Berliński mur

Berliński mur

Niemcy nie chcą u siebie polskich przedsiębiorców
Paszport podnosiłam z podłogi, gdzie rzucił go wyjątkowo źle wychowany urzędnik konsulatu niemieckiego we Wrocławiu - wspomina Mariola Pawłowska, właścicielka firmy Style GmbH. - Kilkakrotnie byłem bliski rezygnacji. Odsyłano mnie od Annasza do Kajfasza: w jednym miejscu mówiono, że bez zameldowania nie dostanę zgody na działalność, w drugim odwrotnie. Wszystko to trwało miesiącami, a w załatwieniu sprawy pomogło mi dopiero powołanie się na czyjeś nazwisko i zatrudnienie na stałe niemieckiego prokurenta - relacjonuje Mirosław Śledziński, właściciel działającej w Niemczech polskiej firmy Aksel Handelsunternehmen. Niemcy nie chcą u siebie polskich przedsiębiorców.
Trudności Śledzińskiego i Pawłowskiej związane z podjęciem działalności gospodarczej w RFN nie są czymś wyjątkowym. - Na pokonanie niezliczonych wymogów formalnych i biurokracji potrzebowałem aż ośmiu miesięcy - mówi Martin Frąckowiak z Zielonej Góry, właściciel Immoservice w Berlinie. Teoretycznie był w dobrej sytuacji, gdyż przejmował już istniejącą firmę, jednak niemiecki notariusz powiedział mu wprost, że osobom "czysto polskim" nie udziela się zgody na samodzielną działalność. I w tym wypadku skończyło się na założeniu polsko-niemieckiej spółki.
- Im bliżej przyjęcia Polski do Unii Europejskiej, tym trudniejszy jest dostęp do rynku sąsiadujących z nami Niemiec - stwierdza Tomasz Kalinowski, radca ekonomiczno-handlowy w ambasadzie RP w Berlinie. Główną przeszkodą w podejmowaniu działalności gospodarczej jest wciąż traktowanie polskich przedsiębiorców jak przybyszów zza żelaznej kurtyny. Podstawowym warunkiem wszelkich przedsięwzięć gospodarczych w Niemczech jest posiadanie zezwolenia na pobyt. Wydają je wyłącznie urzędy do spraw cudzoziemców, które mają własne prerogatywy. Przede wszystkim sprawdzają, czy planowana działalność odpowiada na konkretne zapotrzebowanie i nie narusza interesów Niemiec. Nadal obowiązuje tam zasada nieudzielania zgody na pobyt i pracę obywatelom polskim na stałe mieszkającym w RP.
Pierwszym sitem selekcjonującym Polaków jest konieczność uzyskania wizy, o którą należy się ubiegać w niemieckich konsulatach. Już na tym etapie przedsiębiorcy muszą spełnić wiele warunków, z przedstawieniem kwalifikacji, biznesplanu, określeniem lokalizacji firmy i miejsca pobytu włącznie. Otrzymana wiza jest ważna przez trzy miesiące. Następnym krokiem przedsiębiorców jest złożenie dokumentów o... przedłużenie wizy przez określony urząd do spraw obcokrajowców w RFN. Jej wydanie uzależnione jest m.in. od zameldowania, wskazania adresu przyszłej siedziby firmy, przedłożenia fotokopii umowy o wynajmie lokalu oraz od opinii stosownych instytucji gospodarczo-handlowych. Wśród wielu niezbędnych zaświadczeń polscy kandydaci na biznesmenów w RFN muszą wypełnić m.in. szczegółowe ankiety. Tylko formularz o "zdolności prawnej osób prawnych" zawiera 21 pytań z wieloma podpunktami, a udzielone odpowiedzi trzeba udokumentować w załącznikach dotyczących statutu przedsiębiorstwa, kadry kierowniczej, pracowników, akcjonariuszy, firm kooperujących z Niemiec i zagranicy itp.
Inwestorzy kapitałowi w Niemczech mają teoretycznie całkowitą swobodę podejmowania inicjatyw - samodzielnego zakładania przedsiębiorstw, wchodzenia w spółki czy kupowania już istniejących firm lub udziałów w nich. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. W eksporcie towarów i usług do Niemiec z reguły wymagane jest posiadanie na terenie federacji tzw. samodzielnej jednostki organizacyjnej, lecz możliwość jej uruchomienia obwarowana jest wieloma przepisami. W wypadku polskich placówek strona niemiecka uznała, że mogą one zatrudniać Polaków bez niezbędnych zezwoleń, ale zagwarantowała sobie prawo dokładnej kontroli napływu ludzi nawet w ramach oddziałów tych firm. Niemieckie przepisy o cudzoziemcach dopuszczają odmowę wydania wizy pobytowej dla pracowników bez podania przyczyny. Ta bariera jest szczególnie uciążliwa przy otwieraniu spółek kapitałowych. Z jednej strony, urzędy do spraw obcokrajowców przed wydaniem zgody na pobyt (ograniczony de facto do roku) wymagają zameldowania zainteresowanych w Niemczech, z drugiej - urzędy meldunkowe uzależniają wydanie stosownych zaświadczeń od posiadania zgody na pobyt... Często taka zgoda wymagana jest także przy wynajmowaniu mieszkań i lokali na siedziby firm, za które polscy przedsiębiorcy muszą płacić z góry przez kilka miesięcy, nie mając żadnej gwarancji, czy w ogóle otrzymają zezwolenie na działalność gospodarczą.
Inną barierą, zwłaszcza dla rzemieślników, jest obowiązek dokonania wpisu uprawnień mistrzowskich do niemieckiego rejestru. Tymczasem polskie dyplomy mistrzowskie z reguły nie są w Niemczech uznawane. Oczywiście, jeśli ktoś pracuje w RFN w ramach umowy o dzieło w jakimś polskim przedsiębiorstwie, nikt nie ma zastrzeżeń do jego kwalifikacji, pojawiają się one jednak wtedy, gdyby sam zechciał prowadzić działalność gospodarczą. Tego rodzaju postępowanie przypomina niedawne spory wokół polskich praw jazdy: w wypadku naszych turystów były one uznawane, lecz od Polaków przebywających w RFN ponad rok wymagano ponownego zdania egzaminu praktycznego i teoretycznego. Pominąwszy dodatkowy wydatek około dwóch tysięcy marek, było to pogwałcenie wszelkich konwencji międzynarodowych. W zlikwidowaniu tej dyskryminującej bariery skuteczne okazało się dopiero poinformowanie strony niemieckiej o zamiarze wprowadzenia od 2000 r. tej samej zasady wobec Niemców w Polsce.
Klaudiusz Balcerzak, polski eksporter wyrobów wędliniarskich i właściciel sklepu w Berlinie, nie ma żadnych problemów. Sprzedaż rośnie, a jego interes kwitnie. Balcerzak nie kryje, że pomaga mu w tym posiadanie dwóch paszportów: - Jestem Polakiem i tak też jestem traktowany przez polskie władze, a w świetle przepisów niemieckich jestem obywatelem RFN. W tej sytuacji jest jednak niewielu. Większość polskich przedsiębiorców i inwestorów skazana jest na biurokratyczną gehennę. Listę piętrzonych przed nimi żądań formalnoprawnych uzupełnia wykaz zawodów podlegających "szczególnej ochronie". Są tam producenci instalacji i urządzeń z wykorzystaniem paliw, materiałów wybuchowych i łatwopalnych, urządzeń medyczno-technicznych. Są tzw. wolne zawody: lekarze, prawnicy, ekonomiści, doradcy podatkowi, księgowi, architekci, inżynierowie, piloci, rzeczoznawcy samochodowi.
- Mimo sygnalizowania istniejących dysproporcji i częstych interwencji naszym politykom nie udało się doprowadzić do równouprawnienia polskich i niemieckich firm, aktywnych po obu stronach granicy - przyznaje radca handlowy w Kolonii Jan Wawrzyniak. Marek Podstolski, właściciel firmy konsultingowej w Kolonii, który pomaga przedsiębiorcom z RFN w Polsce, podsumowuje krótko: - Jeśli ktoś z Polski chce uruchomić jakieś przedsięwzięcie w Niemczech, musi odżałować pieniądze i zacząć od wynajęcia dobrego prawnika, który będzie wiedział, jak ma rozmawiać z tutejszymi urzędnikami. Bez tego szkoda czasu. Wytrwałość jednak się opłaca - od czasu, gdy Mariola Pawłowska założyła wreszcie w Niemczech własną firmę, zgłosiło się do niej 110 nowych klientów z całej Europy.



Okładka tygodnika WPROST: 38/2001
Więcej możesz przeczytać w 38/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także