Horror przekładów

Horror przekładów

Dodano: 
Im większe jest w Polsce zapotrzebowanie na tłumaczenia, tym gorsza ich jakość
Poziom tłumaczeń w Polsce budzi grozę - bije na alarm Robert Stiller, znany tłumacz i publicysta. Prowadzona przez niego na łamach "Rzeczpospolitej" rubryka "Pokaż język" aż kipi od próbek absurdalnych przekładów, najczęściej pochodzących z telewizji. Wynika z nich jasno, że osoby uzurpujące sobie prawo do miana tłumacza nie znają języka polskiego ani nawet nie starają się zrozumieć kontekstu tłumaczonego dzieła.
Im więcej jest wokół nas owoców anglojęzycznej kultury (książek, filmów, kaset wideo), tym trudniej znaleźć dobre tłumaczenie. Popyt na przekłady z angielskiego znacznie przewyższył podaż. Tłumaczeniami zajmują się więc krewni i znajomi wydawców, dystrybutorów, szefów stacji telewizyjnych. W Polsce nie wykształciła się klasa tłumaczy, którzy żyją tylko i wyłącznie z przekładów najwyższej próby. Tłumaczenie jest prawie zawsze działalnością dodatkową. Polski tłumacz to przede wszystkim wykładowca uniwersytecki, redaktor, student, a dopiero w następnej kolejności autor przekładu. Problemem nie jest wielość zainteresowań - w przeszłości nawet najwięksi polscy tłumacze imali się najróżniejszych zajęć - lecz ilość czasu poświęcanego pracy translacyjnej. Niewielka grupa sprawdzonych tłumaczy, takich jak Małgorzata Łukasiewicz, Michał Kłobukowski, Anna Kołyszko zajmuje się przede wszystkim tłumaczeniem książek z górnej półki. Im bliżej tłumaczeń wytworów kultury popularnej, tym gorzej.
Przekłady fantastyki i horroru dawno zmieniły się w horror i fantazję przekładów. Na internetowej "Liście tłumoków" widnieją nazwiska tłumaczy, którzy narazili się wielbicielom obu gatunków. Najciekawsze, że obok miernot i zupełnie przypadkowych autorów na liście pojawiają się nazwiska dobrych tłumaczy, którzy infamią przypłacili nie dość uważny flirt z literaturą masową. Robert Reszke, odżegnany od czci i wiary za zły przekład książki Rogera Żelaznego, ma na swoim koncie nowe tłumaczenie dzieł Zygmunta Freuda. Od nazwiska innego tłumacza - Jerzego Łozińskiego, doktora filozofii dorabiającego przekładami między innymi Tolkiena - ukuto nawet termin "łozizm", oznaczający ewidentną wpadkę translatorską.
Ktoś mógłby powiedzieć, że to margines literatury, więc nikogo nie musi boleć głowa o poziom tych na poły grafomańskich tekstów. Jest akurat odwrotnie. Literatura popularna - czy nam się to podoba, czy nie - jest po telewizji i prasie najważniejszym wzorcem językowym wśród szerokich rzesz czytelników. Jeśli będą się oni wychowywać na popłuczynach po polszczyźnie, w przyszłości stopień zaropienia języka zwiększy się jeszcze bardziej.
Pseudotłumacze stanowią jedynie pierwsze ogniwo łańcucha ludzi złej translacyjnej woli. Pierwsze nie oznacza ani jedyne, ani ostatnie. - Za fatalny poziom translatoryki ponoszą winę w równym stopniu redaktorzy i wydawcy. Chore jest wszystko, od początku do końca - mówi Robert Stiller. Tłumaczenie nigdy nie powstaje w próżni, jest przez kogoś zamawiane, oceniane, zatwierdzane. - Zarówno tłumaczenie, jak i jego redakcja powinny obejmować całość dzieła. Tymczasem dziś tłumaczy się i redaguje "od metra" - mówi Aleksandra Ambros, tłumaczka literatury angielskiej, a jednocześnie redaktorka, znana między innymi z prowadzenia słynnej serii Czytelnika - Nike. Osoby, które biorą pieniądze za sprawdzanie tekstu, nie zawsze przykładają się do pracy. W niektórych wydawnictwach nie ma redaktorów, lecz menedżerowie projektu. Do redagowania zatrudnia się osoby z zewnątrz, często nie sprawdzonych debiutantów. Nie ma nikogo, kto spiąłby pracę tłumacza, redaktora, korektora w homogeniczny tekst. Menedżer ma przecież tak dużo na głowie: znaleźć ludzi, wyegzekwować jakikolwiek "produkt", oddać go do składu, zamówić okładkę kolorową jak pawi ogon... Mało?
Jest tajemnicą poliszynela, że niektóre wydawnictwa, wydające po kilkaset tłumaczeń rocznie, korzystają z usług kilku - lepszych i gorszych - tłumaczy przy przekładzie jednej książki. Dzieje się tak zawsze, kiedy trzeba szybko wydać bestseller, na podstawie którego powstał film wchodzący właśnie na polskie ekrany. Ujednolicenie stylistyczne książki, której każdy rozdział spolszczył kto inny, jest prawie niemożliwe. A jeśli nawet, to wymagałoby to znacznego nakładu redaktorskiej pracy. A na to przecież nie ma czasu. I zaklęte kółko - czy raczej pętla - nieuchronnie się zaciska.
Czy istnieje jakikolwiek sposób, by postawić tamę powodzi mizernych tłumaczeń? Pomysłów jest kilka. - Rada Języka Polskiego powinna podjąć formalne kroki i próbować obłożyć ciężkimi grzywnami największych szkodników polszczyzny, jakimi są niemal wszystkie stacje telewizyjne - proponuje Robert Stiller. Inne głosy cechuje większy realizm. - W Polsce przydałaby się rzetelna krytyka tłumaczeń. Pisząc recenzję zagranicznej książki, należałoby poświęcić kilka słów pracy tłumacza, dzięki któremu książka jest dostępna po polsku. Tłumacze, wiedząc, że krytyka literacka przygląda się ich pracy, byliby ostrożniejsi i pilniejsi - mówi Urszula Kropiwiec, iberystka.
Oczywiście oprócz kija istnieje także marchewka. - W Polsce mamy aż cztery doroczne nagrody za przekłady. Być może media powinny promować najlepsze przekłady i wskazywać na wybitnych tłumaczy - mówi Aleksandra Ambros, laureatka tegorocznej nagrody "Literatury na Świecie" za przekład wyboru opowiadań. - Tłumaczenie to bardzo odpowiedzialne zajęcie i wreszcie powinno być doceniane.

Okładka tygodnika WPROST: 28/2001
Więcej możesz przeczytać w 28/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0