Po przyjaźni

Po przyjaźni

Świat dostał od prezydenta George'a Busha zakaz bycia skomplikowanym. Ciekawe, czy go posłucha
Jestem bardzo przyjaźnie nastawiony do Amerykanów, a ponieważ dotyczy to nie tylko mnie, przeto nadeszła chyba właściwa chwila, byśmy im razem to i owo po przyjacielsku podszepnęli we wspólnym, dobrze rozumianym interesie.
George W. Bush bardzo zręcznie i skutecznie zareagował na zamachy z 11 września, zapewniając sobie szerokie poparcie i zgrabnie zmieniając oblicze świata oraz stosunków międzynarodowych zgodnie ze swoimi priorytetami. Dobrze, że tak się stało. Po pierwsze dlatego, że byłoby niewątpliwie gorzej, gdyby to zrobił niezgrabnie, niezręcznie i nieskutecznie. A po drugie - priorytety te były z grubsza tożsame z priorytetami każdego zdrowego na umyśle, przewidującego i sprawiedliwego człowieka.
Pytanie tylko: co mądrego teraz z tym światem o zmienionym obliczu zrobić? Coraz bardziej wygląda na to, że odpowiedź Busha brzmi, iż wystarczy zrobić dwie rzeczy: wziąć odwet na międzynarodowych siatkach terrorystów i umocnić dominującą pozycję Ameryki. Oba te cele są zrozumiałe, a z punktu widzenia Waszyngtonu - także szlachetne. Problem polega jedynie na tym, że w obecnym świecie nikt już nie jest sam, nawet Waszyngton. Może prezydent Bush nie zdaje sobie z tego sprawy, ale jego oświadczenia, że teraz USA będą "przewodzić światu", wywołują czasami w innych krajach konsternację podszytą śmiechem, ponieważ wbrew temu, co mu się wydaje, brzmią niezwykle prowincjonalnie. Bush sprawia wrażenie, jakby patrzył na świat znowu z perspektywy gubernatora Teksasu, a nie męża stanu rozwiązującego realne problemy w globalnej skali.
Nic zatem dziwnego, że po okresie skupionej ciszy, należnej po 11 września mieszkańcom domu żałobnego, świat wraca do normalnego trybu życia i rozmów, a więc zaczyna normalnie traktować również Amerykę. Nic też dziwnego, że pierwsze zastrzeżenia pod jej adresem zgłosili między innymi Francuzi, od lat uchodzący za nieco niesfornych w stosunkach z Wujem Samem. Tym razem jednak najwyraźniej mają rację, a Amerykanie nie potrafią znaleźć rozsądnej odpowiedzi na ich uwagi.
Francuski minister spraw zagranicznych Hubert Védrine sformułował niedawno dwa zasadnicze zarzuty pod adresem globalnej polityki Waszyngtonu. Pierwszy to jednostronność - i to, jak się wyraził, użytkowa, polegająca na odmawianiu zaangażowania się w jakiekolwiek wielostronne porozumienia czy negocjacje, a jednocześnie zwracaniu się do "tego lub tamtego", kiedy się go akurat potrzebuje. Po drugie - mówił Védrine: "Grozi nam nowe prostactwo, które polega na sprowadzaniu wszystkich problemów świata do walki z terroryzmem. To niepoważne. Nie możemy tego zaakceptować". Trzeba przyznać, że Europejczycy - a szczególnie Francuzi - mogą być w najlepszym razie gorzko rozbawieni, a w najgorszym - mocno zirytowani, kiedy obserwują Amerykanów podporządkowujących wszystko walce z terroryzmem - zwłaszcza islamskim - dopiero teraz, gdy uderzył on bezpośrednio w nich. Kiedy bomby wybuchały w Paryżu, a francuskie służby specjalne i dyplomaci próbowali przekonać Amerykanów, że zagrożenie jest poważne, globalne i trzeba wspólnie przeprowadzić akcje prewencyjne, odpowiedzią było wzruszenie ramionami w reakcji na lokalne zamieszanie. Teraz zaś okazuje się, iż nic na świecie nie jest równie ważne jak ściganie terrorystów i karanie państw ich wspierających. Zaczyna to wyglądać trochę groteskowo, bo jak na supermocarstwo program to dość skromny.
Aby udowodnić, że nie jest "jednostronny", sekretarz stanu Colin Powell zachęcił dziennikarzy, by zajrzeli do jego terminarza i zobaczyli, z iloma zagranicznymi politykami jest umówiony - tak jakby Védrine miał pretensje o to, że Powell spotyka się tylko z żoną i znajomymi. Prezydent Bush wyrecytował zaś swoim zwyczajem wzniosłą kwestię o tym, że historia dała Ameryce szansę obrony wolności - i to właśnie będzie robić, chociaż "niektórych na świecie" może to "męczyć i zniechęcać". Można powiedzieć, że zrozumiał Védrine'a w lot. Byłoby to bardzo śmieszne, gdyby nie było takie smutne i nie oznaczało jeszcze smutniejszych konsekwencji w postaci na przykład interpretacji sytuacji na Bliskim Wschodzie przede wszystkim w kategoriach walki z terroryzmem. Zdaje się, że świat dostał od Busha zakaz bycia skomplikowanym. Ciekawe, czy go posłucha.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2002
Więcej możesz przeczytać w 8/2002 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także