Oszołom kontra pachołek

Oszołom kontra pachołek

Dosadny język stał się zaletą polskich polityków - dowodzą uczestnicy plebiscytu "Srebrne usta"
Cham, ćwok, burak, komuch, kameleon, oszołom, pajac, dureń, ciemniak - to zadomowione już w parlamencie epitety, jakimi obdarzają się polscy politycy. To, co jeszcze dekadę temu stanowiło kamień obrazy, dziś uchodzi za normę. Na początku III RP Leszek Moczulski miał serię procesów za nazwanie posłów SLD "płatnymi zdrajcami, pachołkami Rosji". Dziś Andrzej Lepper bez zahamowań nazywa Leszka Balcerowicza "kanalią", a Unię Wolności "partią marginesu społecznego".
Nie znaczy to, że polska klasa polityczna stacza się do rynsztoka. Inwektywy, obelgi i dosadne określenia są stałym fragmentem gry w rozwiniętych demokracjach. Franz Joseph Strauss, bawarski polityk, nazywał Helmuta Kohla w początkach jego kariery "Gimpel Kohl" (głupek), a dzisiejszy szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer jako opozycyjny poseł Zielonych mówił o ówczesnym prezydencie "Arschloch" (dziura w dupie). Często wykorzystywane są skojarzenia genitalne. Umberto Bossi, lider włoskiej Ligi Północnej, zapewniał z parlamentarnej mównicy, że "liga ma twardego". Madeleine Albright, sekretarz stanu USA, podbiła serca mieszkańców Florydy, nazywając po hiszpańsku kubańskich dowódców (w przemówieniu ku czci pilotów samolotu zestrzelonego przez Kubę) "zwykłymi tchórzami bez jaj".

Spuszczone ze smyczy
Gdy powstawała III RP, prosto z więzienia peerelowskiej cenzury wpadliśmy w pułapkę przesadnej politycznej poprawności, która nie pozwalała nowej klasie politycznej - byłym działaczom "Solidarności", ofiarom obalonego systemu - mówić tego, co o swych prześladowcach pisali w podziemnych gazetkach. Język obrad "okrągłego stołu" był wygładzony jak ten mebel. Ta sama niepisana reguła układności obowiązywała w Sejmie kontraktowym. W następnej kadencji (1991-1993) zaczęli ją łamać właśnie ci politycy prawej strony, którzy kontestowali "zmowę z Magdalenki": Leszek Moczulski, Antoni Macierewicz, Janusz Korwin-Mikke.
W parlamentarnych polemikach, a także przed mikrofonami radia i telewizji równie ważne, a może nawet ważniejsze od tego, co się mówi, stało się to, jak się mówi. Felietonowy skrót myślowy, rubaszna aluzja, bulwersująca fraza, dosadne sformułowanie, zaskakująca puenta zapadały w pamięć bardziej niż finezyjna filipika i merytoryczna argumentacja. Najkrótszą recenzję poczynań rządu Hanny Suchockiej, autorstwa lidera UPR ("rząd rżnie głupa"), zapamiętał każdy, podczas gdy kunsztownej laudacji exposé Włodzimierza Cimoszewicza wygłoszonej przez Józefa Oleksego nie jest dziś pewno w stanie powtórzyć ani adresat owej pochwały, ani jej autor (przypomnijmy: "To dobre exposé. Ono spokojnie przekłada w pewnej ciągłości czasowej dokonania, które mają się skumulować w poczucie pomyślności"). Zupełnie inaczej skomentował wystąpienie Cimoszewicza ówczesny poseł KPN Krzysztof Król: "Scatman by to przeczytał szybciej i lepiej".
Mistrzami obrazowych (i często obraźliwych) ripost stali się politycy nowej generacji, w przeciwieństwie do posłów SLD nie kształceni w partyjnych szkołach nowomowy i nie obciążeni - jak większość polityków UD (UW) - poczuciem inteligenckiej układności. Gdyby nie bon moty, trudno byłoby zapamiętać takich posłów, jak Bogumiła Boba ("ja jako lekarz", "z chwilą poczęcia jest to człowiek, a nie ptaszek czy ryba"), Henryk Czarnecki ("kto pije i płaci, honoru nie traci"), Andrzej Kern ("narzędzie gwałtu noszę przy sobie"), Marek Markiewicz ("członek - to brzmi dumnie"), Henryk Goryszewski ("jestem jak kobra", "nieważne, czy w Polsce będzie dobrobyt, najważniejsze, by Polska była katolicka"), Halina Nowina-Konopczyna ("społeczeństwo polskie jest zbiorem przypadkowych osób") czy Jacek Soska ("Kargul, podejdź no do płota, a dostaniesz w mordę chłopską ręką"). Potwierdzają tę regułę wyjątki: Leszek Miller ze swymi
erotycznymi skojarzeniami ("prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale jak kończą", "ma ona mężne serce w kształtnej piersi" - o Aleksandrze Jakubowskiej) i nie stroniący od rubaszności Jacek Kuroń ("mówi się nie tylko ustami, ale całym ciałem", "poseł woli zjeść skarpetki, niż się narazić wyborcom").

Wielcy językotwórcy
Wśród polityków niedościgłym mistrzem słowa jest Lech Wałęsa ze swymi "nie chcem, ale muszem", "jestem za, a nawet przeciw", "są plusy dodatnie i plusy ujemne", "moja ilość trochę psuje moją jakość" i dziesiątkami innych bon motów. To jedyny polityk, którego wypowiedzi zostały zakwalifikowane do wszystkich dotychczasowych edycji plebiscytu "Srebrne usta", organizowanego od 1992 r. przez radiową Trójkę. Już w pierwszej edycji głosami słuchaczy nagrodzono go za całokształt publicznych wystąpień, ze wskazaniem na zdanie "zdrowie wasze w gardła nasze". Rok później również wyróżniono go za całokształt (zabłysnął wtedy stwierdzeniem "nie można mieć pretensji do Słońca, że kręci się wokół Ziemi"). W 1994 r. nastąpił taki wysyp wałęsaliów, że można było ówczesnemu prezydentowi przyznać "Usta nieustające" albo pominąć go w konkurencji, by dać szansę innym (zwyciężyła Ewa Wachowicz, rzeczniczka rządu Waldemara Pawlaka, za "premierowi się nie odmawia"). W roku następnym srebrnoustym został sam Pawlak za drobiowo-nabiałowy fragment przemówienia na kongresie PSL: "Kura najpierw jajko zniesie, a dopiero potem gdacze. Musimy jednak trochę więcej gdakać, bo nasi przeciwnicy polityczni to potrafią. Zdarza się, że gdaczą nawet wtedy, kiedy nie potrafią jajka znieść".
W 1996 r. konkurentów ubiegających się o laur "Srebrnych ust" było wielu: Grzegorz Kołodko ("mamy rząd z SLD i PSL, a jak kogoś to denerwuje, to niech sobie do swojego boksu wprowadzi kozę"), Marian Krzaklewski ("komuna zaciera ręce, a diabeł macha ogonem"), Marek Siwiec ("ja panu pokazuję zwierzę, a pan mi mówi, że to jest krowa"), Hanna Gronkiewicz-Waltz ("nie spadłam z Marsa, nie jestem niczyją klaczą trojańską ani kuzynką Tymińskiego"), gen. Konstatnty Malejczyk ("przetrącone zostały oczy i uszy bezpieczeństwa państwa"), znów Leszek Miller ("pan Jerzy Szmajdziński jest Jankiem, pan Oleksy - Olgierdem, pani Sierakowska - Marusią, a ja jestem Szarikiem") oraz nieoceniony Lech Wałęsa ("pan tu wszedł jak do obory: ani be, ani me, ani kukuryku" - do Aleksandra Kwaśniewskiego). Ówczesny kryzys polityczny związany z oskarżeniem urzędującego premiera o działalność agenturalną sprawił jednak, że język polemik politycznych jął raczej przerażać, niż bawić. Dotychczasowe epitety nabrały innego ciężaru. Wpawdzie rok wcześniej srebrnousty prezydent wyraził myśl, że "lepiej nie będzie, ale może być śmieszniej", komentując w ten sposób możliwość ustąpienia ze stanowiska, jednak jako były prezydent zbojkotował uroczystość rozdania Trójkowych laurów, ponieważ nie odpowiadało mu grono współlaureatów (Kołodko i Miller). "Wygląda na to, że żarty się kończą" - powiedziała wówczas Beata Michniewicz, pomysłodawczyni plebiscytu.
Tegoroczny sukces wyborczy Leppera dowodzi jednak, że wielu Polaków dobrze odbiera ostre, dosadne wypowiedzi polityków nie owijających słów w aksamit. Politycy wszak reprezentują wyborców, a ci na co dzień posługują się częściej językiem hip hopu, w którym słowa "pieprzyć" i "zajebisty" są jednymi z łagodniejszych, niż językiem debat akademickich i kazań, choć i ten się zmienia. Wśrod 14 finalistów tegorocznej edycji plebiscytu obok stałych konkurentów znaleźli się również Marek Belka, Władysław Bartoszewski ("wóz albo przewóz, rybka albo pipka"), Bronisław Geremek i prymas Józef Glemp, których język nie wpadał dotychczas łatwo w ucho. Zdali sobie widać sprawę, że esse est percipi, a polityk jest postrzegany poprzez to, co mówi.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2001
Więcej możesz przeczytać w 42/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także