Jastrząb i gołąb

Jastrząb i gołąb

Był krytykowany i za wojowniczość wobec Arabów, i za zawieranie z nimi porozumień. Od pół wieku Szymon Peres jest jednym z głównych rozgrywających na Bliskim Wschodzie.
Mahmud Abbas to najlepszy palestyński przywódca, jakiego kiedykolwiek mógłby mieć Izrael, nie można więc marnować czasu, trzeba szybko, ale w  całkowitym sekrecie wznowić rozmowy pokojowe – oświadczył prezydent Izraela Szymon Peres. Powiedział to w żydowski Nowy Rok, zaledwie dwa dni po złożeniu przez Abbasa wniosku o przyjęcie Autonomii Palestyńskiej do ONZ. Zaraz potem, jakby na przekór słowom prezydenta, rząd Izraela kierowany przez Beniamina Netanjahu ogłosił decyzję o rozbudowie żydowskich osiedli w arabskiej części Jerozolimy. Palestyńczycy dostali do ręki argument, że wbrew deklaracjom Izrael nie chce pokoju z Arabami.

W takich warunkach chwalenie prezydenta Autonomii Palestyńskiej wymaga politycznej odwagi, ale tego akurat Szymonowi Peresowi nie brakuje. Prezydent Izraela może sobie pozwolić na to, by iść pod prąd. W ciągu trwającej ponad 60 lat kariery politycznej Peres zdążył załatwić Żydom broń atomową, stworzyć armię zdolną odeprzeć każdy atak Arabów. Był trzy razy premierem, był także szefem dyplomacji, finansów i obrony. Był krytykowany i za nieprzejednaną wrogość wobec Arabów, i za podpisywanie z nimi przełomowych układów pokojowych. Generalnie prezydent może w  Izraelu niewiele. Ale nie prezydent Peres. 

Audiencje i konsultacje

Jest koniec października 2009 r. W Beit HaNassi, rezydencji izraelskich prezydentów w jerozolimskiej dzielnicy Talbija, ruch niemal jak na  stacji kolejowej. Dziewczyny z prezydenckiej ochrony mają pełne ręce roboty. Na zaproszenie Szymona Peresa do Izraela zjechała polityczna, biznesowa i intelektualna śmietanka.

Jest minister finansów Francji i  przyszła szefowa MFW Christine Lagarde, jest Tony Blair, architekt Frank Gehry i baron David de Rothschild, a także bossowie Goldman Sachs i Axel Springer, były szef rosyjskiej dyplomacji Igor Iwanow i filozof Bernard Henri Lévy, który ma posłuch u Sarkozy’ego. Mniej ważni uczestnicy tłoczą się przy wejściu do Beit HaNassi. Delegację polską prowadzoną przez ministra Radosława Sikorskiego poprzedzają Ukraińcy. Peres regularnie organizuje tę konferencję, zaspokajając swoje intelektualne ambicje.

W kraju, gdzie polityką zajmują się wojskowi w stanie spoczynku, prezydent jest postacią wyjątkową. Mimo zasług dla budowy izraelskiej potęgi militarnej nigdy nie służył w armii, a nad wizerunek wojownika zawsze przedkładał image intelektualisty i wizjonera. To za  jego premierostwa powstała pierwsza strona internetowa izraelskiego rządu. Gdy koledzy z rządu epatowali osiągnięciami na wojnach z Arabami, on chwalił się pokaźną biblioteką. Szczególne miejsce zajmowały w niej książki Dostojewskiego i Yukio Mishimy.

Atmosfera prezydenckiej konferencji w roku 2009 była gorąca. I nie chodziło tylko o to, że jak zwykle w październiku znad pustyni arabskiej wiał gorący samum. Izrael poważnie się zastanawiał nad prewencyjnym uderzeniem na irańskie instalacje atomowe, a zjazd był tylko pretekstem do międzynarodowych konsultacji w sprawie ataku. Chętnych do poparcia planu nie było wielu. – Jesteśmy już aktywni w Iraku i Afganistanie, gdzie niemal co tydzień tracimy żołnierzy w wojnie z terroryzmem – tłumaczył prezydentowi Izraela szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski.

Sikorski przysiadł na brzegu krzesła postawionego obok fotela zajmowanego przez Szymona Peresa. – Jesteśmy pod wrażeniem wojskowych osiągnięć Izraela w  dziedzinie nanotechnologii – mówił minister. Zanim urzędnicy protokołu dyplomatycznego wyprosili z sali dziennikarzy, można było jeszcze zauważyć pełen satysfakcji uśmiech na twarzy Peresa. Zamiłowanie do  literatury nie zmienia tego, że to on stworzył od podstaw izraelski przemysł zbrojeniowy.

Jesteśmy im winni tę bombę

 – Monitorujemy bardzo uważnie rozwój broni nuklearnej w waszym regionie, co pan mi o tym powie? – to pytanie John F. Kennedy skierował do  izraelskiego wiceministra obrony Szymona Peresa 2 kwietnia 1963 r.

– Mogę jedynie zapewnić, że my pierwsi jej nie użyjemy – odparł Peres świadom, że nie może oficjalnie przyznać, iż jego kraj ma broń atomową. A że ją posiadał, Peres wiedział najlepiej, bo to on załatwił pierwszy francuski reaktor, który zainstalowano w Dimona na pustyni Negeb.

Kupowaniem broni dla Izraela Peres zajmował się od początku kariery. Na  młodego, elokwentnego bojownika Hagany, który zostawił w Polsce nazwisko Perski, a ortodoksyjną żarliwość z synagogi w Wiszniewie zamienił na  lewicowy syjonizm, uwagę zwrócił sam Dawid Ben Gurion. Najpierw wysłano go na studia do USA, a po powrocie mianowano dyrektorem generalnym resortu obrony. Armia młodego państwa miała morale lepsze niż  uzbrojenie, dlatego Peres zabrał się do poszukiwania dostawców broni.

W tamtych czasach ani USA, ani Wielka Brytania nie paliły się do pomocy Żydom na Bliskim Wschodzie. Co innego Francuzi. Urabiani przez Peresa zgodzili się na sprzedaż Izraelowi czołgów, systemów rakietowych, radarów i myśliwców Mirage, które na długie lata zapewniły Żydom przewagę w wojnach z Arabami. Francuzi przekazali też reaktor, od którego zaczął się izraelski program atomowy. – Jesteśmy im winni tę bombę – miał powiedzieć swoim współpracownikom ówczesny premier republiki Guy Mollet.

Pierwsze głowice Izrael zbudował do 1967  r., ale nie było potrzeby ich użycia, bo armie arabskie zostały rozgromione w sześć dni. W czasie wojny Jom Kippur w 1973 r. Peres, wówczas wiceminister obrony, proponował nawet użycie broni atomowej, by  powstrzymać syryjskie i egipskie wojska i raz na zawsze zniechęcić Arabów do atakowania Izraela. Izraelowi udało się wygrać bez tego. Dokładnie 20 lat później ten sam Peres dostanie pokojowego Nobla za  wkład w budowanie pokoju na Bliskim Wschodzie.

Głaskanie tygrysa

 Nawołując ostatnio do tajnych negocjacji z Palestyńczykami, Szymon Peres korzystał z własnych doświadczeń. W latach 90. to on negocjował w  sekrecie warunki izraelsko-palestyńskiego pokoju, który podpisali premier Icchak Rabin i Jaser Arafat. Rozmowy nie były łatwe, bo Arafat miał irytujący zwyczaj trykania palcem rozmówcy, którego chciał przekonać do swoich racji. – Raz złapał nawet Rabina za rękę, nie  mogliśmy tego wytrzymać – wspominał Peres. Przyznał, że gdy Arafat pojawiał się na sali, premier Rabin starał się zachowywać bezpieczny dystans, a on sam wlepiał wzrok w sufit.

Przez lata Peres się zmienił. Jeszcze w 1975 r. amerykański sekretarz stanu Henry Kissinger przyjechał do Tel Awiwu ratować premiera Icchaka Rabina przed radykalizmem Peresa. Obaj politycy się nie znosili, rywalizując o kontrolę nad Partią Pracy. Urodzony w Palestynie frontowy żołnierz Rabin nie ufał cywilowi i  imigrantowi z Polski. Poza tym Peres, wówczas już szef resortu obrony, był czołowym jastrzębiem w rządzie Rabina. To jemu przypisywane jest rozbudzenie kolonizacji zagarniętych po wojnie 1967 r. ziem arabskich na  Zachodnim Brzegu Jordanu. Groził też dymisją i upadkiem rządu, jeśli Rabin zgodzi się na  propozycję Henry’ego Kissingera, by w geście dobrej woli wobec Egiptu wycofać wojska z półwyspu Synaj.

– Wycofanie z Synaju jest możliwe nie  jako gest dobrej woli, tylko w zamian za pokój – mówił. Czas pokazał, że  miał rację. W 1977 r. egipski prezydent Anwar Saddat jako pierwszy arabski przywódca w historii przyjechał do Jerozolimy, by przemawiać w  Knesecie, a potem podpisał historyczny pokój w Camp David, uznając Izrael.

Dyplomacja to też wojna

– Czy naprawdę uważacie, że jestem przegranym człowiekiem? – pytał Peres na kongresie Partii Pracy po przegranych wyborach na premiera Izraela w  roku 1996.

– Tak – odpowiedzieli delegaci, przypieczętowując jego polityczną emeryturę. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Peres był na  najlepszej drodze do zwycięstwa. Jego odwiecznego rywala Icchaka Rabina już nie było – zginął w 1995 r. z rąk żydowskiego ekstremisty, który uznał, że pokój z Arafatem był zdradą. Peres jako tymczasowy premier był pewny zwycięstwa – miał ponad 20 proc. przewagi nad prawicowym rywalem Beniaminem Netanjahu. By udowodnić, że mimo udziału w porozumieniu z  Arafatem jest ciągle twardym politykiem, kazał służbom Shin Beth zlikwidować terrorystę z Hamasu, Yahya Ayyasha. Ten krok wywołał reakcję terrorystów, którzy urządzili krwawą łaźnię w Izraelu. Dwa zamachy na  autobusy miejskie w Jerozolimie i centrum handlowe w Tel Awiwie odebrały Peresowi przewagę nad Netanjahu. Macierzysta Partia Pracy przypomniała mu, że w ostatnim półwieczu lewica ponosiła polityczne klęski tylko wtedy, gdy on był u steru, i wybrała na szefa Ehuda Olmerta.

W 2000 r. Peres kandydował na prezydenta Izraela, jednak Kneset znów go upokorzył, wybierając mało znanego Mosze Kacawa, uwikłanego w seksualne skandale. W  tym czasie Peres związał się z premierem Arielem Szaronem, próbując bezskutecznie przejąć kierownictwo w nowo utworzonej przez niego partii Kadima.

W 2007 r. został w końcu prezydentem Izraela. Dziś, jak wiele już razy za jego życia, Bliski Wschód znów jest na zakręcie. W  przeddzień zgłoszenia przez Palestyńczyków wniosku o przyjęcie do ONZ Peres jak za starych czasów prowadził tajne rozmowy z Mahmudem Abbasem i  obdzwaniał zaprzyjaźnionych z Izraelem prezydentów, próbując zmienić lub  choćby wpłynąć na bieg wydarzeń.

Jako rozmiłowany w literaturze cywil stojący na czele państwa prowadzącego niekończącą się wojnę Peres wie najlepiej, że dyplomacja to też wojna, tylko prowadzona innymi metodami.

Okładka tygodnika WPROST: 40/2011
Więcej możesz przeczytać w 40/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także