dwóch i
pół tysiąca metrów błotnistym jarem, który tylko momentami przechodzi w żwirową
ścieżkę, jest dla zmęczonych płuc zabójczy. Do zamku nie ma łatwego dostępu.
Przez lata między murami a skałą wędrowała zawieszona na linach kolebka.
Transportowano nią zaopatrzenie i ludzi. Dziś metalowe rusztowania podtrzymują
chybotliwą kładkę. Resztki fortecy Alamut toną w jesiennych mgłach. Główny
korpus zamku jest właśnie w odbudowie, ale już widać, że mógł pomieścić ledwie
kilkudziesięciu ludzi. Wyższe kondygnacje rozsypał czas; nie ma wież ani
bastionów, resztki zamkowych pomieszczeń przykryte są glinianymi dachami.
Rozczarowanie? Bynajmniej. Z tej góry bije jakaś niebywała siła. Nie można się
oprzeć wrażeniu, że mieści nieodkryte tajemnice. Widok jak z wieży Eiffla,
przeszkadzają tylko mgły, które sączą się między pokiereszowanymi murami.
Miejscami przestrzeliny w murach odsłaniają krajobraz po obu stronach skały, a
gdy spogląda się na przeciwległe zbocza, można zobaczyć legendarne ogrody
Alamutu. To jak dotknięcie legendy. O ogrodach pierwszy pisał Marco Polo. Oprócz
niego również pisarze arabscy. Ogrody miały być namiastką raju, do którego
przenoszono otumanionych haszyszem fedainów. Tam przebudzeni oddawani byli w
ręce hurys, a po powrocie mieli wierzyć, że Hasan magicznym sposobem przeniósł
ich na moment do Allaha. Wokół masywu Alamut jest wiele ukrytych dolin. Ogrody
nie musiały być fantazją, zwłaszcza że i dziś zdarzają się chwile, gdy elburskie
mgły odsłaniają na krótki moment w szarej pustyni gór cudownie zielone górskie
sady.
Mimo że Alamut nie był w istocie wielkimi koszarami, właśnie tu ćwiczono
fedainów. Trening musiał być zabójczy. Wychodzili stąd szybcy, sprawni i
śmiertelnie niebezpieczni dla wrogów Hasana oraz sekty. Wtapiali się w
bezimienny tłum, przenikali w szeregi nieprzyjaciół i cierpliwie czekali, by
zabić. W krótkim czasie stali się postrachem średniowiecznego Wschodu. Bali się
ich nie tylko przeciwnicy polityczni, nie tylko zwalczający sekciarstwo sunniccy
władcy. Bali się ich wszyscy, a trwoga przed zakonem przechodziła w histerię.
„W przebraniu kupca lub ascety krążą po mieście, w którym ma być dokonany
zamach, zapoznają się ze zwyczajami i z terenem działania swojej ofiary i po
opracowaniu najwłaściwszego planu uderzają. O ile jednak przygotowania odbywają
się w największej tajemnicy, wykonanie musi mieć największą publiczność.
(…) Morderstwo jest (…) przede wszystkim publiczną lekcją:
wymierzenia winowajcy kary śmierci oraz bohaterskiego poświęcenia wykonawcy
wyroku” – pisali o batynitach średniowieczni kronikarze.
To Hasan as-Sabbah, czcigodny starzec i reformator islamu, był twórcą doktryny i
politycznej metody asasynów. Ze swojej twierdzy w Alamucie nie wychylił nosa
przez 35 lat. Zamknięty w ciemnej celi ślęczał nad księgami i dopracowywał
szczegóły nowoczesnej jak na swoje czasy doktryny. Tylko dwukrotnie opuścił
komnaty zamku. Czy osobiście uczył fedainów? Nie wiadomo. W świecie Vladimira
Bartola to niemożliwe, bo świętość, jaką wyznawcy otaczają Hasana, graniczy z
kultem. Starzec jest prorokiem, i to prorokiem bez skazy. Nie toleruje odstępców
ani grzeszników. Gdy dowiaduje się, że jego dwaj jedyni synowie piją alkohol,
bez skrupułów skazuje ich na śmierć. Wysyłani przez niego nauczyciele dai
rekrutują wiernych na całym Wschodzie. Pod skrzydła Hasana przechodzą tysiące
wiernych. Zdobywają kolejne zamki w całym perskim Rudbarze, a ich wpływy szybko
sięgają na zachodzie Syrii i Libanu, a na wschodzie – Afganistanu. W ciągu
30 lat asasyni przestają być maleńką, mało ważną sektą. To już potęga. Rzesze
fedainów terroryzują królestwa, a tysiące wiernych zaludniają dziesiątki
górskich dolin.
Hasan as-Sabbah nie stworzył dynastii. Umierając w 1124 r., zamknął księgę, w
której złotymi zgłoskami wpisano ponad 50 imion morderczych fedainów oraz ich
ofiar, najczęściej ludzi o wielkiej sławie i wpływach. Kierownictwo sekty
przejął po nim wybitny dowódca i komendant twierdzy w Lamassarze –
Burzug-umid. Ów perski wielmoża w przeciwieństwie do Hasana nie był prorokiem
ani herezjarchą, tylko władcą oraz prawdziwym twórcą fundamentów nizaryckiego
państwa. Sprawny polityk i administrator uprawiał politykę nie gorzej od Hasana,
poszerzał wpływy i doprowadził do chwilowego zawieszenia broni z Seldżukami,
choć od sztyletów wysyłanych przez niego fedainów padali kolejni wielcy świata,
m.in. sam kalif Al-Mustarszid. Siedzibą Burzug-umida był oczywiście zamek
Alamut, ale ukochaną twierdzą – zawieszone nad zieloną doliną kolejne
„orle gniazdo”, forteca Lamassar.
Niestety mało z niej zostało. To najgorzej zachowany zamek asasynów. Samo
dojście do Lamassaru wymaga niemal akrobatycznej wspinaczki wśród porozrzucanych
skał i górskich wąwozów. Szczęśliwie nad kilkoma najbardziej stromymi jarami
przerzucono metalowe kładki. Lamassar wieńczył szczyt stromej góry. Zamek był
pewnie wielkości Wawelu, o czym świadczy wielki i pusty dziedziniec. Na szczycie
góry zachowała się brama wjazdowa do zamczyska, a na urwistych zboczach góry
resztki kamiennych umocnień. Gdzieś pod naskórkiem tej olbrzymiej góry są
zasypane przed wiekami lochy. Nikt ich nigdy nie spenetrował. Czekają dopiero na
swoich odkrywców, bo współcześni irańscy archeolodzy grzebią na razie na
dziedzińcu zamku. Niewiele znajdą, kilka skorup, może monet, bo kamienne ostępy
Lamassaru zbyt często gościły turystów. Zamek znajduje się blisko powszechnie
znanych szlaków, a parking u jego stóp zapełnia wiele autobusów.
O ile prawdziwą ojczyzną batynitów były góry Iranu, o tyle największą sławę,
przynajmniej w świecie chrześcijan, zyskali ich bracia syryjscy. Wszystko dzięki
krucjatom, które w końcu XI stulecia przeorały ówczesną cywilizację w nie
mniejszy sposób niż niemal 1500 lat wcześniej wyprawy Aleksandra. Frankowie
zdobyli Jerozolimę 15 lipca 1099 r., topiąc miasto w morzu krwi. Polityczny byt,
jakim było Królestwo Jerozolimskie, można porównać do chybotliwej łódki
zagubionej na falach islamskiego oceanu. Otoczeni przez muzułmanów, ciągle pod
presją sunnickich władców Turcji, Syrii i Iraku, toczący ciągłe wojny z
fatymidzkim Egiptem chrześcijanie szukali rozejmów i sojuszników. Paradoksalnie
stali się nimi, choć owa współpraca była znaczona częstymi plamami
chrześcijańskiej krwi, syryjscy asasyni. Skąd asasyni w Syrii? Nad Orontesem
pojawili się już w XII w. Podobnie jak w Iranie podstępem i fortelem zajmowali
kolejne zamki. Szukali oczywiście „orlich gniazd”, choć w syryjskich
górach niedostępnych szczytów, takich jak w Alamucie, nie sposób było znaleźć.
Zajmowali jednak słynne twierdze, takie jak: Banjas, Masjaf, Szejzar, Al-Kahf,
Al-Chawabi czy Al-Madik. Ten ostatni zresztą to nic innego, tylko akropol
słynnego w czasach hellenistycznych miasta Apamea, seleuckiej stolicy.
To tu, a konkretnie w Masjafie, narodził się mit „starca z gór”. Czy
istniał realnie? Czy rzeczywiście wysyłał fedainów na mordercze misje na terenie
krucjatowych królestw? Tak, nazywał się Raszid ad-Din Sinan i nie jest tylko
legendą. W zamku Masjaf, pewnie najlepiej zachowanej nizaryckiej twierdzy w
Syrii, przewodnik pokazuje nam jego celę. Żył niemal jak Hasan as-Sabbah. Ślepa
sypialnia o powierzchni może ośmiu metrów kwadratowych, korytarz i pokój modlitw
naprzeciwko. Nawet benedyktyni żyli wygodniej!
Zanim Sinan odszedł do Allaha, był jednym z najsłynniejszych ludzi epoki. Jego
fedaini szerzyli strach w każdym z krucjatowych królestw. Od ich sztyletów padli
Rajmund II z Trypolisu, Konrad z Montferratu, Filip z Montfortu, a nawet
patriarcha jerozolimski Albert. Najznaczniejszym przeciwnikiem Sinana był
legendarny Saladyn, pogromca krzyżowców pod Hittin i odnowiciel islamu. Legenda
mówi, że oblegał Masjaf do owej nocy, gdy po nerwowym przebudzeniu znalazł u
wezgłowia posłania ciastka wypiekane przez ismaelitów i liścik, w którym
napisano, że życie jest darem, który może rychło zniknąć, jeśli nie zostawi
Masjafu w spokoju. Saladyn zrozumiał swój błąd i odstąpił od oblężenia twierdzy.
W Masjafie najwspanialsze są lochy. Przepastne sztolnie prowadzą w głąb ziemi,
gdzie skryty jest pewnie Święty Graal i kamienne płyty z grobowca Chrystusa.
Światło przygasa na niższych poziomach lochów, by nagle rozbłysnąć podziemną
latarnią, gdzieś na jakimś szalonym piętrze, gdzie ludzie byli ostatni raz w
czasach Sinana. Zostawmy Masjaf, to centrum asasyńskiej turystyki. Zamek Al-Kahf
istnieje tylko na mapach. Niedaleko Tortosy, u kresu asfaltowej drogi, która
prowadzi do jego fundamentów, jest jak filar nieistniejącej cywilizacji. Potężna
twierdza została wysadzona w XIX wieku, ale jej podzamcze i podziemia istnieją
do dziś. Chodziłem po ruinach Al-Kahfu z legendą Henryka II z Szampanii w tyle
głowy, który był świadkiem, jak dowódca zamku wysyłał fedainów na mury, by
skakali w przepaść na jedno skinienie. Tacy byli fedaini epoki krucjat. Dziś już
takich nie ma.
A może są? O asasynach było cicho do czasu Al- -Kaidy. Zabójcy sprzed tysiąca
lat byli tylko odległą legendą, dopóki synowie Osamy bin Ladena nie wstrząsnęli
współczesnym światem. Głośne zamachy ludzi „Bazy” przypomniały o
śmiercionośnym dziele asasynów. Zmartwychwstały w rzeczywistym świecie następca
Altaïra ibn La-Ahada dał o sobie znać i zadał śmiertelne ciosy. Wyleciały w
powietrze amerykańska ambasada w Nairobi i krążownik na wodach zatoki perskiej.
Potem był 11 września i początek wojny światów. Krzyżowcy znów stanęli na
przeciwko wyznawców Mahometa. Znawcy historii islamu przypomnieli legendy o
asasynach. Czy Osama był ich dzieckiem? Czy podążał ich tropem? Dobry
przyjaciel, przewodnik po Iranie – Jamszid – mówi, że to bzdura.
Osama był sunnitą, Al-Kaida zaś to czysta ortodoksja. Hasan as-Sabbah był
bohaterem. By ocalić naród, wysyłał na śmierć fedainów. To była ekonomia
połączona z eschatologią. Trochę jak w Polsce – dopowiadam sobie na
stronie. Trochę jak u nas, nad Wisłą.
Historia mówi, że zniknęli. Królestwo Jerozolimskie upadło. Rycerze odeszli do
Europy, by tam płonąć na stosie lub żebrać o resztki z pańskiego stołu. Egipscy
mamelucy wycięli w pień występnych ismaelitów, a jeśli ktoś został, to maleńkie
społeczności, jak ta u stóp wzgórza, na którym stała niegdyś twierdza Al-Kadmus.
Syryjscy batynici odeszli w przepastne dzieje historii, a co z ich perskimi
braćmi? Na losie tych ostatnich zaważyła jedna, niezrozumiała decyzja. Wysłańcy
Alamutu zamordowali członka mongolskiej rodziny panującej, drugiego z synów
Czyngis-chana – Czagataja. Ta zbrodnia była zarazem wyrokiem śmierci na
społeczność ismaelitów. Rozkaz wydał wielki chan Mongke, a wykonawcą był jego
brat i postrach całego wschodu Hulagu. Mongołowie niszczyli nizarytów z niemal
obsesyjną systematycznością. Większość zamków poddała się sama. Niezdobyty
Alamut wydał Mongołom osobiście ostatni z przywódców zakonu – Churszach.
Miał pewnie nadzieję, że w ten sposób uratuje swoje życie. Przeliczył się.
Zaproszony przez Mongołów do Karakorum został w drodze powrotnej zamordowany.
Był rok 1257. Ostatni akt dramatu odbył się 13 lat później. Pod niezdobytą
skałą, na której do dziś widnieją ruiny zamczyska Girdkuh, Mongołowie prowadzili
oblężenie totalne. Przez 13 lat na zamek leciały wystrzeliwane z katapult
pociski. Twierdzę próbowano zdobyć szturmem, spalić i zadeptać. Determinacja
obrońców była jednak nie mniejsza. W końcu poddali się, bo… nie mieli się
w co ubrać – wszystkie szaty rozpadły się ze starości. Schodzili więc
ostatni asasyni z góry Girdkuh nadzy. Szli prosto na ścięcie. Mongołowie nie
darowali nikomu. Zdobyty zamek zdewastowali; co mogli, spalili, a resztę
zburzyli, by żaden ślad po zakonie asasynów się nie ostał. Czy im się udało? Nie
całkiem. Odwiedzający te odległe, górskie, nigdy później niezamieszkane ostępy
do dziś znajdują ślady oblężenia. To kopce kul do katapult i resztki wyrzuconej
z okien zamczyska ismaelickiej ceramiki. To tu, pod Girdkuh, skończyła się epoka
wielkich wojowników. Nie całkiem oczywiście. Przetrwali nie tylko w legendzie i
grach komputerowych. Schowali się, zastosowali sztukę kamuflażu zwanego takkiją.
Rozeszli się po świecie, a ich potomkowie tworzą dziś dużą społeczność pod
przywództwem następcy Hasana – Agi Khana. Zmienili też polityczną metodę.
To już jednak zupełnie inna opowieść.