Anatomia politycznej zdrady

Anatomia politycznej zdrady

Donald Tusk, Jacek Saryusz-Wolski
Donald Tusk, Jacek Saryusz-Wolski / Źródło: Newspix.pl / FOTOMAG / TEDI
26 lat współpracy z Europejską Partią Ludową i 12 lat członkostwa w PO poświęcił Jacek Saryusz-Wolski, by – jak powiedział – wysiąść na przystanku Polska. Większość komentatorów jednak podejrzewa, że z tego przystanku europoseł odjedzie w autobusie z napisem PiS.

Po tym, jak Saryusz-Wolski rzucił wyzwanie Donaldowi Tuskowi i zdecydował się być kontrkandydatem na szefa Komisji Europejskiej, ten polityk nie ma już powrotu do Platformy Obywatelskiej. A więc za jakiś czas nieodwołanie zejdzie ze sceny politycznej. Gdyby jednak chciał na niej pozostać, to musiałby się związać z PiS. Byłby to pierwszy od trzech lat głośny transfer między dwoma zwaśnionymi obozami. Polityczne przejścia są najbardziej frapującym elementem naszej sceny politycznej. Politycy potrafią porzucać partie, w których działali przez wiele lat, zażarcie ich bronili, a nawet sami założyli, by się przenieść do konkurencji. Niezależnie od tego, co mówią przy takiej okazji, zwykle kieruje nimi rachunek osobistych zysków i strat.

A że potrafią liczyć, to rzadko kiedy wychodzą na tym źle. Co Saryusz-Wolski mógłby zyskać na sprzymierzeniu się z PiS? Chociażby kontynuację pracy w Parlamencie Europejskim. Pozostając przy Platformie Obywatelskiej, nie mógł być tego pewny, bo od dawna miał na pieńku z kierownictwem partii. Ale w sejmowych kuluarach spekulowano o znacznie większej nagrodzie – na przykład o prestiżowym stanowisku szefa polskiej dyplomacji albo niezwykle lukratywnym, bo przynoszącym ok. 100 tys. zł miesięcznie, stanowisku polskiego komisarza. Jedno i drugie byłoby dla Saryusz-Wolskiego atrakcyjne, a od PO raczej by tego nie uzyskał. A więc mimo chwilowego spadku notowań może na tym dobrze wyjść.

Dorzynanie watahy

Poprzedni głośny transfer na naszej scenie politycznej dotyczył Michała Kamińskiego, który z pozycji ostrego PR-owca PiS i ministra w kancelarii Lecha Kaczyńskiego przeszedł do partii Polska Jest Najważniejsza, by później związać się z PO. Ten zwrot był szokujący, bo Kamiński, będąc w PiS, nie przebierał w słowach, oceniając Platformę. To on był autorem słynnego powiedzenia, że Donald Tusk jest odwrotnością króla Midasa, bo wszystko, czego dotknie, zamienia się w g…. A gdy odszedł z Prawa i Sprawiedliwości napisał książkę „Koniec PiS” i w równie ostrych słowach atakował Jarosława Kaczyńskiego. Być może właśnie ten ostry język i zdania, o których trudno zapomnieć, sprawiły, że dzisiaj Kamiński jest politycznym bankrutem.

Wykluczony z klubu PO, bez szans na pojednanie z PiS, za dwa lata może zniknąć ze sceny politycznej. Ale jego historia jest wyjątkiem od reguły, bo inni politycy, zmieniając barwy, sporo na tym zyskiwali. W 2007 r., gdy PO toczyła z PiS śmiertelny bój o władzę, dochodziło do spektakularnych zmian barw. Radosław Sikorski, który w rządach PiS w latach 2005-2007 był szefem MON, przeszedł przed wyborami do PO, wypowiadając głośnie słowa: jeszcze jedna bitwa, jeszcze dorżniemy watahy i wygramy tę batalię. Te watahy to oczywiście PiS, z którym zdążył się poróżnić. I te ostre słowa przyniosły mu wymierne profity – w rządzie Donalda Tuska został szefem polskiej dyplomacji i na tym stanowisku utrzymał się przez siedem lat.

A po odejściu z rządu został marszałkiem Sejmu. Odszedł z tego stanowiska w atmosferze afery podsłuchowej, ujawnionej przez „Wprost”, ale także medialnych zarzutów o pobieranie ryczałtu za benzynę, podczas gdy nieustannie miał do dyspozycji samochód z kierowcą. Nie kandydował do Sejmu w 2015 r. i od tego czasu jest tylko recenzentem życia politycznego. Jednak wcale nie powiedziane, że w polityce powiedział ostatnie słowo, bo mając tak duże doświadczenie, jeszcze może zajmować eksponowane stanowiska. Na politycznym transferze skorzystał też Bartosz Arłukowicz, który w 2010 r. porzucił obóz lewicy na rzecz PO. Warto przypomnieć, że będąc członkiem klubu SLD i zasiadając w komisji badającej tzw. aferę hazardową, Arłukowicz ostro punktował rządzącą PO. Nie przeszkodziło mu to przyjąć od Donalda Tuska specjalnie dla niego utworzonego stanowiska pełnomocnika rządu ds. przeciwdziałania wykluczeniu społecznemu (stanowisko to zlikwidowano zaraz po wyborach w 2011 r.), a potem teki ministra zdrowia. Dziś jest posłem PO. Warto przypomnieć, że zanim przeszedł do Platformy, Arłukowicz był uważany za nadzieję polskiej lewicy. Ale lewica w owych czasach przeżywała trudne chwile i nie zdołała przezwyciężyć problemów, skoro wypadła z parlamentu. A Arłukowicz ma mandat poselski i ciągle znajduje się w politycznej grze.

Czerwona marynarka

Gdy Joanna Kluzik-Rostkowska pojawiła się na konwencji wyborczej PO w czerwonej marynarce, tej samej, w której pokazywała się przez całą kampanię prezydencką w 2010 r. u boku Jarosława Kaczyńskiego, wywołała prawdziwą burzę. Nie tylko z powodu garderoby, ale również dlatego, że jeszcze kilka tygodni wcześniej była przewodniczącą partii Polska Jest Najważniejsza założonej przez osoby, które odeszły lub zostały wyrzucone z PiS. Koledzy z PJN nigdy jej tego nie wybaczyli. Kluzik-Rostkowska opowiedziała nam o okolicznościach tego transferu.

– Kiedy Jarosław Kaczyński wyrzucił mnie z partii, nie czułam rozczarowania czy rozgoryczenia, ponieważ stało się faktem coś, co wisiało w powietrzu od dawna – wspomina Kluzik-Rostkowska. – Po rozstaniu z PiS miałam propozycję przejścia do PO, ale tego nie zrobiłam. Miałam pokampanijną grupę sztabową, której nie mogłam opuścić. Założyliśmy więc PJN. Potem z PO i PSL dostaliśmy propozycję, by startować na jednych listach w wyborach parlamentarnych. PJN podzielił się w opiniach co do tej kwestii. W końcu postanowił iść samodzielnie do wyborów, a ja oddałam partię Pawłowi Kowalowi. Dzięki temu przejściu Kluzik-Rostkowska została ministrem edukacji, choć nie nastąpiłoto zaraz po wyborach parlamentarnych, tylko dwa lata później. Dziś jest posłanką PO i – jak twierdzi – jest zadowolona ze swojego miejsca w Platformie. – W PiS z moimi poglądami byłam outsiderką – zaznacza. I dodaje, że zapisanie się do partii to nie jest zobowiązanie na całe życie. – Każda z osób, która zmieniła partię, robiła to z innego powodu – mówi.

– Ale zwykle politycy zmieniają szyld, bo nie zgadzają się z ugrupowaniem, w którym są, jest im ciasno i budują od nowa pozycję w nowym środowisku. Gdybyśmy zaczęli liczyć partie, w których był Ryszard Czarnecki czy Jacek Kurski, to zabrakłoby nam palców u ręki. Przecież Czarnecki nie zapisał się do Samoobrony z powodu miłości do tej partii. – Każdego dnia cieszę się, że odszedłem z PiS – mówi Paweł Zalewski, który był wiceprzewodniczącym tej partii, a odszedł po wyborach parlamentarnych w 2007 r. Jego transfer nie wywołał takiego trzęsienia ziemi jak to opisane wcześniej, bo Zalewski dłuższy czas był posłem niezrzeszonym, a do PO zbliżał się aż półtora roku. Twierdzi, że odszedł z partii Jarosława Kaczyńskiego, ponieważ nie odpowiadał mu sposób prowadzenia polityki zagranicznej, a także z powodu autokratycznego sposobu zarządzania w PiS. Jego byli koledzy z partii na pół ironicznie dziwią się, że dostrzegł te wady dopiero, gdy PiS przegrało wybory, bo gdy rządziło, to jakoś nie palił się do odejścia. Czy Zalewski skorzystał na transferze? Z listy PO przez pięć lat zasiadał w Parlamencie Europejskim, a więc krzywda mu się nie działa. Dziś jest poza głównym nurtem.

Znikające kluby

Dla partii politycznych transfery to istna zmora. Niektóre kluby parlamentarne drastycznie się kurczą w trakcie kadencji. Paweł Kukiz od wyborów w 2015 r. stracił już dziesięciu posłów. Pozostało mu jeszcze 33, ale do końca kadencji daleko. Podobnie było z Ruchem Palikota w poprzedniej kadencji czy z Samoobroną w latach 2005-2007. Nic dziwnego, że spektakularne transfery polityczne traktowane są w kategoriach nieomal zdrady. Te emocje były szczególnie silne w latach 90., gdy nieliczne osoby z obozu Solidarności przechodziły na stronę postkomunistów. Mowa o Katarzynie Piekarskiej, która porzuciła Unię Wolności na rzecz kariery u boku Leszka Millera, Barbarze Labudzie, jednej z twarzy Unii Demokratycznej, która w drugiej turze wyborów prezydenckich w 1995 r. poparła Aleksandra Kwaśniewskiego, a po wyborach została ministrem w jego kancelarii, czy Andrzeju Celińskim. Ten ostatni był wiceprzewodniczącym UD, a w 1999 r. związał się z SLD, pełnił funkcję wiceprzewodniczącego tej partii i piastował stanowisko ministra kultury. Każdej z tych osób transfer się opłacił, bo ich kariera polityczna gwałtownie przyspieszyła, a nie jest wcale powiedziane, że pozostając w macierzystych formacjach, miałyby na to szansę. Ale takie decyzje mają swoją cenę. Katarzyna Piekarska opowiada, ile ją to kosztowało. – Był moment, że pożałowałam tej decyzji – mówi. – Wróciłam do domu po konferencji, na której ogłosiłam przejście do SLD, i zastałam zapłakaną mamę. Odsłuchała w telefonie wiadomości od części moich znajomych, którzy, nie przebierając w słowach, uznali mnie za wroga. Tymczasem w SLD też nie bardzo mnie akceptowali. Dopiero gdy Marek Borowski założył własną partię i wyprowadził część działaczy, a ja zostałam w Sojuszu, uznali, że jestem ich. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 11/2017
Więcej możesz przeczytać w 11/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także