Leczenie siecią

Leczenie siecią

Beata Szydło i Konstanty Radziwiłł
Beata Szydło i Konstanty Radziwiłł / Źródło: P. Tracz / KPRM
Szpitale oplotła sieć ministra Konstantego Radziwiłła. Dzięki temu mają się zająć leczeniem, a nie walką o kontrakty z NFZ.

Małgorzata Kwiatkowska

W tę sieć chciał się dać złapać każdy, bo gwarantuje finansowanie ze środków publicznych. Zgodnie z przewidywaniami udało się to głównie szpitalom publicznym funkcjonującym w formie SPZOZ (samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej). To 593 z 912 placówek, które dotychczas miały kontrakt z Narodowym Funduszem Zdrowia.

Choć straci go aż 319 szpitali, dysponowały one tylko 5 proc., czyli 7,9 tys. ze wszystkich ponad 153 tys. łóżek zakontraktowanych dziś przez NFZ. W większości wykonywały bowiem procedury chirurgii jednodniowej – trwające kilkanaście minut operacje zaćmy lub nieskomplikowane zabiegi okulistyki czy ortopedii, po których pacjent zostaje w szpitalu najwyżej kilka godzin. To też w większości placówki prywatne – otwierane przez samych specjalistów lub spółki. Sieć szpitali, a właściwie „system szpitalnego zabezpieczenia świadczeń opieki zdrowotnej”, ma gwarantować Polakom dostęp do leczenia blisko miejsca zamieszkania. A jednocześnie nie marnować publicznych pieniędzy, których Polska przeznacza na zdrowie najmniej w Europie (4,5 proc. PKB przy średniej europejskiej na poziomie 7 proc.), na placówki, które leczą wycinkowo, np. wykonują jedynie opłacalne procedury inwazyjne i nie interesują się pacjentem po zabiegu.

Sieciowe kryteria

Takie rozumienie „sieci” nawiązuje do idei zmarłego byłego ministra zdrowia w rządzie PiS prof. Zbigniewa Religi. Słynny kardiochirurg chciał zrobić porządek z nieuporządkowaną strukturą szpitalną. Wyeliminować placówki niepotrzebne, działające w starych, często zabytkowych budynkach, i zostawić tylko te dobrze prosperujące i potrzebne mieszkańcom. Już wówczas – w drugiej połowie pierwszej dekady XXI w. – widać było, że przy malejącym przyroście demograficznym tak duża liczba szpitali położniczych nie jest potrzebna, a oddziały dla rodzących trzeba przekształcić, np. w oddziały ginekologii onkologicznej. Plan ministra Radziwiłła nawiązywał do planów wielkiego poprzednika – mówiono, że struktura łóżek szpitalnych ma odzwierciedlać zapisy stworzonych przez resort zdrowia map potrzeb zdrowotnych. Po wielu modyfikacjach ministerstwo uplotło sieć mieszczącą niemal wszystkie placówki publiczne, również te najmniejsze. Zabrakło miejsca dla placówek prywatnych, z którymi publicznym coraz trudniej było walczyć o kontrakt. Zgodnie z nowelizacją ustawy o świadczeniach zdrowotnych finansowanych ze środków publicznych sieć podzielona na sześć poziomów ma gwarantować skoordynowaną opiekę nad pacjentem i stałą kontrolę nad jego zdrowiem. Szpitale pierwszego poziomu (początkowo nazwane powiatowymi) to placówki posiadające oddziały podstawowe – chorób wewnętrznych, chirurgii ogólnej, ginekologii i położnictwa, neonatologii i pediatrii. Do drugiego poziomu – szpitali wojewódzkich – kwalifikuje się placówki mające także co najmniej trzy oddziały specjalistyczne (m.in. chirurgia dziecięca, kardiologia, ortopedia, urologia), do trzeciego wchodzą szpitale mające dodatkowo oddziały wysokospecjalistyczne (kardiochirurgia, transplantologia, neurochirurgia dziecięca). Kolejne trzy specjalistyczne poziomy zabezpieczenia dzielą się na szpitale pulmonologiczne i onkologiczne, szpitale pediatryczne i szpitale ogólnopolskie (czyli placówki kliniczne, szkolące przyszłych lekarzy).

Wypadli przez oka

Nikogo nie zdziwiło, że kryteria zostały ustalone w taki sposób, by wykluczyć szpitale prywatne, a nawet oddziały, które prywaciarze dzierżawili od placówek publicznych, by móc w nich wykonywać wysokospecjalistyczne zabiegi, np. kardiologii inwazyjnej. Z sieci wypadły niektóre prywatne szpitale kardiologiczne zajmujące się udrażnianiem tętnic wieńcowych po zawale. Tworzone na początku wieku w najodleglejszych miejscach Polski, gdzie do dużych ośrodków jest ponad sto kilometrów, gwarantowały szybkie dotarcie na stół w pracowni hemodynamicznej (czyli pracowni wyposażonej w aparat radiologiczny, umożliwiający kardiochirurgowi precyzyjne wprowadzenie do układu krwionośnego pacjenta stentu, który udrażnia tętnice) i szanse na przeżycie. W przypadku zawału ważne jest bowiem, by czas od jego wystąpienia do wdrożenia leczenia nie był dłuższy niż pół godziny. W przeciwnym razie może dojść do martwicy mięśnia sercowego i – jeśli nie śmierci – to poważnych powikłań uniemożliwiających normalne życie. Jak na specjalnym posiedzeniu sejmowej komisji zdrowia poświęconej sieci dowodzili kardiolodzy z Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego, z map rozmieszczenia pracowni w Polsce wynika, że w wielu województwach dominują prywatne ośrodki kardiologii interwencyjnej, a w pozostałych województwach takie ośrodki pomagają zabezpieczyć mieszkańców z terenów oddalonych od wielkich miast. Zdaniem części kardiologów wykluczenie z sieci nowoczesnych placówek kardiologii inwazyjnej tylko ze względu na to, że nie spełniły jednego z wyśrubowanych kryteriów, jest błędem, bo dziś leczą one ok. 60 proc. ostrych zespołów wieńcowych, czyli zawałów.

Inni, jak dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego gen. Grzegorz Gielerak, uważają, że prywatne pracownie hemodynamiczne nie do końca spełniają swoje zadanie, ponieważ nie mają zaplecza w postaci oddziału kardiochirurgii, a część ostrych zespołów wieńcowych wymaga operacji na otwartym sercu. Na podobnej zasadzie z sieci wypadły prywatne szpitale okulistyczne wykonująceoperacje zaćmy – zabiegi, na które zgodnie z listą fundacji Watch Health Care mierzącej długość kolejek do świadczeń refundowanych przez NFZ czeka się w Polsce blisko dwa lata. Dlatego o zdrowie swoich pacjentów obawiają się też okuliści, którzy oceniają, że po wprowadzeniu sieci budżet na operacje zaćmy skurczy się o 36 proc. Polskie Towarzystwo Okulistyczne ostrzega, że spowoduje to wydłużenie kolejek do leczenia tej choroby oczu. Zabiegi usunięcia zaćmy zostały wprawdzie wyłączone z ryczałtu, jakim będą finansowane szpitale w sieci, a pieniądze na nie pójdą z osobnej puli, do której wrzucono także świadczenia ratujące życie, porody i programy lekowe, ale stanowią zaledwie 2 proc. tej puli. Pytanie: czy apele okulistów pozostaną bez odpowiedzi? Ciekawe też, co będzie z odwołaniami od listy szpitali w sieci, które do dyrektorów oddziałów wojewódzkich NFZ wysłali w zeszłym tygodniu właściciele prywatnych ośrodków kardiologicznych.

Podobno nikłe są szanse na to, że spośród wszystkich 96 protestów, jakie wpłynęły do 16 oddziałów funduszu, uwzględnione zostaną głosy właśnie szpitali prywatnych. Eliminując część podmiotów prywatnych, sieć poprawia jednak byt szpitali publicznych. Ich dyrektorzy odetchną z ulgą, bo ryczałt przyznany im przez dyrektorów oddziałów wojewódzkich NFZ będzie obowiązywał przez kolejne cztery lata. To zdejmuje z dyrektorów obowiązek walki o kontrakt i ciężkich negocjacji, jakie były ich udziałem co roku. Co prawda, przez ostatnich kilka lat umowy aneksowano, ale dyrektorzy wciąż nie mogli spać spokojnie. Sieć rozwiązuje też częściowo problemy szpitali klinicznych, które, choć kształciły przyszłych lekarzy, do konkursów w NFZ przystępowały na takich samych zasadach jak inni. I otrzymywały tyle samo pieniędzy, choć musiały z nich opłacać dodatkowe etaty dydaktyczne. Teraz dostaną więcej pieniędzy, bo resort wziął pod uwagę obciążenia wynikające z medycznej dydaktyki. Jednak to, co stanowi ulgę dla dyrektorów, spędza sen z powiek specjalistom od systemu ochrony zdrowia. Uważają, że to powrót do epoki socjalizmu i zachęta do wypychania pacjenta na koniec kolejki. I że sieć, zamiast naprawiać to, co w systemie złe, może jeszcze bardziej go popsuć. g

© Wszelkie prawa zastrzeżone

Okładka tygodnika WPROST: 28/2017
Więcej możesz przeczytać w 28/2017 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0