Upiór apolityczny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z FREDERICKIEM FORSYTHEM, pisarzem
Andrzej Kuryłowicz: - Margaret Thatcher deklarowała, że czytuje wszystkie pańskie książki. Czy sądzi pan, że mają one wpływ na decyzje polityków? Na przykład czy pańska ocena sytuacji w Rosji przedstawiona w powieściach "Diabelska alternatywa" i "Ikona" mogła mieć wpływ na politykę Wielkiej Brytanii wobec tego kraju?
Frederick Forsyth: - Z pewnością nie da się tego wpływu stwierdzić w polityce naszego kraju i wątpię, by można go było stwierdzić w innych państwach. Mogę jedynie potwierdzić, iż słyszałem, że moje książki czytywali wszyscy generałowie KGB, szukając w nich ciekawych pomysłów do wykorzystania. Nie sądzę jednak, by polityka jakiegokolwiek kraju uległa zmianie z tego powodu, że któryś z decydentów przeczytał Forsytha.
- W czasach, kiedy pan rozpoczynał karierę pisarską, za największego wroga demokracji uważano Związek Radziecki. Jaki kraj jest nim teraz lub będzie nim w najbliższej przyszłości?
- Podobnej superpotęgi jak Rosja raczej nie możemy się spodziewać w najbliższym czasie. Wielkim i wpływowym państwem, na szczęście - demokratycznym, jest Ameryka. Trzeba pamiętać, że bronią atomową dysponują dzisiaj również Indie oraz Pakistan i Izrael. Do niedawna miała ją także Republika Południowej Afryki, a ponadto konflikty nasiliły się w Indonezji, Libii, Iraku itd. To są prawdziwe punkty zapalne.
- Czy jest na świecie jakaś organizacja, którą - podobnie jak wcześniej KGB - można by w literaturze political fiction standardowo obsadzać w roli czarnego charakteru?
- Istnieją mniejsze i nawet bardziej zdeprawowane, bezwzględne organizacje, na przykład Muhabhara (tajna policja Saddama Husajna), jeszcze bardziej okrutna niż aparat przemocy w Rosji. To machina represji, oczywiście nie tak wielka jak KGB. Ogromne zagrożenie dla stabilności świata stanowią niewielcy dyktatorzy-szaleńcy, w których ręce może się dostać broń masowej zagłady. Szaleniec dysponujący bronią atomową czy biologiczną, zdecydowany na to, by jej użyć, może zniszczyć całe miasta. To perspektywa przerażająca, ale realna.
- Jak się ma gatunek political fiction po upadku komunizmu?
- Myślę, że upadek komunizmu nie miał większego wpływu na rozwój tego gatunku literackiego. Akcja wydanej w 1994 r. "Pięści Boga" toczyła się w Iraku. Większość z tego, co tam napisałem w tonie diagnozy, jest nadal aktualna. Na świecie nie brakuje konfliktów politycznych, a tym samym tematów na nowe książki - w Azji, Afryce, a także Europie, wystarczy wymienić choćby Kosowo i Serbię.
- Jakiego pisarza uważa pan za swojego prekursora? Czy to pan stworzył gatunek political fiction?
- Pisząc "Dzień Szakala", wzorowałem się na przedwojennej powieści angielskiego pisarza Geoffreya Householda "Rogue Male". Jej bohater to człowiek, który za sprawą zakładu postanowił zamordować Adolfa Hitlera. W tym celu wczuwa się w rolę białego łowcy polującego na oszalałego słonia-samotnika, najbardziej niebezpieczne zwierzę na świecie. Tropem Hitlera udaje się w Alpy Tyrolskie, ale - mając go na muszce - nie pociąga za cyngiel. Sam wpada w ręce SS. Myślę, że to właśnie Household jest twórcą uprawianego przeze mnie gatunku.
- Jak pan widzi swoje miejsce wśród innych autorów piszących utwory o podobnym profilu, na przykład obok Toma Clancy'ego?
- Dla mnie najważniejsze jest opowiedzenie historii, akcja. Wszystkie elementy, jakie pojawiają się na kartach moich książek, służą temu, by popchnąć akcję do przodu. Temu podporządkowane jest pojawienie się każdej z postaci. W powieściach Clancy?ego fabuła nie jest tak istotna. Tom przede wszystkim koncentruje się na szczegółach technicznych, potrafi przez trzy strony opowiadać, jak skonstruowany jest czołg bądź działo. Mnie na tym nie zależy - wymieszanie faktów i fikcji ma na celu nadanie akcji logicznego i prawdopodobnego biegu. Oczywiście staram się, by wszystkie podane przeze mnie informacje były zgodne z prawdą.
- Najczęściej porównuje się pana z Kenem Follettem. Jego kariera literacka przebiegała nieco inaczej niż pańska: zaczął od thrillerów wojennych, potem napisał kilka powieści historycznych, w końcu powrócił do pisania thrillerów, gdyż okazało się, że czytelnicy wolą je od innych jego utworów. I oczekują, że będzie je pisał.
- Nie widzę powodu, by pisarz nie mógł zmienić profilu swego pisarstwa. Jeśli chodzi o Kena, który - nawiasem mówiąc - jest moim przyjacielem, wszystkie jego powieści można zaliczyć do thrillerów. Zmienia się w nich tylko tło - II wojna światowa, średniowiecze, czasy współczesne. "Filary Ziemi", opowieść o budowie wielkiej katedry, to przecież typowy thriller, tyle że umieszczony w historycznych realiach. Gdyby Follett zdecydował się napisać romans, mógłbym to uważać za prawdziwą zmianę jego drogi pisarskiej.
- Zdecydował się pan jednak napisać dalszy ciąg losów Upiora Opery Paryskiej? Czy Andrew Lloyd Webber, twórca słynnego musicalu, przyszedł do pana z tym pomysłem?
- Nie, spotkaliśmy się po prostu na obiedzie. W trakcie rozmowy pojawił się temat musicalu, zaczęliśmy snuć przypuszczenia, co stało się Upiorem, gdzie zniknął, czy mógł spotkać jeszcze swoją ukochaną Christine de Chagny. Wpadłem potem na pomysł, by wykreować jego dalsze losy. W późniejszych dyskusjach z Andrew wspólnie uznaliśmy, że Erik musiał wyjechać do Ameryki. Jego dalszy pobyt we Francji nie miał sensu, był on bowiem poszukiwany za morderstwo. Mam nadzieję, że mój "Upiór Manhattanu", dalszy ciąg historii, która fascynuje ludzi od ponad 80 lat, odniesie podobny sukces jak musical.

Więcej możesz przeczytać w 29/1999 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.