Klęska żywiołowa, a nie wyborcza

Klęska żywiołowa, a nie wyborcza

Dodano:   /  Zmieniono: 
Fot. FORUM 
- Powódź się kończy, a wybory odbędą się dopiero 20 czerwca. Będzie czas, by przedstawić nasze programy wyborcom – przekonuje Andrzej Halicki z PO tłumacząc, że wprowadzanie stanu klęski żywiołowej, by opóźnić termin wyborów jest pozbawione podstaw. Z kolei Paweł Poncyljusz z PiS przekonuje, że dla jego partii najważniejsze jest by kolejne stanowiska znajdujące się w gestii głowy państwa obsadzał prezydent wybrany w demokratycznych wyborach, a nie osoba pełniąca obowiązki prezydenta.
Powódź skróciła i tak już napięty kalendarz wyborczy. Od 17 maja kampania praktycznie zamarła, a cała Polska skoncentrowała się na walce z żywiołem. Kandydaci odwoływali wiece i spotkania z wyborcami, podkreślali również, że nie chcą prowadzić „kampanii na wałach". W rezultacie do dziś, gdy do wyborów pozostał niespełna miesiąc, kampania wyborcza de facto wciąż się jeszcze nie zaczęła. Kandydaci reprezentujący mniejsze siły polityczne – Marek Jurek, czy Andrzej Olechowski – apelowali o wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, który oznaczałby, że wybory odbyłyby się nie 20 czerwca, tylko co najmniej 90 dni później – na początku września.

Konstytucjonalista dr Ryszard Piotrowski przekonuje jednak, że wykorzystanie stanu klęski żywiołowej wyłącznie do opóźnienia wyborów, byłoby niezgodne z prawem. – Przesłanką do wprowadzenia stanu klęski żywiołowej jest katastrofa, która ma miejsce tu i teraz. Można go wprowadzić, gdy sytuacja jest na tyle poważna, że zasadne jest ograniczenie swobód obywatelskich w celu większej mobilizacji społeczeństwa i przerzucenia części obowiązków związanych z walką z żywiołem na obywateli – tłumaczy dr Piotrowski. Konstytucjonalista zwraca również uwagę, że stan klęski żywiołowej wiąże się z licznymi zagrożeniami. – Gdy zawieszona jest część praw obywatelskich łatwo o nadużycia, za które potem państwo ponosić może odpowiedzialność cywilną – wyjaśnia dr Piotrowski.

Sceptyczni wobec przesunięcia daty wyborów są również politycy. Wiceprzewodniczący klubu PO Andrzej Halicki mówi wprost, że z powodzią mamy do czynienia dziś, a wybory odbędą się 20 czerwca. – Od 1 czerwca zacznie się prawdziwa kampania, media publiczne będą ustawowo zobligowane do emitowania materiałów wyborczych, będzie czas, by przedstawić programy kandydatów – przekonuje. Dodaje, że gdyby brać pod uwagę fakt, iż część osób będzie skoncentrowana raczej na odbudowie swoich domów, niż na kampanii wyborczej, wówczas wybory nie mogłyby się odbywać przez kilka lat. – Tyle czasu zajmie usuwanie skutków powodzi – zauważa Halicki.

Również rzecznik sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego Paweł Poncyljusz jest zdania, że opóźnienie wyborów byłoby złą przesłanką dla wprowadzania stanu klęski żywiołowej. – To prawda, że dziś nie możemy prowadzić kampanii, a jakikolwiek przekaz polityczny trafia w pustkę, bo wszyscy myślą o tym, jak poradzić sobie z żywiołem. Ale stan klęski żywiołowej wprowadza się w sytuacji, gdy służby nie radzą sobie ze skutkami kataklizmu – zauważa poseł PiS. Poncyljusz przyznaje, że zdaje sobie sprawę, iż PiS może zabraknąć czasu, by dotrzeć z nowym wizerunkiem Jarosława Kaczyńskiego do wszystkich wyborców, ale dodaje, że wszyscy główni kandydaci w tych wyborach są znani i wyborcy mają o nich pewną wiedzę. PiS ma jeszcze jeden ważny argument za tym, aby wybory odbyły się w terminie. – Jeśli mamy ryzykować, że przez kolejne trzy miesiące tymczasowy prezydent będzie swobodnie obsadzał stanowiska, tak jak zostało to zrobione w przypadku NBP – to wolimy, by ten czas tymczasowości trwał jak najkrócej – mówi Poncyljusz.

Także PSL uważa, że przesuwanie wyborów byłoby niewskazane. Przewodniczący klubu ludowców Stanisław Żelichowski przyznaje, że powódź, która dotknęła głównie tereny wiejskie może obniżyć poparcie w wyborach dla kandydata PSL, ale – jak tłumaczy – PSL postawił dobro obywateli nad dobrem partyjnym. W taki sposób Żelichowski uzasadnia też fakt, że premier Pawlak nie pojawia się na terenach dotkniętych powodzią. – Wiadomo, że obecność premiera angażowałaby urzędników i służby, które powinny angażować się w walkę z żywiołem. A tego chcieliśmy uniknąć – precyzuje.

A jak oceniają sytuację politolodzy? Dr Jarosław Flis tłumaczy niechęć PO i PiS do przekładania wyborów silną pozycją kandydatów tych partii w sondażach. – Nie wiadomo co stałoby się z sondażami za trzy miesiące, a silniejsi gracze mają mniejszą skłonność do ryzyka – wyjaśnia. Z kolei prof. Wawrzyniec Konarski zwraca uwagę, że przedłużenie kampanii wyborczej o 90 dni oznaczałoby, że przez najbliższe trzy miesiące opozycja zajęłaby się recenzowaniem działań rządu związanych z powodzią co byłoby niekorzystne dla polityków koalicji.

Zdaniem Konarskiego jest jeszcze jeden powód dla którego obecny termin wyborów jest zdecydowanie bardziej korzystny dla PO, niż dla PiS. - Powrót Jarosława Kaczyńskiego jest ewolucją, a nie rewolucją. Krótka kampania wyborcza nie pozwoli mu na odrobienie sondażowych strat – uważa prof. Konarski.