Szklana kozetka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co czwarty Polak regularnie zagląda do telepsychoterapeuty
Godzina zajęć z psychoterapeutą kosztuje nawet 100 zł. Godzina z Ewą Drzyzgą, Anną Maruszeczko, Alicją Reslich-Modlińską czy Piotrem Bałtroczykiem to prezent od ulubionej stacji telewizyjnej. Tysiące ludzi decydują się na szczere wyznania przed kamerami, a miliony na to patrzą. Za pośrednictwem szklanych ekranów odbywa się zbiorowa psychoterapia. Aby się jej poddać, trzeba czekać w kolejkach. Do redakcji programu "Zwyczajni niezwyczajni" napłynęło ponad tysiąc zgłoszeń. Chęć udziału w "Zerwanych więziach" wyraziło prawie 2 tys. osób, a ich dramaty rodzinne śledzi przeszło pięciomilionowa widownia! - Widzowie wiedzą, że mogą się spodziewać tylko szczęśliwych zakończeń - tłumaczy sukces programu Aneta Pluta, kierownik produkcji "Zerwanych więzi".

Rzeka łez na planie
Mariusz Szczygieł, do niedawna prowadzący program "Na każdy temat", uważa, że takie programy cieszą się tak dużą popularnością, bo wyciskają łzy, a Polacy to lubią. Telewidzowie oczekują dziś przede wszystkim silnych emocji; Szczygieł przyznaje, że nauczył się nimi manipulować. Dziś przekazuje studentom dziennikarstwa tajemnicę wyciskania łez z gościa i z widowni. Po prostu w odpowiednim momencie należy spytać: "A kiedy najczęściej pan(i) płacze?".
Płaczą nie tylko telewidzowie, ale także prowadzący, operatorzy, reasercherzy. Aneta Pluta wspomina, że w trakcie przygotowań do jednego z odcinków płakali nawet kierowcy. Magda Nawrocka-Paszkowska, autorka "Zwyczajnych niezwyczajnych", twierdzi, że czasem trzeba wyłączać kamery, bo Piotr Bałtroczyk, prowadzący, wzrusza się do łez. - Kiedyś pokazaliśmy, jak Piotr się popłakał. Prasa napisała, że było to zachowanie nieprofesjonalne. Dlatego już tego nie pokazujemy - mówi Nawrocka-Paszkowska. Ewa Drzyzga rozpłakała się, gdy jedna z bohaterek opowiadała o swojej rozmowie telefonicznej z mężem, żołnierzem misji pokojowej w Bośni. Anna Maruszeczko najczęściej płakała jeszcze przed nagraniem. - Zdarzyło się jednak, że podczas nagrania musiałam nagle wybiec ze studia. Obecni w studiu nie wiedzieli, co się stało, a ja po prostu się rozpłakałam - wspomina. Maruszeczko uważa, że te łzy świadczyły o zaangażowaniu. - Dobrze, że program "Wybacz mi" nie jest już nadawany. Wymagał, by wszystkie tworzące go osoby były poruszone tym, co się działo na planie. Kiedy przestało tak być, program stracił rację bytu - tłumaczy.
Dziś najwięcej widzów wzrusza się podczas "Zerwanych więzi", poznając historie ludzi sobie bliskich, rozdzielonych przez los. Łucja Mieczkowska z Knurowa dzięki programowi odnalazła brata, Piotra. Znała datę i miejsce jego urodzenia, ale - jak mówi - "do wszystkiego jest trudny dostęp: do urzędów, akt, danych". W innym odcinku udało się połączyć rodzeństwo składające się z 13 osób! - To klasyczny melodramat z happy endem, tyle że odgrywany jest tam jedynie happy end - mówi Maciej Mrozowski, medioznawca. Widzom to jednak odpowiada, choć i oni czasem wystawiają surowe oceny. - Szczególnie rodzice adopcyjni, którzy nie powiedzieli dzieciom, że nie są ich naturalnymi rodzicami, i obawiają się, że telewizja to ujawni - precyzuje Pluta. Zapewnia jednocześnie, że jeśli rodzice nie godzą się na poinformowanie dziecka, iż jest adoptowane, dziennikarze nigdy tego nie robią. Nawet jeśli "dziecko" ma 40 lat. Pod tym względem mają na razie znacznie więcej skrupułów niż ich zachodnioeuropejscy czy amerykańscy koledzy prowadzący telepsychodramy, na których się w dużej mierze wzorują. Oprah Winfrey, gwiazda gatunku, nie cofa się przed niczym, przeprowadzając wiwisekcję przed kamerą. Tam mówi się wprost: "to nie jest twoja matka", albo: "mąż cię wczoraj zdradził".

Emocje większe niż seks
- Ogromne zainteresowanie budzą wciąż miłość i zdrada - stwierdza Mariola Guz, zajmująca się nadzorem redakcyjnym programu "Decyzja należy do ciebie". Witold Orzechowski, producent programu "Na każdy temat", ma własną hierarchię popularności tematów. Seks, który kiedyś najbardziej interesował widzów, już się przeżył. - Teraz najbardziej poruszają widzów błędy lekarskie, opóźnienia i błędy w działalności sądów czy choroby psychiczne - wylicza Orzechowski.
Intencje zgłaszających się do udziału w telepsychodramach bywają różne: jedni chcą naprawić wyrządzone komuś krzywdy, inni - odnaleźć bliską osobę, choć może się wydawać dziwne, że ludzie, którzy poszukiwali swoich bliskich przez kilkanaście lat, nie osiągnęli celu, a dziennikarzom "Zerwanych więzi" wystarczy na to kilka dni. - Zdarza się, że ci, którzy się do nas zgłaszają, wiedzą, jak wygląda i gdzie mieszka brat czy siostra. Brak im jednak odwagi, by podejść i powiedzieć: "To ja, twój brat" - objaśnia Pluta.

Terapia zastępcza
Dla sporej grupy ludzi największą emocją jest szansa publicznego zaistnienia. - Dziś pokazać się w telewizji, znaczy nie zmarnować życia - mówi Krzysztof Wielecki, socjolog, dyrektor Stowarzyszenia Kultury i Edukacji. To tłumaczy, dlaczego chęć udziału w odcinku "Na każdy temat" poświęconym osobom pijącym koktajl z dżdżownic zadeklarowało aż kilkadziesiąt osób! Ewa Drzyzga, prowadząca "Rozmowy w toku", potwierdza: jedni decydują się na udział, uznając, że mają misję do spełnienia, wielu jednak po prostu chce się wygadać. Zdaniem Krzysztofa Wieleckiego, ludzie oglądają takie programy przede wszystkim dlatego, że czują się zagubieni; nie wiedzą, jak sobie radzić z własnymi kłopotami. Poznawanie cudzych problemów dzięki telewizji jest formą terapii, która ma im pomóc w rozwiązywaniu własnych, choć prowadzący te programy zostali psychoterapeutami mas bez przygotowania fachowego. Szczygieł, reporter prasowy, wygrał telewizyjny casting, a Bałtroczyk prowadził kameralne recitale takich artystów jak Grzegorz Turnau. Ale widzowie nie pytają o dyplom. Telewizyjna psychoterapia zmniejsza frekwencję w gabinetach zawodowych terapeutów. Nic więc dziwnego, że psychoterapeuci patrzą krzywo na telewizyjną konkurencję. - Większość terapeutów jest przeciwna takiej formie terapii - przyznaje Jacek Santorski, psycholog biznesu.
Z pewnością jednak takie programy, jak "Na każdy temat", "Rozmowy w toku" czy "Decyzja należy do ciebie", mają ważny udział w przełamywaniu społecznych tabu i liberalizacji poglądów Polaków. Dzięki talk show uczymy się publicznie mówić o swoich problemach, publicznie wyrażać swoje uczucia.

Gdy gasną reflektory
Za opowiadanymi na ekranie, nie zawsze prawdziwymi historiami zawsze kryją się prawdziwi ludzie, którzy po programie muszą wrócić do swoich, często małych, miast, gdzie już nie są anonimowi. Nikt jednak nie badał ich dalszych losów. Jacek Santorski twierdzi, że to, jaki wpływ będzie miał program na życie występujących w nim bohaterów, zależy m.in. od tego, czy i jaką pomoc okaże się tym osobom przed i po programie. W USA działa fundacja After Care, która opiekuje się występującymi w tego typu talk show. W Polsce nikt nie ma na to czasu, pieniędzy ani ochoty. Po nagraniu "Zerwanych więzi" redakcja organizuje rodzinie chwilę dla siebie w hotelu i na tym kończy się jej rola. Anna Maruszeczko również przyznaje, że nie utrzymywała dalszych kontaktów z bohaterami "Wybacz mi", bo był to przecież tylko program telewizyjny, a ona nie jest terapeutką, lecz dziennikarką. Jednak żaden terapeuta nie jest w stanie położyć na swej kozetce kilku milionów pacjentów.

Więcej możesz przeczytać w 51/52/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.