Atomowa ruletka

Atomowa ruletka

Grozi nam czwarta wojna Indii z Pakistanem
Ostatni autobus z Delhi do Islamabadu odjechał 28 grudnia 2001 r. Pasażerami byli prawie sami Pakistańczycy - z biletem w jedną stronę. Dzień wcześniej Indie i Pakistan zamknęły dla siebie przestrzeń powietrzną, a znad granicy w pośpiechu uciekło kilkanaście tysięcy ludzi. "Tu pachnie wojną" - powiedział dziennikarzom pakistański oficer obserwujący przez lornetkę ruchy wojsk indyjskich po drugiej stronie granicy.
Trzy lata wcześniej premier Indii Atala Bihari Vajpayee z pompą odprawił pierwszy autobus do stolicy Pakistanu. Stała linia między Delhi i Islamabadem miała symbolizować porozumienie między państwami, których wzajemne stosunki od z górą półwiecza naznaczyły trzy wojny i setki drobnych konfliktów.

Rakietowy szantaż
Przy granicy obu państw pojawiło się w ostatnich dniach więcej żołnierzy niż w czasie wojny bengalskiej w 1971 r. Hindusi otwarcie ogłosili, że rozmieszczają wzdłuż granicy rakiety balistyczne. Na pakistańskie bunkry spadło już kilkadziesiąt konwencjonalnych pocisków. Po pamiętnym wyścigu testów w 1998 r., kiedy oba państwa pokazały światu, że dysponują bronią jądrową, takie informacje wywołują nerwowość w gabinetach rządowych na całym świecie. W Delhi i Islamabadzie rozdzwoniły się telefony. Do opamiętania wzywali władze obu krajów szef Departamentu Stanu USA Colin Powell, sekretarz generalny ONZ Kofi Annan oraz politycy większości państw zachodnioeuropejskich. Na próżno. Muszarraf i Vajpayee chcą grać va banque. Wiedzą, że szantaż może być skuteczny bez odpalenia choćby jednej rakiety. Tyle że w tej atomowej ruletce wydarzenia mogą się wymknąć spod kontroli.

Kaszmirski węzeł gordyjski
W tle pakistańsko-indyjskiego sporu tkwi konflikt o Kaszmir - zamieszkaną przez muzułmanów prowincję Indii. Sporne terytorium znajduje się niecały dzień drogi samochodem od afgańskiej granicy, a sytuacja w Afganistanie miała przez długi czas bezpośredni wpływ na to, co się działo w Kaszmirze. Media indyjskie utrzymują, że terroryści pokonani w Afganistanie przegrupowują się obecnie w Pakistanie, by przedostać się właśnie do Kaszmiru. Gdy na początku lat 90. USA zagroziły, że uznają Pakistan za państwo sponsorujące terroryzm, rząd wprawdzie odciął się od ekstremistów, ale islamskie partie nadal ich wspierały, a bazy szkoleniowe przeniesiono z Pakistanu do Afganistanu. Ahmed Raszid, pakistański dziennikarz, autor głośnej książki o talibach, twierdzi, że Pakistan popierał ich rządy przede wszystkim ze względu na Kaszmir. Afganistan, wedle części pakistańskich strategów, dawał im "głębię strategiczną" w konflikcie z Indiami. Przywódca talibów mułła Omar mówił: "Popieramy dżihad w Kaszmirze". Przyznawał też, że są tam afgańscy ochotnicy. Bojownicy z Harkat-ul-Mudżahedin forsują w Kaszmirze porządki znane z Afganistanu: dokonując zamachów na cudzoziemców, operatorów telewizji kablowych czy próbując odstraszać od przejmowania zachodnich obyczajów i strojów.
Pakistańczycy przez długie lata zaprzeczali, że mają cokolwiek wspólnego z separatystycznymi organizacjami kaszmirskimi. Nie było jednak tajemnicą, że pakistański wywiad wojskowy ISI szkolił terrorystów i zapewniał im schronienie po drugiej stronie granicy. Po wyjątkowo zuch-wałym ataku na parlament w Delhi w grudniu 2001 r. generał Muszarraf kazał aresztować kilku działaczy z dwóch organizacji kaszmirskich, które trafiły na czarną listę CIA. Dla Hindusów było to jednak za mało. Zresztą nie o chwilowe ustępstwa tu chodzi - Delhi chce najwyraźniej udowodnić światu, a zwłaszcza Amerykanom, że popierany przez nich Pakistan jest w istocie państwem sponsorującym terrorystów. Podczas wojny z talibami rząd pakistańskich generałów był potrzebny, ale teraz Indie chciałyby pokazać, że to one są najważniejszym lokalnym mocarstwem.

Głębia strategiczna
Oprócz urażonej dumy i mocarstwowych ambicji Hindusi mają powody, by się naprawdę obawiać fundamentalistów islamskich. Klęska talibów to poważny cios dla Bazy bin Ladena, ale to nie koniec wojowniczych ruchów islamskich. Dla fundamentalistów islamskich peryferyjny i biedny Afganistan był tylko przyczółkiem w walce o znacznie większe cele, a najważniejszym z nich mogą być "pogańskie" Indie.
Po pokonaniu talibów problem afgański wraca do swego zapomnianego źródła - do tlącego się od dziesięcioleci konfliktu pakistańsko-indyjskiego. Na początku lat 90. talibów "stworzyły" pakistańskie służby specjalne ISI. Pakistańczycy chcieli w ten sposób zapewnić sobie spokój na granicy z targanym wojną domową Afganistanem, by skupić się na konfrontacji z Indiami. To przeciwko Indiom skierowane były tajne akcje pakistańskiego wywiadu znane pod kryptonimami "Gibraltar" i "Tupac Amaru". Pakistan od lat wspierał też islamskich bojówkarzy z Kaszmiru. Pojawienie się w Afganistanie bin Ladena i jego szaleńcza antyzachodnia krucjata okazały się nieprzewidzianym wypadkiem przy pracy. Postawiony w trudnej sytuacji prezydent Muszarraf opowiedział się po stronie antyterrorystycznej koalicji. Czyżby tylko po to, by w sporze z Indiami zapewnić sobie lepszą pozycję?

Prawdziwa wojna
Tlący się od powstania Indii i Pakistanu konflikt kaszmirski przestał być już tylko sporem terytorialnym. W coraz większym stopniu jest to także konflikt religijny. Jeśli płomień dżihadu udałoby się rozpalić w Indiach, w których żyje 120 mln muzułmanów, wówczas wojna w Afganistanie okazałaby się tylko wstępem do konfliktu o trudnych do przewidzenia konsekwencjach.
W ostatnich latach kilkudniowe konflikty między oddziałami indyjskimi i pakistańskimi kończyły się zwykle po krótkiej wymianie ognia, a spór o Kaszmir świat traktował jak jedną z wielu lokalnych wojen, które co jakiś czas zajmują kilkanaście sekund w telewizyjnych wiadomościach. Tym razem nie uda się zbagatelizować problemu. Nie ma już bowiem nieważnych wojen. Zwłaszcza jeśli toczą je państwa, które dysponują choćby jedną bombą atomową.

Okładka tygodnika WPROST: 1/2002
Więcej możesz przeczytać w 1/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także