Trochę charczące zło

Trochę charczące zło

Tego lata demon czai się w kinie. Wchodząca na ekrany „Obecność” to kolejny obraz o opętaniu, a egzorcyzmy na ekranie trwają w najlepsze.

Jest noc. Cicha, jak większość nocy na prowincji. Jednak w odludnym Harrisville nawet najgłośniejszy krzyk nie zbudzi nikogo. Obok domu są wyłącznie jezioro, drzewo i hektary pól. Jezioro, z którego wypłynęły zwłoki kilkuletniego chłopca. Drzewo, na którym powiesiła się matka z dwojgiem dzieci. Pola, przez które próbowały uciekać ofiary demonów nawiedzonej posiadłości. Bezskutecznie. W miejscu, w którym zamordowano prawie 30 osób, śluz sączy się po ścianach budynku, przed gankiem padają w konwulsjach zwierzęta, a z ran na ciele mieszkańców broczy krew. Prowincjonalna rezydencja w stanie Rhode Island jest scenerią wchodzącego na ekrany kin filmu „Obecność”. Akcja rozwija się tu jak w klasycznym horrorze. Jednej z pięciu córek Rogera i Carolyn Perronów wydaje się, że ktoś podczas snu ciągnie ją za nogę. Matka budzi się z siniakiem niewiadomego pochodzenia. Obrzydliwy odór rozkładających się zwłok pojawia się znikąd i równie szybko ulatuje. Demony zrzucają obrazy ze ścian, zatrzymują zegary, suwają krzesłami, opętują niewinne dziewczynki, miotają ludźmi i przedmiotami o ściany. Proces wypędzania ich okazuje się natomiast równie spektakularny, co bolesny i trudny.

James Wan oferuje pełen asortyment aktywności upiorów, miesza wątki z klasycznych opowieści o egzorcyzmach. Jednak w tej typowości „Obecność” wpisuje się we współczesną modę. Dzisiejsze kino rozrywkowe idzie śladem wyznaczonym przez wybitne „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego czy „Egzorcystę” Williama Friedkina, wraca do motywu walki z demonami. W czasach, w których wszystko tłumaczymy naukowo i przedstawiamy na wykresach, znużeni twórcy kultury masowej desperacko odwołują się do zjawisk nadprzyrodzonych.

Prawdziwe historie

Na ekranach pojawiło się zatrzęsienie opowieści o siłach piekielnych przejmujących kontrolę nad ludźmi. Widzowie fascynują się nieznanym. Chcą wierzyć, że istnieje świat potężniejszy od nich, gdzie toczy się walka o dusze śmiertelników i siły dobra mogą wygrać z demonicznym (nomen omen) złem. Amerykanie masowo chodzą więc na takie obrazy, jak „Constantine”, „Rytuał”, „Egzorcyzmy Emily Rose”, „Ostatni egzorcyzm”, „Omen”. I zastanawiają się: czy rzeczywiście świat metafizyczny jest tak blisko? Problemy bohaterów zaczynają się od zdarzeń, które są udziałem wszystkich, każdemu kiedyś zatrzymał się zegarek albo przewróciła lampka nocna. Ale też wiele z horrorów zaczyna się napisem „Oparty na faktach”.

„Obecność” zainspirowała historia badaczy zjawisk nadprzyrodzonych Eda i Lorraine Warrenów. Ed już nie żyje. Lorraine jest starszą panią. Siwe włosy z trwałą ondulacją, biała bluzka, czarna marynarka. W swoim domu otworzyła muzeum okultyzmu. Dziennikarzom prezentuje skórę tygrysa, która miała zabić 33 osoby, albo lalkę zostawiającą w swoim czasie krwawe ślady i odręczne notatki. Właśnie Warrenowie pomogli rodzinie Perronów poradzić sobie z opętaniem. A sama Perron wydała książkę i sprzedaje prawa do swojej traumatycznej historii.

Studio New Line Cinema liczy na to, że „Obecność” stanie się pierwszą częścią cyklu o Warrenach. Ta sama para stoi na przykład za nawiedzeniem najczęściej wykorzystywanym dotąd przez popkulturę. W 1974 r. rodzina Lutzów wprowadziła się do domu przy Ocean Avenue 112 w Amityville w stanie Long Island. Rok wcześniej 23-letni chłopak zamordował tu rodziców i czworo rodzeństwa. Demony poprzednich właścicieli wypędziły nowych mieszkańców w ciągu 28 dni. Lutz opowiadał o krwi na posadzce, latających meblach, śladach koni na śniegu i szatanie objawiającym się na kominku, na cegłach nad paleniskiem.

Na podstawie tych rewelacji Jay Anson napisał powieść, a w 1979 r. powstał film „Amityville Horror”, który doczekał się ośmiu sequeli (ostatni w 2011), a w 2005 r. również remake’u. Legendy nie przerwało nawet odkrycie, że to wymyślone z premedytacją bujdy, dzięki którym rodzina Lutzów zarobiła niemal milion dolarów. Lęk przed upiorami nachodzącymi zwyczajną rodzinę okazał się silniejszy. Bardziej niepokojąca i lepiej udokumentowana jest historia Anneliese Michel. Studentka pedagogiki z Niemiec zaczęła mieć halucynacje, odgryzać głowy martwym ptakom, była agresywna. W chwilach ataku dysponowała ogromną siłą, świadkowie twierdzili, że rzucała ludźmi. „Nigdy bym nie pomyślała, że to takie straszne” – mówiła do księdza. W dokumencie „Egzorcyzmy Anneliese Michel” z 2007 r. (związany z ultrakatolickimi ruchami) Lech Dokowicz i Maciej Bodasiński wykorzystali 11 min prawdziwego nagrania obrzędu wypędzenia złego ducha. „Jestem Kain, zabiłem brata” – charczy przeraźliwy głos z taśmy. Dziewczyna nie przeżyła egzorcyzmów. Zdaniem sądu umarła we śnie zagłodzona. Według obecnych przy zdarzeniach księży poniosła ofiarę jak Chrystus.

Po naszej stronie oceanu

Dwie ekranizacje historii Anneliese oddają różnice między amerykańskim a europejskim sposobem pokazywania zjawisk nadprzyrodzonych. Losy Niemki stały się kanwą „Egzorcyzmów Emily Rose” Scotta Dericksona. Akcja filmu rozgrywa się tu na sali sądowej, wciąż powraca pytanie, w którą wersję wydarzeń wierzyć – metafizyczną czy psychiatryczną – śledczą. Twórcy nie zostawiają widzom wielkiego wyboru. W filmie poddawana obrzędowi dziewczyna lewituje po stodole, miota się, rzęzi. To kwintesencja amerykańskiej wyobraźni żywionej przez pastorów-showmanów. Reżyserzy filmów o opętaniu nie obywają się bez krwawych znaków i latających łóżek, bez fajerwerków i demonicznego panoptikum. Zło wychodzi z mroku, wypala odwrócone krzyże na ciałach, miota przedmiotami.

Historię Anneliese Michel opowiedział również Hans-Christian Schmid w „Requiem”. W niemieckiej małomiasteczkowej rodzinie młoda dziewczyna wyrywa się na studia, ale wciąż wchodzi w konflikty z rodzicami. Nie udaje jej się pogodzić dawnego i nowego systemu wartości, nęka ją epilepsja, która na prowincji w latach 70. staje się stygmatem. Wśród wypłowiałych tapet Schmid opowiada o ludziach, którzy Michel otaczają. O nietolerancji zamkniętej wspólnoty, która nie potrafi wyjść poza schematy myślowe. Podobny koncept kryje się we francuskich „Egzorcyzmach Dorothy Mills”. Choć, jak to w horrorze, bohaterka trochę pocharkuje głosem szatana, Agnes Merlet nie opowiada o opętanej dziewczynie, lecz o wspólnocie, która okrzyknęła ją opętaną.

Amerykańskie filmy o egzorcyzmach są historiami o zaświatach, europejskie – o społeczeństwie. Za oceanem twórcy częściej szukają odpowiedzi w księgach religijnych, a ich propozycje mają konserwatywny wydźwięk. Europejczycy – w pracach psychiatrów i socjologów, pokazując fikcję powszechnie panującej moralności. Egzorcyzmy wracają również do kina artystycznego – w zeszłym roku Cristian Mungiu na festiwalu w Cannes zdobył nagrodę za scenariusz filmu „Za wzgórzami”, w którym mnisi z rumuńskiego klasztoru doprowadzili do śmierci poddanej egzorcyzmom nastolatki. Polskie kino na razie może się pochwalić tylko tradycją: filmami Andrzeja Żuławskiego, ale również „Matką Joanną od Aniołów” Jerzego Kawalerowicza.

Jednak pod względem fascynacji horrorami Stary Kontynent nigdy nie doścignie Ameryki, gdzie można znaleźć pełen wachlarz obrazów o opętaniach. Od produkcji klasy C wypuszczanych wyłącznie na wideo po (niestety, rzadsze) tytuły intrygujące i nieoczywiste. A łączy je wszystkie strach. Bo takie filmy pozwalają bezpiecznie się bać aż do końca seansu. A nawet dłużej, kiedy w domu ze ściany spadnie obraz. ■

Okładka tygodnika WPROST: 30/2013
Więcej możesz przeczytać w 30/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0