Jenzyk polski

Jenzyk polski

Polszczyźnie potrzebna jest modernizacja

To, że posługujemy się nienowoczesnym językiem, sprawia, że myślimy, działamy i żyjemy nienowocześnie. Trzeba więc radykalnie zreformować pisownię i mowę ojczystą, uprościć ją i oczyścić z pleśni: z tych wszystkich "ą", "ę", "ó", "rz" i "ch", z "nie" pisanego to razem, to znowu osobno. Trzeba też otworzyć ją dla skrótów, zapożyczeń, kalk językowych i słów obcojęzycznych. Polszczyzna musi się stać częścią międzynarodowego kodu językowego. Bez tego trudno nam będzie nadążyć za cywilizowanym światem. Język powinien służyć komunikacji międzyludzkiej; jeśli ją utrudnia, staje się kulą u nogi.

Polszczyzna jest jednym z najbardziej skomplikowanych języków europejskich. Jej zawiłości sprawiają, że cudzoziemcowi trudno się nauczyć polskiego, a Polakowi opanować inny język. Zaabsorbowanie powinnością prawidłowego poruszania się w gąszczu polszczyzny, najeżonej trudnościami ortograficznymi, gramatycznymi i składniowymi, sprawia również, że posługującemu się nią człowiekowi zostaje mało przestrzeni na myślenie o istocie wypowiedzi. Forma przytłacza treść, toteż na gruncie języka polskiego tak bujnie wykwita nowomowa, zasiana przez pseudopurystów spod znaku Wielkiego Językoznawcy Stalina: formalnie poprawna, lecz wyprana z sensu.
Język polski jest też nienowoczesny i nieżyciowy, skrępowany przestarzałymi regułami, które utrudniają przyswajanie globalnych innowacji. Widoczne w ostatniej dekadzie naturalne tendencje do jego uwolnienia po półwieczu przymusowej hibernacji napotykają opór "kapłanów świętego ognia", upatrujących w językowych anachronizmach roli strażnika narodowych wartości. Przeforsowana przez nich ustawa z 7 października 1999 r. o języku polskim, zakazująca posługiwania się obcojęzycznymi określeniami, jest rozpaczliwą próbą zakonserwowania językowego i mentalnego zaścianka, bezsensowną, szkodliwą i - jak wszystkie prawne kurioza - nieskuteczną. - Ta ustawa jest zupełnie niepotrzebna i może stanowić zagrożenie dla twórczości, jeśli trafiwszy w ręce urzędników stanie się formą cenzury - obawia się Henryk Bereza, krytyk literacki, redaktor "Twórczości".

Międzynarodówka językokreatorów
Każdy język, a wraz z nim naród, żyje, gdy się zmienia. Nie wolno mu w tym przeszkadzać, a często należy pomóc. Historia uczy, że głębokie reformy języka nie tylko bywały konsekwencją i wsparciem radykalnych przemian w danym obszarze językowym, ale też stawały się ich napędem. Nowy słownik francuski z nieobecnymi we wcześniejszych leksykonach wyrazami, takimi jak "republika", był tylko następstwem rewolucji 1789 r. Wprowadzenie alfabetu łacińskiego (i kalendarza gregoriańskiego) przez Kemala Atatürka w 1923 r. zapoczątkowało europeizację Turcji, a stworzenie języka neohebrajskiego, w którym trzeba było opracować od podstaw niemal połowę zasobu leksykalnego, nieobecnego w starożytnej hebrajszczyźnie jako języku liturgii, stało się fundamentem powstałego w 1948 r. państwa Izrael. Gdyby Atatürk i Ben Gurion słuchali językowych oponentów, losy ich krajów mogłyby się potoczyć całkiem inaczej, niekoniecznie lepiej. Dowodzi tego przykład Wietnamu, któremu koloniści francuscy narzucili alfabet łaciński. Dzięki temu Wietnamczycy asymilują się łatwiej - również w Polsce - niż ich sąsiedzi z państw używających rodzimego liternictwa: Tajowie, Chińczycy, Koreańczycy, Japończycy.
Kiedy w 1870 r. powstało państwo włoskie, stworzony został jednolity język jako summa florenckiego języka literackiego i dialektów apenińskich, zwłaszcza lombardzkiego, piemonckiego, toskańskiego i rzymskiego. Najważniejsza włoska "Enciclopedia Treccani" oraz co roku uzupełniany słownik "Zanicchelli" z dużą elastycznością wprowadzają neologizmy i wchodzące do obiegu zwroty żargonowe. Urzędowy kanon języka czeskiego, przyjęty w 1918 r., różnił się znacznie od tego, którym posługiwali się Czesi pod rządami monarchii austro-węgierskiej. Został oczyszczony z naleciałości niemieckich, uproszczony i zwokalizowany. W Niemczech dokonano gruntownych korekt pisowni w czasach cesarza Wilhelma II i pod koniec III Rzeszy, a w 1951 r. w Austrii ogłoszono "Słownik austriacki", zrywający z pangermańskimi regułami "poprawnej niemczyzny". Na początku lat 60. reformę językową wprowadziła Grecja w następstwie wstąpienia tego państwa do NATO. Po zjednoczeniu Niemiec wprowadzono nowe zasady ortografii, obejmujące m.in. zmieniony sposób pisania wyrazów łączonych i zaczynających się dużą literą, nową interpunkcję, zastąpienie "ß" literami "ss" oraz likwidację "umlautów". Nowy język, różniący się od serbsko-chorwackiego, tworzy niepodległa Chorwacja, odrzucając zaszczepione w okresie Wielkiej Jugosławii reguły ortograficzne, oparte na używanej u serbskiego hegemona cyrylicy. Dlaczego zatem niepodległa Rzeczpospolita Polska musi kultywować wszystkie reguły językowe odziedziczone po odciętej od świata PRL, łącznie z tymi, które są największą zmorą?

Kamieniołomy ortografii
Naturalną konsekwencją odzyskania przez Polskę niepodległości po I wojnie światowej był manifest futurystów, domagających się odrzucenia reguł staropolszczyzny, pielęgnowanych jako relikwia narodowa w okresie zaborów, i zastąpienia ich prostymi, intuicyjnymi skojarzeniami głoskowymi ("nuż w bżuhu, jednodniufka"). Ich apel nie miał wtedy szans, ale nie poszedł w niepamięć. Fakt, że wszedł na stałe do annałów intelektualnych propozycji i jest wciąż przypominany, świadczy o jego nośności.
Dziś, kiedy już tylko najstarsi kresowianie potrafią różnicować brzmienie dźwięcznego "h" i bezdźwięcznego "ch", nie ma wielu argumentów na rzecz wymiennej pisowni obu tych głosek. Również coraz trudniej uzasadnić różnice między "u" i "ó" oraz "ż" i "rz". Wkuwanie tych różnic, z których tylko część ma oparcie w ogólnych regułach wymienności "rz" na "r" i "ó" na "o", a także zasad stosowania liter oznaczających głoski dźwięczne tam, gdzie słychać bezdźwięczne ("przeszkoda", "stawka" i tysiące podobnych), absorbuje ogromną część edukacji językowej. Na naukę znaczeń słów, związków logicznych między nimi, leksykalnych i frazeologicznych niuansów nie starcza już czasu. Na ocenę z polskiego w polskiej szkole XXI wieku ogromny wpływ ma nadal - jak za czasów profesora Pimki - stopień z dyktanda, największej zmory uczniów i nauczycieli. Fetysz poprawnego pisania po polsku, w sensie czysto formalnym, sprawia, że można z tego przedmiotu na maturze dostać piątkę, operując zasobem tysiąca podstawowych słów, nauczywszy się, które pisze się przez "ó" z kreską, a które przez samo "ha", które razem, a które osobno, dużą literą czy małą, z łącznikiem lub bez niego. W rezultacie prawie połowa polskich maturzystów, którzy wykuli na blachę, że pisze się "lekkozbrojny" razem, ale "średnio inteligentny" osobno, "Góry Świętokrzyskie", ale "góry Hindukusz", i zapamiętali, kiedy trzeba pisać "nie znany", a kiedy "nieznany", nie rozumie instrukcji obsługi magnetowidu, a tylko 7 proc. Polaków pojmuje treść serwisów informacyjnych w telewizji, bo jest tam za dużo słów i pojęć, których nikt ich już nie zdążył nauczyć.
Co gorsza, w dobie wolności terror ortografii nasila się, zamiast słabnąć. Ortograficzni czekiści urządzają publiczne procesy pokazowe nad użytkownikami polszczyzny w formie masowych dyktand w halach sportowych, podczas których ludzie prywatni i publiczni katowani są pozbawionymi wszelkiego sensu tekstami, wymyślanymi przez językowych sadystów z Rady Języka Polskiego. Ich ambicją jest ułożyć tekst tak najeżony minami, rafami i zasiekami polszczyzny, by nikt nie zdołał przebrnąć przezeń cało. Zwycięzca ubiegłorocznego dyktanda zrobił "tylko" trzy błędy. Jaki jest sens tego typu igrzysk i czym się one różnią od starożytnych walk gladiatorów? Broniąc się przed dyktaturą dyktand, coraz więcej uczniów - w niektórych klasach szkół warszawskich już nawet połowa - przedstawia zaświadczenia lekarskie o dysleksji i dysgrafii, by mieć więcej czasu na lekturę, naukę języków i surfowanie po Internecie, bardziej przydatne od wkuwania drętwych reguł ortografii.

Galery gramatyki
Upraszczanie konstrukcji gramatycznych i zacieranie form męskiej, żeńskiej i nijakiej w odmianie wyrazów dokonuje się w sposób naturalny, ale akceptowane jest z trudem. Wszyscy mówią "dwóch skrzypiec", a nie "dwojga", "trzydziestu dzieci", nie zaś "trzydzieściorga", tymczasem formy te nie zostały do tej pory zaaprobowane przez normatywistów. - Tendencje wyrównawcze z trudem pokonują opór tradycji, która ciągle odgrywa główną rolę jako czynnik rozstrzygający o poprawności form. Wpływ tradycji, opóźniający lub nawet uniemożliwiający szerzenie się innowacji, jest szczególnie silny w dziedzinie faktów gramatycznych - stwierdza prof. Halina Satkiewicz. W rezultacie nadal musimy używać - jak w XVIII wieku - form "konwenanse", "kwadranse", "finanse", choć usta same się skła-dają do końcówki "y", powszechnej w liczbie mnogiej rodzaju męskiego. W dopełniaczu pozwalają nam już mówić "telewizora" i "komputera", ale każą nadal "folderu", choć konstrukcja tych słów jest identyczna. Możemy już bez trudu kupić "fiata" i "remingtona", musimy nadal jednak robić "rentgen", broń Boże z "a" na końcu, bo wykaże gruźlicę języka.
Jeżeli dziś nie rozróżniamy form "wielkiem", "któremi", "silnemi", respektowanych przed II wojną światową, to jaka racja przemawia za trzymaniem się rozróżnień "tą" i "tę" bądź "dwoma" i "dwiema"? Dlaczego wolno nam mówić "gwoździami", "saniami", "gałęziami", lecz mamy surowo zakazane używać form "liściami" i "pieniądzami"? Dlaczego liczba mnoga od "pasażer" i "profesor" ma końcówkę "-owie", ale więcej niż jeden "premier", "dyrektor", "reżyser" oraz "autor" to "-erzy" lub "-orzy"? Dlaczego legalna jest już "pani Chrust" w miejsce trącącej myszką "Chrustowej", ale żona Kowalskiego musi dalej nosić inne nazwisko niż jej mąż, czego nie mogą zrozumieć cudzoziemcy? Takich nielogiczności, zachwaszczających język i myśli, są tysiące, jak polszczyzna długa, szeroka i głęboka.
Ortografię widać, a gramatykę słychać, przede wszystkim w radiu. Codzienne dania śniadaniowe z polityków, serwowane niemal przez wszystkie rozgłośnie około ósmej rano, mają jeden wspólny składnik: formę "proszę panią", adresowaną do prowadzącej wywiad dziennikarki (ale już nie do "dyrektorki", ta jest nadal "panią dyrektor"). Wywiady z politykami wykazują też wymowną prawidłowość: arcypoprawnie mówi ten, kto nie ma wiele do powiedzenia. Poprawny formalnie styl wypowiedzi "zawodowców" z SLD nie wniósł żadnych istotnych wartości do polskiego języka polityki - poza paroma damsko-męskimi skojarzeniami Leszka Millera. Malwowe frazy lidera PSL Jarosława Kalinowskiego, aspirującego do godności czempiona mowy polskiej, przykuwają uwagę, ale wyprane są z wszelkiego sensu. Do annałów weszło zaś kreatywne słownictwo i niebanalna składnia Lecha Wałęsy, niespecjalnie nabożnego wobec form i reguł poprawnej polszczyzny, wytrwale lansującego takie formy, jak "szłem", "wziołem", "nogie" i "Mnietek".

Terror znaków diakrytycznych
Kto choć raz dostał tekst napisany na niepolskiej klawiaturze i musiał go przysposobić do druku albo pisał list na zagranicznej maszynie i starał się go spolszczyć, wie, ile czasu zabrało mu żmudne stawianie ogonków przy samogłoskach nosowych, kresek nad "c", "s", "o" i "z" (nad tą ostatnią literą również kropek) oraz kreseczek przy "l". A przecież rozumienie tekstu napisanego bez tych znaczków nie przysparza żadnych trudności. Każdy wie, że "tesc" to "teść", "ziec’ to "zięć’, a "swiekra" to "świekra", by poprzestać na terminologii rodzinnej.
Zaznaczanie znaków diakrytycznych ma sens jedynie w fazie nauki języka polskiego, tak jak w języku rosyjskim zaznaczanie akcentów i kropek nad "e" w zgłosce "jo". Można je znaleźć tylko w elementarzach i podstawowych podręcznikach. W "dorosłych" książkach oraz w prasie już się ich nie stosuje, bo każdy wie, gdzie być powinny. Czy nie pojęlibyśmy inwokacji do "Pana Tadeusza", gdyby brzmiała tak: "Litwo, ojczyzno moja, ty jestes jak zdrowie, ile cie trzeba cenic, ten tylko sie dowie, kto cie stracil"?
Terror znaków diakrytycznych utrudnia polszczyźnie kontakt z innymi językami, a często bywa źródłem nieporozumień. W biuletynie sejmowym z 10 maja 2001 r. pomieszczono informację o posiedzeniu Komisji Kultury Fizycznej i Turystyki, która rozpatrywała - jak czytamy - informacje prezesów UKFiS i PKOl "o przygotowaniach do Igrzysk Zimowych SALT ŁĄKĘ 2002 i Letnich ATENY 2004". Najwyraźniej osoba redagująca drukowaną wersję biuletynu na podstawie elektronicznego zapisu, dopisując skrupulatnie znaki diakrytyczne, dodała je z rozpędu i do nazwy miasta Salt Lake - organizatora przyszłorocznej zimowej olimpiady. Skrzętność korektorska wyłączyła myślenie.

Komunikacja ery komputerów
Przy coraz powszechniejszym korzystaniu z Internetu traci też sens używanie wielkich liter - na początku zdań i przy nazwach własnych. Tym bardziej że zwykły śmiertelnik nie jest w stanie pojąć, dlaczego dyktatorzy z Komitetu Językoznawstwa PAN zadekretowali w 1995 r., że dotychczasowy "Park Ludowy" to teraz "park Ludowy", "Rondo Jagiellonów" to "rondo Jagiellonów", a "Szkoła Podstawowa Nr 6" to nadal "Szkoła Podstawowa", ale "nr 6". Człowiek doby Internetu, który wiele razy dziennie wysyła korespondencję na adresy typu "jan.kowalski" lub "rzecznik_prasowy.warszawa" i dostaje ją jako "m.nowak", doznaje schizofrenii, gdy chwyta za długopis, by poprawnie zaadresować kopertę z zeznaniem podatkowym do Urzędu Skarbowego Warszawa Bielany przy ulicy Skalbmierskiej. Stosowanie dużych liter jest sztuką dla sztuki, tym bardziej że pocztowym czytnikom też jest łatwiej rozróżniać małe litery.
Językowi konserwatyści długo nie chcieli zaakceptować słowa "komputer", upierając się przy "mózgu elektronowym", jakby przewidując, że ten właśnie wynalazek dokona największej w XX wieku inwazji na tradycyjną polszczyznę. Jedne nowinki językowe zrodzone przez informatykę (dyskietka, mysz, modem, formatowanie, klikanie, aplikacja, kompatybilność) zostały przyjęte w miarę bezboleśnie, inne (flop, laptop, mail, notebook, CD-ROM, pecet, driver, interfejs, software, hardware) musiały stoczyć ciężki bój o uznanie ich prawa stałego pobytu w ojczyźnie-polszczyźnie, choć upieranie się przy polskim odpowiedniku na przykład interfejsu wymagałoby użycia aż ośmiu słów ("układ elektroniczny umożliwiający połączenie komputera z urządzeniem zewnętrznym"). Jeżeli jednak zaakceptowaliśmy "pecet’ ("peceta"?), to po co się bronić przed "makiem" na określenie konkurencyjnego wobec PC IBM standardu Macintosha? Dr Janusz Molga, psycholog, zwraca uwagę, że coś, co nie ma nazwy, de facto nie istnieje w świadomości. - Odbieranie prawa do stosowania nazw obcojęzycznych przy braku lub niekomunikatywności polskiego odpowiednika na przykład słowa "leasing" zubaża potencjał poznawczy - mówi Molga.
Język komputerowy jest językiem skrótów, łatwo akceptowanym zwłaszcza przez młodzież, która w mailach i SMS-ach powszechnie posługuje się zwrotami "sie ma", "spoko", "nara", "wow", "super", "3manie" (trzymanie), "waw" (Warszawa), "siju" (see you - do zobaczenia), "4U" (for you), "U2" (you too). Stosują też coraz powszechniej system kodów graficznych (emotikon), zrozumiały na całym świecie. Według prof. Rocha Sulimy, socjologa kultury, odwzorowuje to charakter naszych "zagonionych" czasów i wyraża naturalną tendencję języka do skrótowości. Dlaczego dziś wprowadzane skróty mają być gorsze od dawno zaakceptowanych na gruncie korespondencyjnym, takich jak ob., ul., pl., m., Wlkp., prof., Sz.P., W.P., RSVP, z których te ostatnie uchodzą wręcz za zwroty grzecznościowe, choć wcale nie tak dawno też kaleczyły poczucie językowej przyzwoitości dogmatyków, domagających się stosowania form w pełni rozwiniętych.

Totalitaryzm monopolszczyzny
PRL próbowała stworzyć narodowy monolit, tępiąc nie tylko języki mniejszości etnicznych, ale i regionalizmy. Jedyną uznaną formą języka była "hochpolszczyzna", czyli tak zwany język literacki, oznaczający w praktyce drętwopisaninę, książkową odpowiedniczkę partyjnej nowomowy. Urzędową wyrocznią stylu byli tacy mocarze pióra, jak Jerzy Putrament i Władysław Machejek, członkowie KC PZPR, których dzieła zawalały księgarnie po sufity. Rozchwytywane były za to książki Bogdana Madeja, Marka Nowakowskiego, Jana Himilsbacha i Edwarda Redlińskiego, pisane regionalnymi gwarami i środowiskowym slangiem.
Terror "hochpolszczyzny" stosują dzisiaj telewizje, których gwiazdowi prezenterzy pochodzący z różnych stron naszego niemałego kraju przełamują z mozołem swą śląskość czy mazurskość, by wtłoczyć się w urzędową poprawność językową. Wywołuje to efekt nadepnięcia na grabie, gdyż najbardziej medialni okazują się ci, których polszczyzna jest "tamtejsza". Nauki księdza Tischnera nie trafiłyby pod gonty kolib, gdyby nie jego naturalna góralszczyzna, Kazimierz Kutz nie zyskałby posłuchu w śląskich familokach, mówiąc językiem, jakim pisał pracę dyplomową, a Jerzy Owsiak nie zdobywałby milionów ze swą orkiestrą, gdyby założył sobie kaganiec filtrujący te wszystkie jego "sie ma" i "róbta co chceta".
Trzeba więc zerwać z terrorem jednej, zadekretowanej poprawnej polszczyzny, dopuścić do głosu wszelkie jej gwary, odmiany i slangi środowiskowe. Niech każdy mówi tak, jak się nauczył na łódzkich Bałutach czy na wsi pod Hrubieszowem. Tylko w taki sposób polszczyzna będzie żyła i rozwijała się wzorem innych języków Europy. W BBC już mało który spiker posługuje się oksfordzkim angielskim. Najbardziej przykuwają uwagę ci, którzy mówią z akcentem z rodzinnych stron: kornwalijskim, dartmoorskim czy szetlandzkim. W zjednoczonych Niemczech gwarą posługuje się ponad połowa ludności: 60 proc. w Szlezwiku-Holsztynie, jedna trzecia w innych landach północnych, 75 proc. na południu (Bawaria, Badenia-Wirtembergia), a tak jak kolończyk ("jut" zamiast "gut") nie powie żaden inny mieszkaniec Nadrenii Północnej-Westfalii. Dzięki temu Niemcy nie boją się językowej globalizacji i zalewu angielszczyzny, podobnie jak Włosi, mówiący kilkunastoma różnymi językami.

Beznadziejna obrona Częstochowy
W czasach Reja opór wywoływały makaronizmy, czyli wtręty z łaciny, włoskiego i francuskiego - języków, których wpływ na polszczyznę wyrwał nas ze średniowiecza. Dziś akceptacja inwazji angielszczyzny, która stała się językiem globalnym, jest szansą na wydobycie się polskiej mentalności z betonowego neozaścianka, w jaki wtłoczyły nas czasy realnego socjalizmu, narodowego w formie, sowieckiego w treści. Staropolskie weto zgłaszane przeciw temu procesowi przez językowych konserwatystów może go opóźnić, ale nie jest w stanie zahamować. Część polonistycznych autorytetów zdaje się to rozumieć. Inni są zwolennikami językowej konserwy.
Tymczasem blokowanie wpływu neopolszczyzny na uznany kod językowy zmniejsza możliwość porozumienia między pokoleniami i spycha nas w kulturowe getto. Równie zaciekła (i nieskuteczna) obrona językowego Carcassone przez Francuzów pozbawiła język Moliera rangi języka międzynarodowego, podczas gdy francuska ulica już od lat posługuje się nie akceptowanym przez akademików "franglaisem".
Również język angielski podlega ewolucji. Nie może być inaczej, skoro takie dźwięki jak "dżi" bądź "ju" można zapisać na kilka sposobów. Upraszczanie końcówek ("o" bądź "u" zamiast "ough") jest już normą w American English. Dwa lata temu rząd Jej Królewskiej Mości zaakceptował plan reformy, w wyniku której ma się wyłonić język euroangielski, oficjalny w UE. W pierwszym etapie miękkie "c" (jak w słowie "central") zostanie zastąpione przez "s", a twarde (jak w "come") przez "k", jak podpowiada fonetyka. Następnie "ph" ma być wyparte przez "f", "th" przez "z", zniknie też nieme "e" na końcu wyrazu. Czy również po tych zmianach będziemy się upierać przy pisaniu "ks" zamiast powszechnie zrozumiałego "x" na przykład w słowie "tekst" i przy tych wszystkich "ó", "ch", "ł", czyniących z polszczyzny skansen?
Opory przeciw językowym rewolucjom były zawsze i wszędzie. Również w Niemczech część landów (Hesja, Dolna Saksonia) sprzeciwiła się "samowoli Bonn". Naturalnego pędu do upraszczania i ułatwiania komunikacji - głównej funkcji każdego języka - nie da się jednak powstrzymać. Nikt się nie łudzi, że dałoby się przywrócić gotyckie "ß", podobnie jak rzymskie cyfry i staropolską formę "wielkiey". Im wcześniej pogodzimy się z tym, akceptując językowe nowinki, tym lepiej dla polskiej kultury słowa w zjednoczonej Europie.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2001
Więcej możesz przeczytać w 23/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 6
  • Po polsku, nie po polskiemu IP
    Dobry Boże! Jak to dobrze, że mimo starań autorów tego najgłupszego artykułu, jaki można w ogóle znaleźć w internecie, nadal piszemy po polsku, w tym staromodnym, nierozwojowym języku, a nie posługujemy się jakąś nowomową pozbawioną jakichkolwiek reguł i zasad. Panie autorze, jak to dobrze, że jesteś takim imbecylem, Można cię wprost oprawić w ramki i pokazywać jako podręcznikowy przykład idioty.
    • pawel2309@interia.pl IP
      Człowieku! O czym Ty w ogóle piszesz?! Dopatrujesz się skomplikowanej, polskiej ortografii w zaszłościach z PRLu?! Mam też propozycję - zbierzmy się wszyscy na rynkach naszych miast i spalmy połowę zdobyczy polskiej literatury! Bo ona jest trudna w odbiorze, niedzisiejsza, trzeba jej \"modernizacji\"... A poza tym wydawało mi się zawsze, że unowocześnianie oznacza jakiś progres... W końcu dojdzie do tego, że przestaniemy pisać, bo to utrudnia nam dostosowanie się do tempa życia. I w państwie naszym zapanuje wreszcie upragniony analfabetyzm! Problem z \"nowoczesnym\" podejściem do życia nie zależy od języka, ale od naszej mentalności. I uwaga! Nowoczesność wcale nie jest równa wszechogarniającemu pragmatyzmowi!!! Proponuję przeczytać jakąś wykładnię historii naszego języka - wtedy okaże się, że takie \"zmiany\" dokonują się na przestrzeni wielu lat oraz sprawdzić dokładnie złożoność gramatyk innych języków (nie tylko opanować ich znajomość na poziomie \"komunikatywności\"...). Mam nadzieję, że moja składnia nie jest zbyt skomplikowana...
      • bez-nazwy IP
        kaczuszkę ładną i tłustąście wysmażyli :o)

        szkoda tylko, że niestrawną.
        • bez-nazwy IP
          szczeże to nic się z tego nie dowiedziałam:(
          • Nie UK IP
            A co z zaprzeczeniami ? Nikt nigdy o tym nie mowi :(

            Czytaj także