Brunetki, blondynki...

Brunetki, blondynki...

Ryszard Kalisz napisał książkę o kobietach. O tych, które lubi, ceni, kocha. Z którymi współpracował i które zawsze chciał poznać. Poniżej prezentujemy jej fragmenty.

Gdybyśmy szukali przyczyn moich relacji z kobietami, to leżą one oczywiście w mojej osobowości, którą kształtowały geny, system wychowania i właśnie kobiety, jakie wokół mnie były. Pamiętam, że kiedy tylko dojrzałem, stałem się świadomy, czytałem bardzo dużo na temat podmiotowości kobiet. Moje poglądy dotyczące kobiet i relacje z nimi to wyraz mojej autentycznej osobowości. Bardzo szybko wchodziłem w różnego rodzaju związki z koleżankami. Różnego rodzaju.

Z szacunkiem od dziecka

Urodziłem się w 1957 roku, dojrzewałem w latach 70. w Warszawie, na Bielanach, w momencie, kiedy do Polski dopłynęła – zmieniona oczywiście – kultura mająca źródło w ruchach hipisowskich na Zachodzie. Nigdy nie byłem hipisem, ale dorastając, sporo czasu spędziłem z ludźmi, którzy chcieli nimi być. Do tej pory moim przyjacielem jest Dymitros Kurtis zwany Milem, był nim także nieżyjący już Maciej Zembaty. Wtedy, w tamtym bielańskim środowisku, panowało bardzo duże upodmiotowienie kobiet i do dzisiaj tak pozostało. Były to, jak dzisiaj byśmy powiedzieli, środowiska równościowe i egalitarne. Ponadto była w nich potrzeba felicytologii (dział etyki stawiający pytanie: „Jak żyć, aby być szczęśliwym i nie popaść w stan nieszczęśliwości”) i szczęścia dla każdego. W domu rodzinnym też od dziecka wpajano mi szacunek dla kobiety, jej równość, podmiotowość. Uznawano także prawa kobiet, chociażby takie, że kobieta ma prawo do podjęcia decyzji o aborcji. To było dla mnie naturalne. Zostałem wychowany w takim właśnie duchu. Szacunek dla gejów, lesbijek, innych mniejszości był w moim domu na porządku dziennym. Za całkowicie normalne uznawano w moim otoczeniu również rozwody. Przecież każdy ma prawo do szczęścia. Nikt nie potępiał ludzi rozwiedzionych.

Moja mama zawsze była, i tak pozostało do dzisiaj, ciepła, dobra, miła – taka jest z natury. Po drugie, jest mądrą kobietą, z czego jestem dumny. Jako dziecko myślałem, że ja to mam szczęście, bo moja mama jest taka ładna i inteligentna. Po trzecie, potrafiła łączyć wszystko to, o czym mówię: z jednej strony pracowała, a z drugiej miała w zwyczaju gotować nam w niedziele dobre obiady i robiła zapasy jedzenia do odgrzania na cały tydzień. ,,Jak będziecie chcieli, to sobie podgrzejecie” – oznajmiała.

Oczywiście wychowałem się na podwórku. Moi rodzice pracowali. Mama w zasadzie nie musiała, bo ojciec był adwokatem, jak na PRL bardzo dobrze zarabiał. Ale pracowała. Praca była też dla niej źródłem zadowolenia, ponieważ lubi porozmawiać, jest towarzyska i przewrotna, uwielbia żarty i przekomarzanie się. Ojciec uważał mnie za bardzo mądrego i inteligentnego, mieliśmy relacje partnerskie, dalekie od tych, które mógłbym nazwać relacjami ojciec – syn. Często pełniłem ,,kreatywną” rolę w naszym codziennym, wspólnym byciu i życiu. Ojciec na przykład nie lubił prowadzić samochodu, więc brałem na siebie zadanie bycia kierowcą i woziłem go. W zasadzie sprawy domowe należące do mężczyzny były na mojej, a nie jego głowie. Natomiast moja siostra bliżej była związana z ojcem, lepiej się rozumieli. A ja z mamą. To naturalne. Chyba klasyka? Nie można powiedzieć, że w moim domu ktoś kogoś bardziej czy mniej kochał. Tutaj chodziło o porozumienie mentalne.

Zosia, Anna, Izabela

W czasach szkolnych i studenckich największy wpływ na mnie miała Zosia. Była o rok młodsza. 18 października 1974 roku zaprosiłem ją do kawiarni Telimena przy Krakowskim Przedmieściu. Wtedy rozpoczęło się tak zwane chodzenie ze sobą. Byliśmy razem przez prawie osiem lat. Odegrała gigantyczną rolę w moim życiu. Pochodziła z bardzo lewicowo-intelektualnej rodziny. Pewnie miało to wpływ również na mnie, często bywałem w jej domu, dyskutowałem z rodzicami. Był to okres mojego wielkiego rozwoju emocjonalnego. Z tego związku wyniosłem empatię i szacunek dla potrzeb kobiety, ale też umiejętność reagowania na te potrzeby.

(…) Nie chodzi o to, czemu tak wtórują konserwatyści: puszczanie w drzwiach, całowanie w rękę. Nie ma w tym zachowaniu elementu równości, tylko pokazywanie własnej wyższości oraz opieka, ale z pozycji dominującej, a nie jak w moim przypadku, z pozycji równości – ja w rękę nie całuję, a w drzwiach przepuszczam. W życiu często to ja podporządkowywałem się kobiecie, nawet lubiłem, jak grała pierwsze skrzypce. Wielki wpływ na to, jaki byłem i jestem w stosunku do kobiet, jak rozumiem ich prawa, odegrała Izabela Jaruga-Nowacka, z którą miałem niezwykle przyjacielski kontakt. Była osobą o wyraźnie ukształtowanym poglądzie na temat praw kobiet. W pełni się z nią zgadzałem.

Natomiast moja była żona Anna lubiła powtarzać, że to ona zaszczepiła we mnie idee równościowe. Wychowywała się w Nowym Jorku, dlatego ma ekstremalnie liberalny światopogląd – prawdziwie nowojorski, bardzo specyficzny, jaki można spotkać tylko tam: lewicowy, podmiotowy stosunek do praw człowieka, w szczególności do praw kobiet. Mam mnóstwo koleżanek, które też mnie kształtowały, dzisiaj są osobami publicznymi: Katarzyna Korpolewska, psycholog, bardzo mi bliska, od niej uczyłem się odczuwania psychologicznego. Ma specyficzny dystans do rzeczywistości, a równocześnie potrafi spojrzeć na nią bardzo analitycznie. Bardzo cenię Kazimierę Szczukę, Monikę Płatek, której rozumienie roli prawa, w tym karnego, jest mi bliskie, Magdalenę Środę, z którą przegadałem wiele godzin. (…)

Jola, Danuta

Kiedy jakieś dziesięć lat temu napisałem w pewnej ankiecie, że lubię rozmawiać z Jolantą Kwaśniewską, dziennikarze potraktowali to prześmiewczo, sądząc, że chodzi mi wyłącznie o relacje z pierwszą damą. Nie potrafili zrozumieć, że Jola jest moim przyjacielem, osobą, z którą przegadałem wiele godzin. Bardzo ją cenię i poważnie biorę pod uwagę to, co mówi, i to od ponad 30 lat. W istotny sposób ukształtowała moje poczucie dobrego smaku i umiejętność doboru części garderoby. Przede wszystkim zawsze mogłem na nią liczyć i odwrotnie. Zawsze. I wówczas, kiedy jeszcze nie była znana publicznie, i wtedy, gdy była już małżonką Prezydenta Rzeczypospolitej.

W moim życiu zawodowym z zasady było tak, że nie miałem szefów, zwierzchników – ani mężczyzn, ani kobiet. Raz, w latach 1997-1998, byłem sekretarzem stanu Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i wtedy przez pierwsze 11 miesięcy moim przełożonym była profesor Danuta Hübner. Pan prezydent założył, że zawsze szefem jego kancelarii będzie kobieta. I trzymał się tego postanowienia do końca drugiej kadencji. Ja przez dwa lata kierując Kancelarią Prezydenta RP, byłem pełniącym obowiązki szefa, gdyż nie jestem kobietą. Chwalę sobie tamten czas. Profesor Hübner – jako szefowa – była osobą mądrą, stanowczą, ambitną, może tylko za bardzo chciała we wszystkim partycypować. A Kancelaria Prezydenta miała też inne ,,kanały” podejmowania decyzji.

(…) Kobiety mają pewien dar – są bardziej dokładne. Doświadczyłem tego w liceum, gdzie byłem naprawdę dobrym uczniem. Miałem koleżankę, Katarzynę Szczepańską, która robiła doskonałe notatki. Skrupulatne, a do tego ładnym, wyraźnym charakterem pisma. Pożyczałem od niej zeszyt i przez dzień czy dwa uczyłem się wszystkiego. Korzystałem z jej pracy. Bezinteresownie. Byliśmy zaprzyjaźnieni. Kobiety zauważają więcej szczegółów. Mężczyźni za to są bardziej strategiczni. Dokładność kobiet imponuje mi przez całe życie. Jolanta Szymanek-Deresz, Marcjanna Rejman, z którymi byłem w jednej grupie na aplikacji adwokackiej, to są (Jolanta niestety była) wspaniałe adwokatki, zdolne, niezwykle subtelne, mądre. Potrafiły (w przypadku Joli) i potrafią (jeśli chodzi o Marcjannę) wykonywać ten zawód z subtelnością.

Spora część kobiet w adwokaturze zajęła się zagadnieniami, które bardziej pasowały do ich kobiecej osobowości: sprawami rodzinnymi czy tymi dotyczącymi dzieci. Ale nie jest to regułą. Kobiety, co do zasady, łagodzą nastrój, również na sali sądowej. Pamiętam, że w mojej kancelarii to kobiety nadawały ton w takim codziennym rozumieniu. Było miło, czysto. Miały doskonałe pióro i potrafiły przygotowywać wspaniałe pisma procesowe. Po raz kolejny także wtedy wygrywała ich dokładność i mądrość (…).

Joanna, Wanda, Hanna

W ostatnich kilku latach ujawniła się potrzeba tworzenia żeńskich form na określenie funkcji politycznych. Izabela Jaruga-Nowacka mówiła o sobie premierka i ministerka. Joanna Mucha nazwała siebie ministrą, Wanda Nowicka – marszałkinią. W Polsce ciągle wyraźna jest dominacja mężczyzn i to oni kreują życie polityczne, a kiedy kobieta zostanie wybrana na wysokie stanowisko, mężczyźni zawsze chcą nią kierować. Tak było z panią premier Hanną Suchocką. Ze względu na płeć została potraktowana instrumentalnie. Nie była złym premierem, ale nie była również najlepszym. Jednak to Bronisław Geremek namówił ją na objęcie tej funkcji i to on zza pleców nią kierował. Alicja Grześkowiak, marszałek Senatu (ona jako osoba z prawicy pewnie woli tę formę), przy swoim dominującym charakterze przejęła cechy właściwe mężczyznom. W przypadku Ewy Kopacz, która została marszałkiem Sejmu, zastępując Grzegorza Schetynę, utkwiły mi w pamięci słowa Donalda Tuska, który przyznał, że chce mieć na tym stanowisku osobę zaufaną, bo nie może być rywalizacji pomiędzy marszałkiem a premierem. Ewa Kopacz została marszałkiem. Nie do końca jest posłuszna, ale Donald Tusk tym stwierdzeniem zrobił krzywdę i Ewie Kopacz, i Konstytucji RP. Natomiast sytuacji, kiedy kobieta zostaje szefem partii czy premierem, bo jest polityczką dobrą, najlepszą, w Polsce jeszcze nie mieliśmy. Mamy za miedzą. Nikt nie ma wątpliwości, że Angela Merkel zdobyła i utrzymuje swoją pozycję dzięki umiejętnościom politycznym. Robi to w sposób należyty i właściwy, jest dobrym politykiem. Fakt, że jej partia wygrywa, oznacza, iż ludzie traktują ją jako dobrą szefową i kanclerkę.

(…) Wrócę do Polski, do Danuty Wałęsowej. Opisała swoje życie i okazuje się, że przez lata współistniała w polityce, jaką prowadził jej mąż. Czasami była nawet „szyją”, podczas gdy Lech Wałęsa pozostawał „głową”. Wielu po lekturze jej książki było zdumionych. Pokazała nam, że cały czas była świadoma swoich ról i godziła się na nie – rolę żony i matki ośmiorga dzieci, a jednocześnie kobiety wspierającej męża w działalności publicznej. Wiedziała, że godzi się na pełnienie tych ról nie dlatego, że jest do nich predestynowana jako kobieta, ale dlatego, że jej mąż robił ważne rzeczy. Wspierała Lecha, ale i starała się go zmienić. Chciała, żeby nie traktował jej instrumentalnie, tylko podmiotowo, jako świadomą siebie osobę, która współdziała z nim, a nie jest żoną w rozumieniu konserwatywnym: od garnków i wychowywania dzieci. (…)

Danuta, Izabela, Ewa

W polityce były takie kobiety, których cechy nie pozwalały nam ich nie zauważyć. Wnosiły do polityki wiele już tylko ze względu na to, jakie były z natury: Aleksandra Jakubowska, Izabela Sierakowska, Olga Krzyżanowska, Barbara Labuda i Danuta Waniek. Aleksandra Jakubowska jest niezwykle energiczna, miała silną tendencję do aktywnego działania i potrafiła być w tym kobieca, była w stanie umiejętnie prowadzić politykę i współpracować. W pewnym momencie ten dynamizm za bardzo zaburzył jej właściwą ocenę sytuacji. Na pewno chciała dobrze, miała plan, własną wizję, ale była niezwykle dynamiczna. Może czasami za bardzo. Olga Krzyżanowska na wszystko patrzyła trochę z góry. Z pozycji osoby mającej doświadczenie. Było to spojrzenie kobiety świadomej swojej mądrości. Barbara Labuda to niezwykle subtelna, wspaniała kobieta o bardzo dużym potencjale dobroci. Przy swoich wyrazistych poglądach prowadziła politykę łagodnie, chciała wszystko zrobić dobrze i nie próbowała za wszelką cenę narzucać własnych opinii, tylko wskazała na wszelkie uwarunkowania.

(...) Wspominałem już o Ewie Kopacz, doskonałymi polityczkami i kobietami są Krystyna Łybacka, Anna Bańkowska, Małgorzata Kidawa-Błońska, Beata Bublewicz, Beata Małecka-Libera. Do tego grona w 2011 roku doszła Małgorzata Sekuła-Szmajdzińska. Świadome siebie, kapitalne osobowości. A poza Sejmem wzorem kobiety, prawniczki, jest pani profesor Ewa Łętowska, do niedawna sędzia Trybunału Konstytucyjnego, która ma określone poglądy, jest niezwykle mądra, jest także jednym z najwybitniejszych prawników w historii Polski, a równocześnie pozostaje kobieca.

W dzisiejszej polityce jest pewna kobieta z niezwykłą przeszłością. To Anna Grodzka. Janusz Palikot ma wielką zasługę, że Anna Grodzka dostała się do Sejmu. Zaryzykował, wystawiając ją na pierwszym miejscu na liście w Krakowie. Uzyskała bardzo dobry wynik. Zarówno jej obecność w Sejmie, jak i ona sama, robią bardzo wiele dla zrozumienia istoty zmiany płci. Znałem ją jeszcze jako mężczyznę, i to przez wiele lat. Nie mam żadnego problemu, żeby dziś traktować ją jako kobietę. Wyraźnie zaistniała w tej kadencji Sejmu. Posłowie prawicowi już się nawet przyzwyczaili, ale nie zaakceptowali tego stanu rzeczy. Anna bardzo ładnie się ubiera, stara się. Jest bardzo kobieca, subtelna, delikatna. Widać, że jest mądrą kobietą. (...)

Ewa, Aleksandra, Małgorzata

Mężczyźni, szczególnie politycy, chcą czasami pokazać, jak bardzo dbają o równouprawnienie. Wtedy awansują kobiety, a te trafiają na nieodpowiednie – biorąc pod uwagę ich kompetencje – stanowiska. Nie mają tak naprawdę wpływu na podejmowane decyzje. Za to ładnie wyglądają. Podręcznikowy przykład – Ewa Wachowicz w rządzie Waldemara Pawlaka.

Był to rok 1993. „Premierowi się nie odmawia” – powiedziała wtedy i wszystko było już jasne. Została jego rzeczniczką. Świat polityki był dla niej obcy, ona nie potrafiła go zrozumieć, rzecznikowanie za bardzo jej nie wychodziło, chociaż jest niezwykle mądrą i inteligentną kobietą.

Natomiast Aleksandra Jakubowska, która również była rzecznikiem rządu oraz ministrem, jest przykładem kobiety, która zdobyła pozycję polityczną własną pracą. Duże możliwości decyzyjne miała Małgorzata Niezabitowska i wykorzystywała je doskonale. Profesjonalna, zawsze przygotowana. Przypadek Ewy Wachowicz powinien być przestrogą dla kobiet, które nagle, nie będąc w polityce, otrzymują propozycję sprawowania wysokiej funkcji. Awansowanie tylko z powodu wyglądu w konsekwencji przyniesie szkodę i poczucie krzywdy. Kobiety w takiej sytuacji traktowane są jako ozdobnik, a człowiek nie może być ozdobnikiem. I nie ma to nic wspólnego z ocieplaniem wizerunku.

Kobieta ozdobnik pojawia się nagminnie podczas kampanii wyborczych. Nagle długonoga blondynka wyskakuje zza pleców polityka. Bardzo złe wrażenie zrobiło na mnie w kampanii w roku 2011 instrumentalne wykorzystanie młodych dziewczyn, które stały obok Jarosława Kaczyńskiego, kompletnie przecież nierozumiejącego spraw i potrzeb kobiet. Wcześniej bardzo fałszywie wystawiono na pierwszy plan trzy panie, same w sobie bardzo mądre: Joannę Kluzik-Rostkowską, Grażynę Gęsicką i Aleksandrę Natalli-Świat. PiS chciał przy ich pomocy ocieplić swój wizerunek.

Dla mnie to było bardzo fałszywe zagranie. Tym bardziej że szacunek Jarosława Kaczyńskiego do kobiet sprowadza się do całowania ich w rękę. Wymuszonego całowania. A tu raptem za sprawą swoich PR-owców zaczął ocieplać wizerunek partii kosztem kobiet. Wykorzystał inteligentne panie Natalli-Świat, Gęsicką i Kluzik-Rostkowską w akcji PR-owskiej. Ale niestety one na to pozwoliły. Na szczęście w niczym nie ujmowało to mądrości tym naprawdę wspaniałym kobietom.

Ryszard Kalisz o kobietach

Anna Grodzka

Znałem ją jeszcze jako mężczyznę. Nie mam żadnego problemu, żeby dziś traktować ją jako kobietę

Ewa Kopacz

Donald Tusk, mówiąc, że musi mieć w marszałku Sejmu osobę zaufaną, zrobił krzywdę jej i Konstytucji RP

Danuta Wałęsowa

Opisała swoje życie i okazuje się, że przez lata współistniała w polityce, jaką prowadził jej mąż

Ewa Wachowicz

Jej przypadek to przestroga dla pań, które nagle otrzymują propozycję sprawowania wysokiej funkcji

Okładka tygodnika WPROST: 19/2013
Więcej możesz przeczytać w 19/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Macyszyn IP
    Czy można wymyślić bardziej niepotrzebny,bardziej nadmuchany,nadęty problem do napisania książki???

    Czytaj także