Boni: podpisałem deklarację współpracy z SB

Boni: podpisałem deklarację współpracy z SB

Fot. A. Jagielak/Wprost
Michał Boni wyznał, że w 1985 roku, pod groźbą szantażu, podpisał deklarację współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Jak powiedział, SB nagabywała go od końca 1987 roku, przez cały 1988 do początku 1989. "Ani razu nikogo nie naraziłem na żadne niebezpieczeństwo" - zapewnił.

Wygłosił on swoje oświadczenie w Sejmie po spotkaniu z kandydatem PO na premiera Donaldem Tuskiem. Boni był wymieniany jako kandydat na ministra pracy w gabinecie Tuska. Po jego oświadczeniu szef PO zadeklarował, że podtrzymuje wcześniejszą wolę współpracy z Bonim w rządzie.

Boni powiedział, że odbywał z funkcjonariuszami kilkuminutowe rozmowy. "Rozmawiałem na tematy ogólne i nigdy w żaden sposób nie rozmawiałem o swojej realnej działalności podziemnej" - podkreślił.

"Jest mi wstyd i żałuję (...) Przepraszam i proszę o wybaczenie" -  mówił Boni, który pod koniec wystąpienia miał łzy w oczach.

"Z pokorą myślę, że będę mógł i sobie, i innym teraz - po tym wyznaniu - spojrzeć w twarz" - zaznaczył.

Boni poinformował, że "otrzymał propozycję współpracy od pana przewodniczącego Donalda Tuska - w sprawach programowych i udziału w gabinecie". Dziennikarzom powiedział, że Tusk złożył mu tę propozycję i przed, i po tym, jak poinformował go o podpisaniu przez siebie deklaracji współpracy z SB.

"Pod koniec sierpnia 1985 roku do mieszkania mojej przyszłej żony, rano, weszła Służba Bezpieczeństwa. I było to związane z jej działalnością kolporterską dla Niezależnej Oficyny Wydawniczej" - mówił Boni.

I kontynuował: "po wielogodzinnej rewizji i przedstawieniu zagrożenia, że trzyletnia dziewczynka zostanie przekazana do milicyjnej izby dziecka. A ja, ponieważ byłem wtedy w innym formalnym związku, będę narażony na plotki i informacje o zdradzie małżeńskiej. Po rozwiezieniu nas w różne miejsca, przy szantażu, podjąłem decyzję, bojąc się, podpisania deklaracji współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa".

"Miałem świadomość, że podpisuję, uciekając przed strachem, ale także z myślą o bliskich i nie traktowałem tego zobowiązania jako czegoś poważnego" - powiedział.

Jak dodał, podpisał tę deklarację, mimo że zatrzymanie nie dotyczyło prowadzonej wówczas przez niego działalności podziemnej. Boni wyjaśnił, że był wtedy, od 1983 roku, szefem podziemnego pisma "Wola", członkiem Międzyzakładowego Komitetu Koordynacyjnego, a miesiąc wcześniej przeprowadził wywiad ze Zbigniewem Bujakiem.

"Błąd, jaki popełniłem polega na tym, że po wypuszczeniu z aresztu nie poinformowałem swoich kolegów ze struktur podziemnych o podpisaniu tej deklaracji" - przyznał.

Jak tłumaczył, ani nie podjął współpracy, ani nikt do niego się w tych sprawach się z SB nie zgłaszał aż do później jesieni 1987 roku.

"Kiedy rozpoczęło się nagabywanie, pewnego dnia, przy Katedrze Kultury Polskiej na Uniwersytecie, gdzie wtedy pracowałem, pojawił się mężczyzna, mówiąc o tym, żebym pamiętał, iż podpisałem deklarację współpracy" - opowiadał.

"Rozmawiałem z nim w pobliskiej kawiarni. Rozmawiałem na tematy ogólne i nigdy w żaden sposób nie rozmawiałem o swojej realnej działalności podziemnej. Te nagabywania pojawiały się od końca 1987 roku, przez cały 1988 rok, jeszcze na początku 1989" - mówił.

Boni zapewnił, że ani razu nikogo nie naraził na żadne niebezpieczeństwo. "Uciekając w tych przypadkowych często rozmowach od mówienia czegokolwiek, co byłoby istotne. Nie zmienia to faktu, że bałem się i te kilka razy, kiedy podchodzili do mnie funkcjonariusze, w cywilu oczywiście, strasząc mnie, że mają moją deklarację współpracy, odbywałem kilkuminutowe rozmowy" - relacjonował Boni.

Jak twierdzi, SB nigdy nie pytała go o obszar jego działalności konspiracyjnej.

"Pytano mnie o to, czy np. przypuszczam, że rozwijanie się takich ruchów, jak duszpasterstwa ludzi pracy będzie powodowało, iż +Solidarność+ będzie przenosiła się w stronę działań na terenie Kościoła. Mówiłem, że każde pole działania dla wolności jest dobrem. To były takie odpowiedzi jak najkrótsze, jak najszybsze. Co oczywiście nie usprawiedliwia samego podjęcia rozmów" - mówił Boni.

Zasugerował dziennikarzom przeczytanie rozdziału poświęconego "S" na Woli w książce historyka Andrzeja Friszkego "Solidarność podziemna 1981-1989".

Dodał, że w tamtym okresie oprócz prowadzenia działalności podziemnej był też aktywnym działaczem Duszpasterstwa Ludzi Pracy Wola, które zakładał. Był też - jak mówił - członkiem, a później przewodniczącym Komisji Zakładowej "Solidarności", co było wiadome po jej ujawnieniu się. Oprócz tego współdziałał w Klubie Inteligencji Katolickiej z Ruchem Samorządów Pracowniczych. A także, we wrześniu 1988 roku, zakładał klub imienia Janka Strzeleckiego na Uniwersytecie.

"Prowadziłem dalej swoją działalność konspiracyjną aż do września 1989 roku. Myślę, że mam swoją kartę w podziemnej +Solidarności+" -  mówił Boni.

Kontynuował: "Ale jest mi wstyd i żałuję. Przez wiele lat żyłem z presją tego upokorzenia i lęku przed utratą twarzy. W końcu jednak uznałem i to trwało ileś ostatnich miesięcy, że od strachu, upokorzenia, poczucia błędów, ważniejsza jest pokora, którą można zwalczyć upokorzenie i wypieranie tego co było złe, słabości. Z tą pokorą myślę, że będę mógł i sobie i innym teraz po tym wyznaniu spojrzeć w twarz".

Poinformował, że w 1992 roku, po ujawnieniu tzw. listy Macierewicza, poprosił mecenasa Jacka Taylora o sprawdzenie jego teczki. "Wedle informacji od mec. Taylora w dokumentach na mój temat znajdował się wpis: +ktw+ (kandydat na tajnego współpracownika) ze skreśleniem ołówkiem literki +k+, co miało oznaczać, iż zostałem tajnym współpracownikiem (w +Dzienniku Rejestracyjnym+ ten wpis ma datę 6 lutego 1989)" - czytamy w załączniku do pisemnej wersji oświadczenia.

"Nie czytałem swojej teczki, nie czytałem materiałów i nie wiem, co SB o mnie pisało. Mimo to chcę się zderzyć z tą trudną prawdą. Przepraszam" - tak zakończył swoje oświadczenie Boni.

Pytany przez dziennikarzy, co mógłby robić w rządzie, odpowiedział: "ja myślę, że to zależy od Donalda Tuska. Przedstawiłem mu oświadczenie na piśmie i zobaczymy, jak to będzie wyglądało. Sprawy są w toku, jak powszechnie wiadomo".

"Propozycja (udziału w rządzie) była i przed, i po poinformowaniu" - dodał.

Boni zapytany, czy jego przeszłość może przekreślić jego bycie w rządzie, odparł: "ja myślę, że moja przeszłość, a teraz to przyznanie się, nie przekreśla mnie samego i to jest chyba najważniejsze".

Zapytany, dlaczego dopiero teraz ujawnił swoje kłopoty z SB, mówił: "uznałem, że teraz, po wyborach, jest taki klimat, w którym można to powiedzieć. Kiedyś na pewno trzeba takie rzeczy mówić i ja się cieszę, mimo tego, że część z państwa będzie śmiała się, drwiła, pogardzała. Cieszę się, że sam uporządkowałem swoje sprawy".

Tusk: podtrzymuję wolę współpracy z Bonim

Szef PO, zarazem kandydat tej partii na premiera Donald Tusk, zadeklarował, że podtrzymuje wcześniejszą wolę współpracy z Michałem Bonim.

"W najbliższych dniach zaproponuję Boniemu poważną współpracę w przyszłym rządzie" - powiedział Tusk dziennikarzom. Dodał, że nie zmienia swojej bardzo dobrej oceny Boniego jako człowieka i specjalisty.

"Chciałbym tylko po tym jego (Boniego) oświadczeniu podtrzymać moją wolę współpracy" - powiedział Tusk.

Jak podkreślił, "woli współpracować z człowiekiem, którego stać na taką decyzję, jaką dzisiaj pokazał, człowiekiem w dodatku mądrym". "Będę o tym myślał, w jaki sposób będziemy współpracować" - dodał Tusk.

Szef PO mówił, że jest poruszony i pod wrażeniem oświadczenia Boniego. "Wystąpienie publiczne to nie to samo co moja rozmowa z nim w cztery oczy" - podkreślił. Dodał, że Boni uprzedził go, że "musi rozliczyć się z tymi faktami publicznie". Zdaniem Tuska, pokazuje to "jak ważna jest jawność w życiu publicznym". "Po oświadczeniu Michała Boniego jeszcze bardziej widzę, że dla ludzi, którzy zrobili tak poważny błąd, jawność i przejrzystość jest jedynym wyjściem" - mówił lider Platformy.

Jak zaznaczył, uważa Boniego za człowieka "o wybitnym umyśle" i jednego z najwybitniejszych specjalistów. "Bardzo chciałbym, by odpracował także ten błąd i pomógł. W jakiej roli - zobaczymy" - stwierdził Tusk.

W jego ocenie, zakres wiedzy Boniego predysponuje go do roli człowieka, który - jak mówił - "mógłby i powinien odpowiadać za politykę społeczną, za negocjacje, za dialog społeczny". Zaznaczył jednak, że umówił się z prezesem PSL Waldemarem Pawlakiem, że jest to dziedzina, w której "on także chciałby mieć dużo do powiedzenia i decydujący głos w ramach przyszłego rządu".

"Będę także o tym zdarzeniu rozmawiał z prezesem Pawlakiem. Jestem ciekawy jego opinii. Jak znam prezesa Pawlaka sądzę, że jest tak samo pozytywnie poruszony tym czego byliśmy świadkami" - dodał Tusk.

"Chciałbym, aby Michał Boni ciężko popracował także dlatego, że efekty jego pracy mogą być dobrym darem. Wszyscy, którzy go znają wiedzą, że to uczciwy i bardzo mądry człowiek" - uważa szef PO.

Zastrzegł, że nie stawiał Boniemu żadnych warunków. Jak zauważył, "to publiczne oświadczenie to nie jest warunek awansu, a wręcz przeciwnie, w wielu przypadkach kończy karierę polityczną". "Jeśli proponowałem Boniemu współpracę, to ze względu na jego przymioty umysłu i charakteru" - dodał Tusk.

Frasyniuk: wiedzieliśmy, że coś podpisał

Władysław Frasyniuk, legenda podziemnej "Solidarności", powiedział, że o "przygodzie Michała Boniego" dowiedział się w latach 80., ale nigdy nie traktował tego serio, podobnie jak inni ludzie podziemia. "Nikt z nas nie podejrzewał Michała, że mógłby donosić, pisać jakieś raporty. I dlatego też Michał przez cały czas funkcjonował w naszym środowisku" - dodał.

 

 

Według Frasyniuka, na wyznanie Boniego trzeba patrzeć chłodno i z dystansem, bo - jak mówił - niewiele osób rozumie czym był tak naprawdę system totalitarny, choć wszyscy twierdzą, że to wiedzą.

"Byli tacy, którzy nigdy nie ulegli, mimo że byli więzieni, szantażowani, bici. Byli tacy, którzy się wystraszyli, dali złamać. Ale najwięcej jest takich, którym nigdy nie dano szansy, żeby się sprawdzili, bo nikt nigdy nawet nie próbował ich zwerbować. I ci ostatni krzyczą najgłośniej, mówią o lustracji, nakładają togi sędziów i rozprawiają o moralności" - mówił Frasyniuk.

Jego zdaniem, Boni byłby świetnym ministrem pracy, bo doskonale zna się na polityce społecznej. "On jest doskonałym fachowcem. Mogę go nawet porównać w tej dziedzinie do Jacka Kuronia i cieszyłbym się jakby został ministrem" - podkreślił. Dodał, że cieszy go propozycja lidera PO Donalda Tuska złożona Boniemu, ale w przeciwieństwie do Tuska nie uważa, aby Boni musiał cokolwiek odpracowywać. "On się w podziemiu i później napracował. Wszystko już dawno odpracował" - ocenił Frasyniuk.

Boni, który urodził się w 1954 roku w Poznaniu, po 1989 r. był ministrem pracy i polityki socjalnej w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Był też posłem Kongresu Liberalno-Demokratycznego w Sejmie I kadencji w latach 1991-1993. Był współtwórcą programu wyborczego PO przed ostatnimi wyborami.

pap, ss, em

Czytaj także

 0