…Nic mi dzisiaj nie potrzeba

…Nic mi dzisiaj nie potrzeba

Marek Jackowski zmarł nagle 18 maja w swoim domu we Włoszech. Zamieszczamy niepublikowaną rozmowę z założycielem i liderem zespołu Maanam.

Czy rodzicom było bardzo przykro, gdy powiedział im pan, że będzie muzykiem rockowym?

Mama miała nadzieję, że znajdę pracę w zakładach Stomil, które otwierali w Olsztynie, gdy szedłem do liceum. Marzyła, że zostanę chemikiem. Miałbym wtedy blisko do pracy, bo mieszkaliśmy pod Olsztynem, w Łęgajnach.

A ojciec?

Chyba nie miał takich marzeń. Był technikiem rolnikiem. Specjalizował się w torfiarstwie. Dorabiałem u niego, wiercąc torfowiska. Był boleśnie doświadczony przez wojnę. Pochodził z poznańskiej rodziny, która na przełomie wieków broniła Polaków przed pruską Hakatą. Jackowscy, zanim przenieśli się na Warmię, zakładali pierwsze kółka rolnicze traktowane wówczas jak organizacje polskiej samoobrony. Ojciec urodził się we wsi Bartąg pod Olsztynem. Tak jak wielu Polaków z Prus został przymusowo wcielony do Wehrmachtu. Niemcy uważali go za „polnische Schweine” i przydzielili do kompanii karnej, z którą został wysłany pod Stalingrad. Tam został ranny. Natomiast Polacy po wyzwoleniu uznawali ojca za Niemca, więc trafił na trzy lata do więzienia. Wyszedł dopiero za Gomułki. I zaczął się dla nas czas małej stabilizacji. Na bardzo niskim poziomie, bo zdarzało się, że nie było co jeść. Mama wysyłała mnie do lasu po grzyby lub szczaw, by można było jakąś zupę ugotować.

Skąd się wzięła muzyka w pańskim życiu?

Mama miała gruntowne, przedwojenne wykształcenie. Znała biegle francuski, pięknie śpiewała i umiała grać na fortepianie. Tyle że po wojnie nikomu to nie było potrzebne, więc została księgową w kombinacie rolnym pod Olsztynem. O fortepianie mogliśmy tylko marzyć, bo nikogo nie było na to stać. W domu mieliśmy jedynie stare radio. Czasemmożna było tam usłyszeć jakiś przebój. Pamiętałem „Dianę” i „Oh, Carol”, które wywoływały u mnie totalne szaleństwo. To było jeszcze przed Beatlesami, ale te piosenki zapowiadały nadejście ostrego brzmienia. Pierwsze piosenki Beatlesów i Rolling Stonesów usłyszałem właśnie z naszego domowego radia w Łęgajnach. Miałem 16 lat. Moim marzeniem był własny zespół. Wtedy każdy chłopak chciał mieć zespół.

Takie zespoły w latach 60. powstawały przy domach kultury albo w szkołach.

U nas to nie było możliwe, bo dyrektor liceum się na to nie zgodził. Największym wyzwaniem dla niego była próba podporządkowania sobie rozwrzeszczanego tłumu dzieciaków. Przed ósmą rano było więc sprawdzanie tarcz i mundurków, wrzaski i wyzwiska od troglodytów. Sytuacja się zmieniła, gdy do szkoły przyszedł młody plastyk Jerzy Obłamski, późniejszy asystent Andrzeja Wajdy. Nie przejmował się dyrektorem, wykorzystał nasz zapał i pomógł założyć zespół. Szkoła kupiła nam gitary Alko. Jakoś grać można było, ale brzmienie różniło się od tego beatlesowskiego. Skąd mieliśmy wiedzieć, że oni wykorzystują legendarne wzmacniacze Vox.

Znam te kłopoty z filmu ,,Yesterday” Marka Piwowskiego.

Największym problemem wszystkich ówczesnych zespołów był brak sprzętu. Nie było mikrofonów, więc wykorzystywaliśmy szczekaczki, przez które dyrektor prowadził apele. Mam nawet zdjęcie, gdy śpiewam do takiej szczekaczki na jakiejś szkolnej uroczystości.

A co pan śpiewa?

Albo „Dianę”, albo „You Are My Destiny” Paula Anki.

Czyli małpowaliście zachodnie gwiazdy.

Wszyscy tak robili. Śpiewaliśmy największe przeboje tamtych czasów. Mama znalazła jakieś pieniądze i kupiła mi najtańszą akustyczną gitarę, mogłem ćwiczyć w domu. Wtedy skomponowałem swoją pierwszą piosenkę. Nigdzie jej nie zapisałem. Pomyślałem, że na pewno ją zapamiętam. Zapamiętałem drugą – o zakochanym chłopcu. Kiedyś ją dla żartu zagrałem kolegom z Maanamu.

Gwiazdy bigbitu z lat 60. wspominały, że w PRL niełatwo było się przebić. A nawet tym już znanym trudno było się z grania utrzymać. Wiedział pan o tym?

O karierze muzycznej nie myślałem, chciałem być anglistą. Zdałem na filologię angielską w Łodzi. Wiedziałem, że pierwszy rok jest najważniejszy i muszę go zaliczyć, więc się uczyłem. Mieszkałem w akademiku, a na dole grał studencki zespół Impulsy. Dostawali jakieś honoraria za występy. Koncerty odbywały się wtedy w klubie Perełka. W soboty i niedziele przychodziły tam najładniejsze dziewczyny z miasta. Oprócz Impulsów w miasteczku studenckim grały zespoły Puchacze i Śliwki, a przychodzili zatańczyć najwięksi łódzcy gwiazdorzy – Trubadurzy. Ich nagrania puszczali nawet w radiu. Radio to były drzwi do kariery i otwarcie na świat. Do Impulsów przyjęli mnie dopiero na drugim roku, jak odeszli starsi koledzy. Graliśmy utwory Kinksów, Rolling Stonesów i nawet Hendriksa. A potem się wszystko skończyło, bo chłopaki skończyli studia i się rozjechali. Znaleźli pracę i kontakt się urwał. Wiele lat później przychodzili ze swoimi dziećmi na koncerty Maanamu.

Na ostatnim roku studiów zdecydował się pan przenieść do Krakowa. Dlaczego?

Moja siostra i jej mąż, znany krakowski krytyk Antoni Dzieduszycki, przyjaźnili się z Piotrem Skrzyneckim i znali całą bohemę krakowską. Przez nich udało mi się załatwić koncert w Piwnicy pod Baranami. Ale zespół spanikował i pojechaliśmy tam tylko we dwójkę ze Zbyszkiem Frankowskim (on potem śpiewał wielki przebój „Ach, co to był za ślub”). Był to okres juwenaliów i kolorowy czas hipisów. Akurat w hali Wisły był koncert Czesława Niemena, więc gdy się tylko skończył, bajeczny tłum, w którym była też Kora, przyszedł do Piwnicy zobaczyć mnie i Zbyszka. Pod koniec występu przyszedł spóźniony Zygmunt Konieczny z Piotrem Skrzyneckim i kazali nam grać od początku.

Szybko stał się pan pupilem Skrzyneckiego. Jak pan zdobył jego sympatię?

Piotr mnie po prostu polubił, więc przeniosłem się na stałe do Krakowa. Studiami zajmowałem się do południa. Potem była zwykle herbatka w domu Piotra i spotkanie na najwyższym poziomie.

Na który wchodziło się przez okno.

Przez okno, ale elegancko. Tam mieszkała ciocia Ola, ciocia Antosia, Janina Garycka i Piotr. Jego łóżko, zasłonięte wielką kurtyną z namalowanym napisem „Boże, ratuj Galicję, skarz Italię”, stało w przejściowym pokoju. Po herbatce cała Piwnica schodziła się w Kolorowej. Przychodził też Piotr pięknie ufryzowany, zamawiał kawę z koniaczkiem i zaczynała się zabawa. Przy tym koniaczku ktoś zaprosił mnie na spotkanie z Markiem Grechutą. Anawa to był pierwszy profesjonalny zespół, w którym grałem. Wszystko było dopracowane w najmniejszych szczegółach. Marek niczego nie odpuszczał i nagrywaliśmy kolejne wersje piosenek tak długo, aż był zadowolony. U Marka nauczyłem się, że w zespole nie może być zbyt luźnej atmosfery, a każde nagranie poprzedza ciężka praca w studiu. Trzeba wielu prób, by zagrać te złote dźwięki, z których będziemy zadowoleni. Tę naukę wykorzystywałem potem w Maanamie.

Bo w Anawie był pan tłem dla Grechuty.

Znałem swoje miejsce w zespole. To Marek był gwiazdą kochaną przez publiczność. Ja byłem tylko gitarzystą, który na dodatek odmówił występowania w smokingu. Miałem długie włosy i wyglądałem, jakbym wyszedł z koncertu Rolling Stonesów.

Wybił się pan przy Grechucie, prawda? To dlaczego go pan zostawił?

Nagrywaliśmy wtedy „Dni, których nie znamy”. Wiedziałem, że są festiwale, wielkie amfiteatry, przyjdą na koncert ludzie, by słuchać tej muzyki i kołysać się w jej rytm, ale mnie ona wydawała się zbyt popowa. Chciałem już grać coś swojego. Wokół działo się tyle nowych rzeczy: były zespoły SBB i Breakout, fantastyczny Czesław Niemen. Z tej tęsknoty za graniem założyliśmy zespół Osjan z Tomkiem Hołujem i Jackiem Ostaszewskim. W trójkę stworzyliśmy niezwykłą grupę. To był nie tylko zespół, ale przede wszystkim styl życia.

Dało się z tego utrzymać?

Stawki były odgórnie ustalone i raczej niewielkie. Jak się dużo grało, to można było przeżyć. W połowie lat 70. pobraliśmy się z Korą i mieszkaliśmy w Krakowie w jakimś wynajętym mieszkaniu. Ale urodził się Mateusz i nikt nie chciał wynajmować mieszkania rodzinie z dzieckiem, więc wyemigrowaliśmy do Warszawy. W „Jazz Forum” potrzebowali kogoś do tłumaczenia angielskich tekstów. To były stałe pieniądze i stabilizacja.

Chyba nie do końca, bo słyszałem, że w wynajętym mieszkaniu musiał pan palić klepkami parkietowymi.

Mieszkaliśmy w domu do rozbiórki. Mateusz był mały, a Szymon ledwie co się urodził. Przyszła ostra zima, więc paliłem tym, co było pod ręką. Akurat trafiło na parkiet.

I wtedy spotkał pan Milo Kurtisa. Po twórczym przekształceniu waszych imion powstała nazwa Maanam.

Tak prosto nie było. Bo faktycznie, ktoś w redakcji powiedział mi, że jest taki Milo, który gra na klawiszach, ale od razu mnie ostrzegli, że on jest trochę dziwny.

I był?

Milo potrafił niespodziewanie ulotnić się z własnego koncertu. Kładł na klawiszach organów cegłę, żeby przytrzymać akord, i wyskakiwał w tym czasie na winko. Po powrocie odkładał cegłę i grał, jak gdyby nigdy nic. Pomyślałem: oto właściwy człowiek.

To chyba był inny Maanam od tego, który na początku lat 80. odniósł sukces?

Koncerty z Milo były czystą awangardą i szaleństwem. Milo potrafił na nich zaśpiewać piosenkę o 40 greckich herosach, każdemu poświęcając jedną zwrotkę. Dla publiczności było to nie do zniesienia.

Kiedy pan zrozumiał, że nie da się z nim tworzyć przebojów?

Po koncertach z Milo chciałem już grać normalne piosenki. Zaproponowałem wtedy Korze, żeby do nas dołączyła. Potem pojawił się John Porter. Firmy płytowe – Polskie Nagrania, Tonpress – nie były jednak nami zainteresowane. W Polsce rządzili wtedy Exodus i Kombi, a my byliśmy nową falą, na którą się niechętnie patrzyło. Mówili: wasze miejsce jest w klubach studenckich.

Stworzył pan zespół, komponował piosenki. Dlaczego nie chciał ich pan sam śpiewać?

Dwoje wokalistów w zespole to marny pomysł. Wiedziałem też, że ze swoim wokalem dużo nie zdziałam.

Przecież zaśpiewał pan pierwszy wielki przebój zespołu „Oprócz błękitnego nieba”.

Trochę przypadkiem. Za zarobione na koncertach pieniądze wynajęliśmy studio na kilka godzin. Bałem się wziąć z sobą świeżych, niesprawdzonych koncertowo muzyków Maanamu, z którymi ćwiczyliśmy w krakowskiej Rotundzie, więc zaprosiłem muzyków sesyjnych. Z Dżamblami nagraliśmy trzy pierwsze piosenki Manaamu: „Hamleta”, „Chcę ci powiedzieć coś” i „Blues Kory”. Na sam koniec sesji zaryzykowałem i sam zaśpiewałem „Oprócz błękitnego nieba”. Po nagraniu powiedziałem chłopakom z zespołu: „Nie mogę wam nic obiecać. Nie mam pieniędzy i nie wiem, jak to się skończy, ale chciałbym, żebyśmy z sobą dalej grali”. Tuż potem „Hamlet” nagrany z Dżamblami wylądował na liście przebojów „Studia Gama” zaraz za Czesławem Niemenem i nagle dostaliśmy zaproszenie do Opola ’80. Nasz menedżer przekonywał nas, że warto tam jechać, bo jak nas ludzie zobaczą w telewizji, to będzie mu łatwiej nas sprzedać. Pamiętam, jak po zagraniu „Boskiego Buenos” podbiegł do nas menedżer Dżambli Adam Galas i trzymając się za głowę, powtarzał: „Co wyście zrobili? Co wyście zrobili?”.

Adam Galas napisał potem, że wasz opolski występ był symbolicznym końcem epoki Gierka. Razem z nim odeszli artyści wspierający propagandę sukcesu.

Że to był przełom, zrozumieliśmy kilka miesięcy później. Z list przebojów starzy wykonawcy zostali wymieceni, a my okupowaliśmy wszędzie pierwsze miejsca. Po Opolu stare gwiazdy wyjechały na wakacje, a my ruszyliśmy w trasę koncertową. Graliśmy już nie w klubach, ale w wielkich halach i amfiteatrach, po dwa, trzy koncerty dziennie. Dla pięciu tysięcy ludzi. Każdy chciał nas zobaczyć. Gdy stara gwardia wróciła jesienią, nikt nie chciał ich słuchać. Młodzież miała już innych idoli. Maanam był jak lodołamacz, który torował drogę innym.

Stara gwardia musiała was znienawidzić?

Byli przekonani, że to tylko chwilowe zauroczenie i zaraz wszystko wróci do normy. Tymczasem to, co działo się wokół nas, było szaleństwem. Nasze zdjęcia były we wszystkich gazetach. Z grania milionów nie było, ale wystarczało, by utrzymać rodzinę, zapłacić za opiekunkę, kupić ciuchy na koncerty i czasem jakiś instrument. Mój ojciec zmarł cztery dni przed wprowadzeniem stanu wojennego. Zdążył zobaczyć nasz sukces w Opolu i naszą pierwszą płytę. Mama natomiast cały czas się obawiała, czy uda się z muzyki utrzymać. Zmarła w 1990 r., jeszcze przed wielkimi zmianami, dzięki którym zaczęliśmy zarabiać normalne pieniądze. Wie pan, te lata 80. to był niesamowity czas. Pojawili się Perfect, Republika, Lady Pank, Oddział Zamknięty czy TSA. Nic podobnego później już się nie powtórzyło.

Dlaczego ten młodzieżowy boom możliwy był w latach 80., gdy nie było ani wytwórni płytowych, ani rynku, a nie może powtórzyć się dzisiaj, gdy każdy może nagrać płytę, wypromować się w TV i wybić się na gwiazdę?

Bo teraz najważniejsze jest, by istnieć w tabloidach. I muzyka też jest tabloidowa. W rozgłośniach piosenki wybierają dziś komputery, a badania rynku są ważniejsze niż entuzjazm i spontaniczność. Żeby to zmienić, potrzebny jest wybuch nowej rewolucji muzycznej.

Wtedy przecież było tak samo. Zamiast komputerów i badań były Irena Jarocka i Anna Jantar.

Teraz rządzi rynek. Jeśli młodzież nie będzie walczyć o swoją muzykę, to radia się nie zmienią. Potrzebne jest nowe muzyczne tsunami, jak na początku lat 80. Jeśli powstanie taka fala, to muzyka, która jest grana teraz w eterze, zostanie zmieciona i pojawią się nowe Maanamy i Perfecty.

Nie boi się pan, że te nowe Maanamy i Perfecty zmiotą i was?

Mnie nie ma co już zmiatać. Są nagrania, płyty, złote kolekcje, książki i DVD. Czy ja muszę dzisiaj udowadniać, że jestem w stanie napisać jeszcze jeden przebój? Nie muszę przekonywać, kim jestem. Kiedy występowałem ostatnio na Woodstocku, to 400 tys. osób śpiewało „Oprócz błękitnego nieba” od początku do końca.

Oni czekają, aż znowu zagracie razem w złotym Maanamie.

Słyszałem o tym. Zobaczymy. ■

Okładka tygodnika WPROST: 22/2013
Więcej możesz przeczytać w 22/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 0

Czytaj także