Mogło zakręcić się w głowie

Mogło zakręcić się w głowie

Jego piosenki przynosiły nadzieję – o bardzie Solidarności mówi Stanisława Celińska, jedna z trójki laureatów pierwszej edycji Nagrody im. Przemysława Gintrowskiego za wolność w kulturze.

ROZMAWIAŁ Jacek Wakar, POLSKIE RADIO

Poznała pani Przemysława Gintrowskiego?

Żebym go znała, to za dużo powiedziane. Występowaliśmy razem chyba dwukrotnie podczas koncertów dla Solidarności. Niewiele z tego pamiętam, musiały to być lata 80. Jego piosenki, podobnie jak utwory Jacka Kaczmarskiego, oczywiście znałam. Kojarzą mi się z karnawałem Solidarności i tym wszystkim, co zdarzyło się później. To się śpiewało powszechnie, te piosenki miało się w głowie i w sercu. To był czas wielkiego zrywu, wspólnego wzruszenia. Nigdy wcześniej ani nigdy później czegoś takiego nie przeżyłam. Pamiętam wprowadzenie stanu wojennego, sam środek bardzo zimnej zimy. I świeczki w oknach, które paliło się, aby zamanifestować jedność. One dawały światło i przynosiły nadzieję. Tak samo jak piosenki Przemysława Gintrowskiego.

Skąd w pani życiu śpiew?

Zaczęło się bardzo wcześnie, pod fortepianem ojca, na którym grał Chopina. Od tamtej pory jestem nieprawdopodobnie wyczulona na jego kompozycje. A teraz bardzo wybredna – gdy idzie o sposób interpretowania jego muzyki, niezwykle trudno mnie zadowolić. Oglądam transmisje z Konkursu Chopinowskiego i mimowolnie łapię się na tym, że porównuję występujących pianistów do ojca. Mój dom był pełen muzyki, mama była skrzypaczką. Potem zaczęły się występy przedszkolne, chór szkolny, który uważam do dziś za dobrą naukę zespołowości. Miałam 15 lat, gdy wzięłam udział w telewizyjnym konkursie Dziewięciu najlepszych. Pamiętam, że śpiewałam „Malowaną lalę” Karin Stanek, to był wtedy absolutny przebój, a potem „You are my destiny” Paula Anki. Wygrałam i trochę poczułam, jak woda sodowa uderza mi do głowy. Potem był koncert we Wrocławiu, też pokazany w telewizji. Grali Niebiesko-Czarni, a na ich czele Czesław Wydrzycki, później znany jako Niemen. I w tym wszystkim ja, piętnastolatka. Wyglądałam wtedy naprawdę nieźle, śpiewałam chyba też w porządku. Mogło zakręcić się w głowie.

Z takim doświadczeniem trafiła pani do stołecznej Szkoły Teatralnej.

Wcześniej chodziłam do szkoły muzycznej, jednak w szkole szybko sprowadzono mnie na ziemię. Najpierw Ludwik Sempoliński. Na jego zajęciach śpiewałam piosenkę „Człowiek, którego kocham”. Zabieram się do śpiewania, a Sempoliński do mnie: „Najpierw Stasiu, powiedz tekst, a dopiero potem śpiewaj”. Zapamiętałam tę zasadę i do dziś jestem jej wierna. Potem przyszło spotkanie z Marianem Jonkajtysem. Śpiewałam „Kuglarzy”. Jonkajtys pochwalił nawet, a potem mówi: „Wszystko bardzo ładnie, ale teraz czas, byś zrobiła z tego piosenkę aktorską”. No to zaszalałam, śpiewałam to nawet stojąc na głowie, za chwilę zdejmowałam melonik i kręciłam go sobie na palcu. Patrzyli na to starzy profesorowie ze szkoły i bardzo im się podobało. Ryszarda Hanin była wręcz zachwycona. Jonkajtys wyreżyserował też jeden z naszych dyplomów – „Gwiazdy i winogrona” z tekstami Agnieszki Osieckiej. W kluczowym momencie tego przedstawienia tańczyłam i śpiewałam zorbę. Któregoś razu zobaczył to Erwin Axer i zaangażował mnie do warszawskiego Teatru Współczesnego.

Nie była to pani jedyna muzyczna aktywność.

W Opolu zaśpiewałam „Ptakom podobni” i zdobyłam nagrodę za debiut. Nie miałam właściwej sukienki, więc na występ długą, z czerwoną szarfą pożyczyła mi Rena Rolska. Początkowo miałam wystąpić w krótkiej sukience kupionej za pieniądze pożyczone od Edwarda Fiszera. Powiedział, że mu oddam, gdy zrobię karierę. Po jakimś czasie zadzwoniłam, chcąc zwrócić pożyczkę, a wtedy Fiszer odrzekł: „Pani myśli, że już zrobiła karierę?”. W końcu nigdy mu nie oddałam…

Jak narodziła się Celińska z „Songu sprzątaczki” albo „Stop klatki”?

To było jakieś 28 lat temu. Byłam wtedy po załamaniu, zbłądziłam i powoli odbudowywałam siebie. Jerzy Satanowski od dawna namawiał mnie, żebym wystąpiła na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu. Wtedy zadzwoniłam do niego, że jestem gotowa. Nie piłam już, odstawiłam papierosy, aby nie niszczyć sobie głosu. Zaśpiewałam „Song sprzątaczki”, a „Stop klatkę” dostałam w zastępstwie za chorego Michała Bajora. W tych utworach w tamtym czasie była istota mojego teatru piosenki – poruszałam się między aktorstwem charakterystycznym a dramatyzmem opowieści. Tak konstruowałam potem swoje recitale. Każdy utwór był zamkniętym opowiadaniem, miał swoją kulminację. Piosenka zawsze działała na mnie uzdrawiająco, w trudnych momentach przynosiła ukojenie. Teatr śpiewany obecny jest w moim życiu od dawna, co prawda nie tak intensywnie jak teraz.

Płyta „Nowa Warszawa” miała być pani hołdem dla miasta?

Trochę tak. Dzięki temu projektowi zrealizowanemu z Royal String Quartet w Nowym Teatrze w Warszawie przypomniałam sobie, że wywodzę się z klasyki. Pomysł wyszedł od szefowej Nowego, Karoliny Ochab. Chciała, abyśmy z Ewą Dałkowską i Zygmuntem Malanowiczem zrobili każdy po muzycznym programie. Na pomysł, żebym zaśpiewała piosenki o Warszawie, wpadł Mike Urbaniak. Michał Pepol zaproponował, aby aranżacje przygotował Bartek Wąsik. Od razu spodobał mi się on i jego propozycje. Przede wszystkim dlatego, że było w tym dużo muzyki, a mniej śpiewu. Dużo w stylu Chopina. Może znowu podświadomie przypomniał mi się ojciec?

Najbardziej znany pani utwór to…

…bezwzględnie „Uśmiechnij się”. Pracowałam nad nim z Andrzejem Strzeleckim. Postanowiłam skrócić go do minuty, żeby ta minuta była jak piorun. Śmiałam się potem, że w „Uśmiechnij się” było połączenie Hitlera z Mussolinim i przysłowiową Zofią Grzyb. Kiedy śpiewałam to na koniec mojego recitalu „Piękny świat”, ludzi wbijało w fotele. Zresztą ten kawałek wciąż za mną chodzi. Jechałam kiedyś tramwajem, ewidentnie miałam zły dzień. Weszła jakaś pani, widzi mnie i mówi znane słowa. Nie było wyjścia, trzeba było się uśmiechnąć.

Pani ostatnie płyty odniosły nieprawdopodobny sukces.

Tymczasem „Atramentowa” jest już podwójnie platynowa, a „Suplement” złoty. Zaczęliśmy od „Atramentowej rumby” – mocny tekst i delikatna muzyka dały nienachalny, nieoczywisty przekaz. Stwierdziliśmy, że to dobry patent na cały album. Te piosenki wzięły się ze zmęczenia światem. Okazało się, że publiczność ma to samo poczucie. Koncerty, jakie teraz mamy, są niesamowite. Prawdziwa wymiana energii. Po zakończeniu przychodzą do mnie ludzie, opowiadają o sobie, zwierzają się, czasem płaczą. To są niezwykłe spotkania. Cieszę się też, że zostałam ośmielona, by spróbować pisać własne teksty. Chcę, żeby były to proste słowa, a w nich uczucia, rady. Życie. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 50/2016
Więcej możesz przeczytać w 50/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także